a później zostają po tobie teksty...
Po mnie zostaną książki, dlatego je piszę. Wiem i robię to celowo. Bo tak. Bo chcę. Z premedytacją bo jak szlag trafi Internet to wszystkie te artykuły za milion punktów pochłonie czarna dziura. Chcę zostawić coś, co kiedyś powie ludziom, że byłam. Takie jakby graffiti tylko nie na murze lecz w bibliotece. Znak, że oddychałam, myślałam, płynęłam pod prąd. Zawsze. Bo tylko zdechłe ryby płyną z prądem. Ha! A ja czasem dobra, czasem zła, czasem z ludźmi lecz częściej obok, lecz istniałam. To nie będzie jak widać wpis o Staszku Soyce, chociaż może trochę? Staszek Soyka był ze mną od bardzo dawna. Był, odkąd pamiętam. Pewnie to doświadczenie generacyjne, bo to samo powiedział rano Tomek: "był, odkąd pamiętam". No ja pamiętam naigrywanie się z niego dorosłych w moim- nie moim życiu. Dziwak. Dziwnie śpiewa. Robi miny. A ja Staszka Soykę lubiłam słuchać, bo był cały muzyką. Dlatego w moim życiu był. To znaczy dokładnie była jego muzyka, wiadomo, lecz ja jak to ja, wchodzę cała w życie i na sto procent. Moja koleżanka powiedziała kiedyś: "ty to jesteś tak po całości w życiu". No więc jak była muzyka to i Staszek był. Pierwsza kaseta, cztery chwyty na gitarę i "Tolerancja" spod moich palców wybrzmiewała, gdzie tylko się dało. Na ognisku klasowym, na komersie, w szkole muzycznej, na oazie. Później mnie z niej wyrzucono, bo ha ha ha byłam niegrzeczna i się buntowałam. Jak ja się teraz cieszę, że wyleciałam z oazy. "Na miły Bóg!" Co to była za destrukcja i patologia i to w najmniej witkacowskim znaczeniu. W harcerstwie też mnie nie było bo nie dałam się zamundurować. Zresztą byłby ze mną ogromny problem. Zaczęłam jednak pewnego dnia kminić teksty Staszka Soyki. Żyć nimi. Wiecie: kaseciak, w gotowości ołówek bo ten mój kaseciak z komunii to ciągle żarł taśmę. Tekst " Tolerancja" był najbardziej obecny, bo jakoś tak czułam, że coś w tym świecie nie kombi. Widzę w telewizorze wojnę a ludzie mówią, że o pokój walczą. Widzę nienawiść a oni, że z miłości. Widzę przemoc a słyszę, że czasami jest usprawiedliwiona. Widzę nażartych ludzi mówiących o głodzie na świecie i płaczące dzieci z komentarzem o prawach dziecka. Coś nie halo świecie się tu odbywa. I ja jak to ja, patrz wyżej, na sto procent i po całości. Zaczęłam się zastanawiać, ale właściwie to dlaczego nie mówić tego, co mnie boli, otwarcie? A mnie bolało wiele, oj wiele. Wszystko mnie bolało. Życie mnie bolało. Niesprawiedliwość, wykluczanie, głupota, przemoc. To była późna podstawówka. Taka się już urodziłam. Jak nauczycielka miała problem, mówiłam: "problemy moje, twoje, nasze boje, polityka"**. Oczywiście sypały się negatywne oceny z zachowania bo pyskowałam. Rozumiecie poziom ignorancji? Ja jej cytat Mistrza a ona, że Michelówna pyskuje. Z drugiej strony grałam na gitarze i śpiewałam, więc to jakoś wyrównywało bilans i nadawało balans, choć i tak zwykle nikt nie wiedział w szkole, co ze mną zrobić. Bardzo zdolna ale bardzo niegrzeczna. Mądra ale krzykliwa i wulgarna. Niby gra na tej gitarze i dobrze się uczy lecz pyskuje. Swoją drogą tak między nami niemal wcale się nie uczyłam bo nie miałam na to po prostu czasu. Szkoła była dla mnie bardzo nudna i totalnie nie potrafiłam się tam odnaleźć no a później już nie chciałam bo to była część mojego dziecięco- nastoletniego manifestu. Czytałam sobie za to książki, szwendałam się po parku i po lesie, rozmawiałam egzystencjalnie i filozoficznie z kim tylko mogłam, słuchałam muzyki, grałam i śpiewałam. Szkoda, że w nauczycielach nie miałam zwykle partnerów do tych rozmów. Trudno. W szkolnych podręcznikach nie było dla mnie za bardzo nic ciekawego, za to w książkach z biblioteki wiele. Panie z biblioteki już przymykały oko na to, co pożyczam, bo to wymykało się wszystkim i w pewnym momencie przestały pytać, do której chodzę klasy. To nie miało sensu. Wiele było też w tekstach muzycznych Staszka Soyki, Ryśka Riedla, Marcina Świetlickiego. Chłonęłam je, spisywałam do notesików, podkreślałam cytaty, nuciłam na lekcjach. No to słyszałam "Michelówna nie śpiewa" i pyk ocena negatywna z zachowania. Tak przygotowywałam się do matury. Na tych tekstach czytając opracowania z lektur na studia, które podesłała mi koleżanka z I roku filologii polskiej. Zresztą zdałam na celujący analizując jakieś tam zagadnienie dotyczące egzystencjalizmu, cytując Sartre'a, Camus, Kierkegaarda, Witkacego, Gombrowicza i Riedla. Tego Riedla. Ryśka. Na nich budowałam tożsamość i śmiało mogę powiedzieć, że zrobiłam maturę z tekstów Ryśka Riedla i jeszcze kilku freaków. Nie było tego durnego klucza gdyż to były jeszcze te czasy, kiedy ceniono samodzielne myślenie nastolatków i wspierano ludzi twórczych, nie zaś niewolników systemu. Polska tyle co odzyskała wolność i wtedy jeszcze ją szanowano. Zresztą i tak bym nie pisała matury zgodnie z kluczem. O zgrozo! Byłam przekleństwem polskiej edukacji. Nadal jestem. "Na moim podwórku blues..."***.
Dzisiaj rano dotarła do mnie wiadomość o Staszku Soyce. Wstaję bardzo wcześniej, oczywiście dla niektórych ponieważ dla mnie to jest bardzo ok, czyli o 5.00. Mój tryb funkcjonowania to 5.00-22.00 i jak mi ktoś to zaburza to nie ręczę za siebie. Trochę to pobudka jogowa a trochę taka po prostu lecz najważniejsze, że dostosowana do mojego funkcjonowania. Cudze mnie w tym wypadku średnio interesuje. Noc jest od spania, dzień od działania i kropka. W tym porannym budzeniu też jest taki Staszkowo- Sojkowy "cud niepamięci". Cały niemal świat jeszcze śpi a ja już nie i doświadczam, jak "budzi się z nocy nowy dzień, nieskalany, czyta niebo, co było wczoraj odeszło w cień.."****. W szkole jak mi coś nie pasowało bo było niesprawiedliwe, to mówiłam: "wszyscy równi wobec czasu i płomienia"*****. Oczywiście znowu obniżone zachowanie Michelówna. No i dzisiaj rano wstałam sobie i czytam, że Staszek Soyka umarł. Nie żyje. Odszedł. Jego dusza opuściła ciało. Już go nie ma. Staszka nie ma bo ciało jest. Jeszcze. W tym roku na wyprawie rowerowej to mnie męczyło. Bo jazda na rowerze może być medytacją. Dla mnie jest. I kręcę w myślach: jak to jest, że jesteś i nagle Cię nie ma? Moment. Jak cię nie ma to gdzie jesteś? Może za chwilę mnie nie będzie? A może Tomka? Większość ludzi załatwia sobie te odpowiedzi wiarą. Co to, to nie ja. Większość dzieci i nastolatków o tym rozmyśla. Na szczęście. I co? I załatwia im się to wiarą. Lecz to przecież nie jest takie proste i nie każdy da sobie wcisnąć różne opowieści bo problem zostaje: co się z nami dzieje, jak nas już nie ma? Wiem, wiem, nie tacy jak ja zadawali sobie to pytanie. Niemniej ja zadawałam je sobie obsesyjnie kręcąc na rowerze. No bo po co to wszystko? To znaczy jest tak: jedziesz, już sobie myślisz, co masz do zrobienia po powrocie, ile zaległości i w ogóle a tu nagle pyk i cię nie ma. I wtedy nie masz nic, ale i świat nic nie ma z ciebie. Było minęło. To może odpuścić? I kręcę dalej. I tak codziennie i w kółko. To po co robimy to, co robimy? Czy ma nam być przyjemnie i "tu i teraz", czy może mamy jakiś jeszcze cel? A co będzie, jak umrę? Jak się rozchoruję? Jaki sens będzie miało to wszystko niedokończone, na przykład w pracy? Awanse, "niuanse, sensacyjne seanse"*****. Dotarliśmy rowerami do zamku Kronborg w Helsingor w Danii. Nasz kamping był niespełna kilometr od niego i tam rozbiliśmy namiot. Hamletowskie pytanie o to, czy być czy może nie być wywiercało mi dziurę w głowie.
Zwykle za mówienie otwarcie tego, co mnie boli, obrywałam. Obrywam nadal i pewnie obrywać będę. To obnaża dualizm ludzkiej natury. Kocham słowo "demaskuje". De- maskuje. Obdziera z maski. Zdziera z człowieka maskę. Król jest nagi. Dualizm systemu wartości, norm, zachowań. Fałsz jest immanentną cechą człowieka. Bo człowiek zrobi bardzo dużo, aby konformistycznie przypodobać się grupie. Wtedy nie mówi. Albo mówi nie tym, co trzeba. Albo mówi jednym na drugich. Nieliczni tylko mówią co myślą, i za to obrywają. To chyba jest dla mnie jedna z odpowiedzi na pytanie z piosenki Staszka Soyki o to, "dlaczego nie mówimy o tym, co nas boli, otwarcie?". Bo obrywamy. Jesteśmy wykluczani. Uciszani. Upominani. Spychani na margines. Izolowani. Zostawiani sami sobie. Wybór i ryzyko z tym związane zależą od nas. Ja już wybrałam, więc na pytanie o to, "dlaczego nie mówimy o tym, co nas boli otwarcie?" odpowiadam: a dlaczego nie? I mówię.
Staszku Soyko! Dziękuję Ci. Za kasety. Za cztery chwyty na gitarę. Za to, że mnie podjudzałeś do myślenia i buntu. Za ten koncert jak miałam 19 lat. Za Twoje miny. Za przeżywanie muzyki. Za "cud niepamięci" bo "są na tym świecie rzeczy, których nie można kupić"******. Puszczam ci oko Staszku Soyko, bo ty już wiesz, że są.
*Parafraza tekstu "Tolerancja" Staszka Soyki
** Fragment piosenki "Tolerancja" Staszka Soyki
***Fragment piosenki "Cud niepamięci" Staszka Soyki
*** *Tamże.
***** Tamże.
***** Fragment piosenki "Jestem Bogiem" Paktofoniki, śpiewa Magik
*******Fragment piosenki "Są na tym świecie rzeczy" Staszka Soyki