środa, 11 lutego 2026

"NIC O NICH BEZ NICH"

  czyli jak otwarłam pierwszą w Polsce agorę (i to na uniwersytecie!), w której nieletnich pyta się o zdanie na temat procesu resocjalizacji i co ma z tym wspólnego pedagogia Stanisława Jedlewskiego?

    Niedawno odbyła się premiera mojej nowej książki zatytułowanej: "Nieletni w pedagogii Stanisława Jedlewskiego. Refleksje (nie)domknięte" (Wyd. UJ, Kraków 2025). Przygotowując spotkanie pomyślałam, że nie chcę wiele mówić, ponieważ ja dobrze wiem, co mam do powiedzenia. Bohaterami tej książki jednak podobnie, jak całej niemal twórczości wybitnego pedagoga, naukowca, badacza i działacza profesora Stanisława Jedlewskiego są ci, których społeczeństwo najpierw skazało na doświadczanie ubóstwa czy to materialnego czy moralnego a później za to ukarało umieszczeniem w izolacji. Mowa o wychowankach zakładów poprawczych, w prawniczej nomenklaturze nieletnich, dla społeczeństwa młodych bandziorów a dla mnie "moich chłopaków". Wspomniany Stanisław Jedlewski dokonał czegoś niewiarygodnego w czasach sobie współczesnych. Wybrał się osobiście do zakładów poprawczych, porozmawiał z wychowankami- tymi zbuntowanymi, agresywnymi, zdemoralizowanymi, niszczącymi wszystko i wszystkich- a później się o nich upomniał przed społeczeństwem. W książce opierając się na studiowaniu źródeł nazwałam ten wyczyn "zwrotem uznania nieletniego", współcześni profesorowi nazwali go "szaleństwem" a w procesach demokratyzacji, tworzenia wiedzy i wprowadzania nowych jakości życia nazywa się go PARTYCYPACJĄ. Niezależnie jednak od tego wszystkiego po prostu zaprosiłam w mury Uniwersytetu Jagiellońskiego wychowanków jednego z zakładów poprawczych w Polsce. Zależało mi na tym, aby na ławie obok ekspertów i dorosłych zaangażowanych w proces resocjalizacji pojawili się i zabrali głos ci, którzy są resocjalizowani i aby powiedzieli głośno, odważnie i do mikrofonu to, czego potrzebują obecnie, czego im zabrakło w dzieciństwie i co możemy zrobić, aby za murami zakładów poprawczych czuli się w końcu bezpiecznie i mogli spokojnie się rozwijać, uczyć i robić coś dla innych. Wszak de facto robią to dla siebie. Dominik opowiadał o tym, jak z powodu błędów wychowawczych rodziców i totalnego nie rozumienia i nieogarniania życia znalazł się w zakładzie poprawczym. Obecnie uczy się, pracuje, realizuje wolontariaty, pomaga na terenach objętych w tamtym roku powodzią i nie wyobraża sobie już innego życia. Kuba powiedział, że nawet, jeśli sąd go uniewinni, będzie chciał zostać w zakładzie poprawczym, bo tam mu jest dobrze. Szok? Dopytałam, co jest dobrego. Tym bardziej, że do niedawna zakład poprawczy kojarzył się moim studentkom z zamkniętymi na klucz celami i snującymi się po korytarzu, ogolonymi na łyso chłopakami w nieco za dużych, pomarańczowych uniformach. Tak, drelichy takie faktycznie widać na filmach amerykańskich, w Polsce osadzeni noszą zielony kolor (niebezpieczni czerwony) lecz mowa o dorosłych osadzonych. Wychowankowie zakładów poprawczych chodzą w swoich ubraniach. Nie to jednak jest najlepsze dla nich. Najlepsze jest to, że w nocy mogą spokojnie spać nie budzeni odgłosami domowej przemocy, po przebudzeniu jedzą solidne śniadanie i z pełnym brzuchem idą do szkoły, gdzie nauczyciele mówią im po imieniu i indywidualnie niemal z każdym nadrabiają zaległości edukacyjne. Nagle się okazuje, że chłopaki mogą realizować obowiązek szkolny, co więcej- mają dobre oceny, biorą udział w konkursach, sami chodzą do zakładowej biblioteki prosząc o książki. Dobre jest też to, że nikt na nich nie krzyczy, personel ich słucha, z ulgą również przyjęli wiadomość, że mogą zacząć żyć życie od początku. "Jak przyszedłem do zakładu, wychowawca mi powiedział, że mam czystą kartę i mogę zacząć wszystko od początku i teraz to wszystko będzie zależało ode mnie"- powiedział Dominik. Co my tu mamy? Odzyskiwanie kontroli nad własnym życiem, możliwość decydowania o nim, w razie pytań szukanie odpowiedzi u mądrych dorosłych. A co po szkole? Dobry, ciepły, pożywny obiad. Czasami zamiast szkoły są warsztaty, praktyki zawodowe a nawet praca. Pierwsze swoje pieniądze, zarobione nie ukradzione. Pierwsze sukcesy edukacyjne, relacyjne, rówieśnicze. Bo z rówieśnikami na zakładzie nie trzeba walczyć, można się kolegować nawet, jak się jest za Lechią czy za Cracovią w jednym pokoju. Po południu wspólne gotowanie, picie kawy, rozmowy z wychowawcami, zajęcia terapeutyczne i planowanie kolejnych wolontariatów. A chłopaki mają ich sporo, bo jak nie mikołajki w przedszkolu to malowanie dzieciom buziek na dzień dziecka albo uczenie ich pierwszej pomocy przedmedycznej. Czy ktoś, kto zabił człowieka, może uczyć ratować ludzkie życie? Jeszcze dbanie o fryzury w noclegowni dla osób w kryzysie bezdomności, pomoc przy organizacji olimpiady specjalnej dla dzieci z niepełnosprawnościami, planowanie wycieczki i sprzątania gór oraz grobów kombatantów wojennych no i plany wyjazdu do powodzian. Dominik dokładnie nam powiedział, co trzeba zrobić, aby odbudować dom. Jakie to symboliczne i wzruszające. Najpierw trzeba zerwać wszystko zapleśniałe i zamokłe do fundamentów a później po kolei nakładać nowe warstwy wszystkiego czyli wylewek, płytek a między nimi uważać na instalacje. Kuba myśli, czy zostać cukiernikiem czy kucharzem specjalizującym się w owocach morza. Patrykowi się udało, dostał pracę w prestiżowym hotelu. Oliwier nie wie jeszcze czy będzie barbetem jak Kevin czy coś innego będzie robił, bo na zakładzie tyle się dzieje, że on się czasami gubi w propozycjach. W debacie brała udział reprezentantka nauki, reprezentant Ministerstwa Sprawiedliwości, wychowawcy i terapeuci chłopaków, przewodniczący Parlamentu młodych RP i ja. Po spotkaniu poszliśmy na spacer po Krakowie, zwiedziliśmy Uniwersytet Jagielloński, Collegium Maius i Wawel a na koniec biesiadowaliśmy przy pizzy z osobami studiującymi. Przecież  to rówieśnicy i rówieśniczki więc kto lepiej wzajemnie się zrozumie? Olaf pokazał nam zdjęcie swojego rocznego synka, studentki opowiadały o egzaminach, Michał- świeżo upieczony kurator sądowy również od razu znalazł wspólny język z chłopakami. Acha, jechaliśmy tramwajem. Ze społeczeństwem. Nikt nie wiedział, kim wszyscy jesteśmy. Śmieszą mnie pytania: nie boisz się? Jak to tak byli na wolności i nie uciekli? A ktoś pozwolił na to, aby ich wpuścić na uniwersytet? Nie są niebezpieczni? Na drugi dzień w Wydawnictwie UJ, które wydało moją książkę było wielkie poruszenie na mój widok. Pracowniczki nie mogły się naopowiadać, bo pierwszy raz niektóre z nich widziały nieletniego. I co? "Nic. Normalne, fajne chłopaki. A co zrobili, że trafili do zakładu?"- "Nie mogę powiedzieć lecz w większości nawet nie wiem, nigdy ich o to nie pytałam". Widzę człowieka chcącego normalnie, przyzwoicie żyć, czasami noszącego w wyglądzie ślady przeszłości. Jej już nie ma. Jest czysta karta. Jest szkoła. Są wspierający dorośli. Jest rozmowa. Jest robienie dobra dla innych. Jest życie. W końcu. Nic o was bez was chłopaki. Dziękuję!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

"NIC O NICH BEZ NICH"

   czyli jak otwarłam  pierwszą w Polsce agorę (i to na uniwersytecie!), w której nieletnich pyta się o zdanie na temat procesu resocjalizac...