środa, 20 sierpnia 2025

POLSKI "ROSZCZENIZM" A SKANDYNAWSKIE HYGGE

    czyli "za co moje dziecko ma jechać na wakacje i czemu to ja mam je utrzymywać?"

    W te wakacje kilkakrotnie natknęłam się w mediach na artykuły o tym, jak to rodzice w Polsce narzekają na to, że nie stać ich na wakacje dla ich własnych dzieci. Nie stać ich również na wczasy i w ogóle na życie ich nie stać skromne a co dopiero na to, aby własne dziecko utrzymać. Rodzice są dodatkowo wypaleni rodzicielstwem, zmęczenie generuje brak motywacji i czują się bezradni wobec braku pomocy ze strony państwa. Po przeczytaniu pierwszego tekstu przymknęłam oko niemniej po trzecim zaczęłam się zastanawiać, o co właściwie chodzi? Tym bardziej, że mowa była zwykle o rodzinach z przeciętnymi dochodami, z dwójką pracujących rodziców i nie rzadko jedynakiem. Przed wyjazdem na wyprawę rowerową do Skandynawii miałam w sobie taką myśl i konkluzję, że wygląda na to, iż obowiązki rodzicielskie w Polsce sprowadzają się do coraz popularniejszego narzekania, że "osiemset plus to za mało". Tym samym podstawową funkcją rodziny stała się funkcja roszczeniowa z pretensją do świata o to, że rodzice muszą wychowywać i utrzymywać swoje dzieci. Funkcji roszczeniowej rodziny jeszcze nikt w żadnym podręczniku nie opisał co nie oznacza jak widać, że nie istnieje. Przyznam również, że z lekkim zażenowaniem czytałam komentarze niektórych obywatelek i obywateli pod jednym z moich komentarzy wyrażających niezrozumienie dla tej roszczeniowości w kontekście wiedzy o świadczeniach, które każda rodzina z dziećmi otrzymuje od państwa to znaczy dokładnie od nas i z naszych podatków. Pomijam kwestie językowe czy sposób komunikacji, obecnie coraz częściej spuszczam na to zasłonę milczenia. Jeśli połowa Polek i Polaków popiera przestępców oraz zachowania na granicy prawa, prezentuje postawy takie jak rasizm i promuje nienawiść, nie dziwi mnie sposób komunikacji. Zresztą i mnie czasami wyrwie się coś niecenzuralnego w obronie przed draństwem. Komentarz mój ten konkretny związany był z opisywaną w jednej z gazet sytuacją, w której to rodzice kilkulatka, domniemywam- jedynaka, skarżą się na to, że nie stać ich, aby dziecko spędziło wakacje na obozie a jeśli nawet, to obóz i tak trwa tylko 10 dni, maksymalnie dwa tygodnie a wakacje dwa miesiące. Oni wezmą kolejne dwa tygodnie urlopu aby jechać na wczasy i co dalej? Pytają zrozpaczeni. Babcia nie chce, aby jej "podrzucić" wnuka i koniec końców jest to powód pretensji i roszczeń do państwa. Czyli do kogo i o co konkretnie? O to, że świadczenie "osiemset plus" to stanowczo za mało, wakacji jest za dużo i czemu państwo nie zajmie się ich dzieckiem w te wakacje? Pomijam fakt, że dziecko nie jest rzeczą, stąd raczej się go nie "podrzuca" lecz co najwyżej zawozi, przyprowadza. Przypomina mi to sytuację, kiedy jedna ze znajomych mi mam pokazuje mi smsy od ojca swojego dziecka z prośbą o "wydanie" dziecka zgodnie z nakazem sądu na weekend. Dziecko to nie obiad, nie trzeba go wydawać, można po prostu zawieść lub przyprowadzić na spotkanie. Mój komentarz związany był z odpowiedzialnością rodzicielską i wyrażeniem zdumienia faktem, że rodzice jednego dziecka, w dwójkę pracujący i otrzymujący co miesiąc świadczenie na dziecko, roszczą sobie pretensje. Dla przypomnienia, celem tego świadczenia nie jest wyręczanie rodziców w utrzymaniu dziecka, nie jest nim również fundowanie rodzicom darmowego dla nich wywiązywania się z obowiązku materialnego zabezpieczenia dziecka. Celem tego świadczenia jest wsparcie rodziny z dzieckiem, ma ono ponadto charakter motywacyjny. I zaczęło się. Że nie wiem, ile kosztuje dziecko. No nie wiem, bo nigdy nie kupowałam dziecka, swoje urodziłam. Dalej- że tak to jest, jak się nie ma dzieci, jak się jest oderwanym od rzeczywistości, jak się nie wie, ile kosztuje jazda konna, chiński, szermierka, balet, kład i wakacje w Egipcie. Faktycznie jestem oderwana mocno od rzeczywistości, ponieważ nie wiem tego wszystkiego. 

        Zniesmaczona i zmęczona opuściłam Polskę a wraz z nią wszystkie te społecznościówki pełne nagonek, hejtu, pretensji i polskiego "roszczenizmu". Tak go sobie nazwałam, lubię tworzyć słowa. Ulga. Różnicę poczułam i zobaczyłam już na promie. Duńska mama na podłodze pokładu czytała dzieciom książkę. Trójka rodzeństwa jak dzieci z Bullerbyn, rozczochrane, w skarpetkach bez butów, wtulone w mamę. Widok ten znałam już sprzed roku lecz zawsze mnie rozczula. Inni rodzice spacerowali z dziećmi za rękę, coś tam tłumaczyli, pokazywali, wspólnie jedli posiłek w bufecie. Jakaś babcia rozmawiała w wnukiem, grupka skautów coś sobie czytała. Jak to możliwe, że na tak wielkim promie nikt sobie nie przeszkadzał, nie krzyczał, nie upijał się, nie rozrabiał? Nieopodal czytającej mamy siedziała polska rodzina. Tata z telefonem komórkowym w dłoni, mama z nosem w telefonie komórkowym, kilkuletni synek z telefonem komórkowym w dłoni i zaglądająca mu przez ramię młodsza siostra. Tata co jakiś czas wydawał z siebie odgłosy, coś pomiędzy rozkazem a warczeniem: "idę", "chodź", "zostaw", "połóż". Mama milczała. Przez dwa tygodnie wyprawy rowerowej na campingach, plażach, w parkach, sklepach i wszędzie indziej spotykaliśmy rodziny z dziećmi. W Niemczech, Danii i Szwecji. Rodziny z dziećmi pod namiotami, w kamperach lub w samochodach przystosowanych do podróżowania z rozkładanym spaniem, maluchy w rowerowych przyczepkach lub krzesełkach, na małych rowerkach, w nosidłach. Zawsze wiedzieliśmy, które dziecko jest skandynawskie a które polskie, podobnie było z rodzicami. To nie jest żadna generalizacja ani nagonka, bo są w Polsce super rodzice i wiem to, lecz naprawdę wiedzieliśmy zwykle niemal od razu, skąd pochodzi rodzina. Uwielbiam skandynawskie dzieci, ich wiatr w rozczochranych włosach, ciekawość świata, swobodę komunikacji i wygląd przywodzący na myśl sytuację, kiedy rano otwierasz szafę i z jeszcze zamkniętymi oczami losujesz bądź co i ubierasz to na siebie. Do tego skarpetki, niekoniecznie do pary i jak zauważył mój znajomy, często tylko jedną. Lub wcale. Skandynawskie dzieci gonią boso. Po trawniku, piachu, chodniku, podłogach. Brudne i szczęśliwe. Jakieś takie uważne, ciche chociaż roześmiane, spokojne i rozluźnione chociaż non stop skaczą i biegają. Na rowerach zawsze są w kaskach. Polskie dzieci najpierw słyszymy. Jeśli nie trzymają nosów w telefonach, są bardzo głośne lecz nie jest to odgłos zabawy a szarpania się z dorosłym. Zawsze o coś chodzi i zawsze jest krzyk, sprzeciw, bunt, coś nie tak. Zawsze też nad dzieckiem sterczy rodzic i czegoś chce. Wydaje rozkazy, polecenia, warczy, upomina, ma pretensje. Jest jakiś taki spięty, podenerwowany, niespokojny. Wiem, że to kompletnie nie jest wina dzieci. Dzieci są wszędzie na całym świecie takie same, otwarte oraz chętne do działania, współpracy i przestrzegania zasad. Tylko muszą te zasady znać podobnie jak reguły gry ze światem i czuć się z dorosłym bezpiecznie. W takiej atmosferze jednak, jaką serwują dzieciom Polacy z ich polskim "roszczenizmem" nie ma odpoczynku, nie ma wakacji, nie ma hygge*. Jest ciągłe napięcie, stres i oczekiwanie na to, że coś się wydarzy. Polscy rodzice są ciągle na coś obrażeni, matki milczą a ojcowie są gdzieś obok z nosami w telefonach lub zaciskają usta źli na świat. Rzadko się uśmiechają. Jeśli widziałam tatę skaczącego na trampolinie na kampingu, wiedziałam, że nie jest Polakiem. Nie chcę być niesprawiedliwa, widziałam też super rodziców i spokojne dzieci z Polski, jednak nie często a najczęściej byli to ci, którzy w Skandynawii mieszkali. Wracając do kraju byliśmy świadkami rodzinnej, trudnej sytuacji przy fast foodzie na stacji benzynowej. Przypuszczam, o co chodziło jednak ważniejsze dla mnie było to, co zobaczyłam. Nadąsana mama siedziała cicho w dystansie, smutna i obrażona. Tata z zaciśniętymi ustami i ciągłymi do niej pretensjami próbował się gdzieś dodzwonić, wymachiwał rękami i rzucał telefonem lub coś burczał. Za nimi z tyłu siedziała kilkulatka z nosem w telefonie. Nikt z nikim nie miał kontaktu i nikt zn nikim nie rozmawiał. Zero relacji, zero interakcji, zero wakacyjnej atmosfery. 

    Te doświadczenia i obserwacje powodują, że łączą mi się kropki pozornie od siebie odległe. Bo co ma wspólnego pretensja do państwa o brak pomocy w utrzymaniu dziecka i opiece nad nim z pretensją do całego świata o wszystko, co kumuluje się na dziecku nie uzbrojonym w żadne mechanizmy obronne? Uważam pretensje do państwa są niesprawiedliwe i nieprawdziwe jak również nie w porządku wobec osób płacących podatki a nie mających dzieci bądź mających je już dorosłe. Obowiązkiem rodzica jest bowiem utrzymać dziecko i zapewnić mu jak najlepsze warunki do rozwoju, troskę i opiekę. Jeśli państwo pomaga, to idealnie. Dziecko jednak to nie jest projekt, nie jest również kolejnym planem po samochodzie i domku na raty oraz wczasach w kurorcie. Dziecko to pełnoprawny, żywy i czujący członek rodziny, którą osoby świadomie mniej lub bardziej zakładają a jeśli tak nie jest, lepiej niech nawet nie próbują. Dlatego bez względu na to, jak bogate lub biedne jest państwo, funkcje rodziny i obowiązki rodziców wszędzie są takie same. Nikt nie powiedział, że dziecko musi jechać na obóz za tysiące a wczasy muszą być w kurorcie. Przykład Skandynawii pokazuje, że rodzina może być szczęśliwa w lesie czy na łące, śpiąc w namiocie lub na materacu w samochodzie, jedząc na śniadanie samodzielnie zrobione kanapki i goniąc boso bez firmowych butów za tysiące. Za to z rodzicem, który odłożył telefon na bok, bo jest z dzieckiem, jemu poświęca czas i uwagę, jemu służy i dla niego jest obecny. Bez pretensji a dążąc do hygge niezależnie od stanu posiadania. Jedne z najbogatszych krajów świata takie, jak Dania czy Szwecja inwestują nie we wczasy w kurortach i konsumpcjonizm lecz w edukację w zakresie społecznych i rodzicielskich oraz obywatelskich kompetencji, w uczenie  dzieci empatii i wolontariatów, zrównoważonego życia i prawo każdego obywatela do natury i spokoju. Może dlatego Duńczycy, jak wskazują raporty ONZ, są na drugim miejscu wśród najszczęśliwszych narodów świata. Według tych samych raportów Polacy mają 40 miejsce. 

Ps. Wróciłam z wyprawy rowerowej po Skandynawii. Wczoraj przeczytałam kolejny tekst o rozpretensjonowanej mamie, że nie stać jej na firmowy plecak dla dziecka a przecież musi mieć firmowy bo dostało się do dobrego liceum. Serio?

*hygge to rodzaj skandynawskiej, głównie duńskiej filozofii, pewnego sposobu i stylu życia polegającego na tym, aby cieszyć się rzeczami małymi, czerpać radość życia z drobiazgów, czuć komfort w sferze niematerialnej, otaczać się rzeczami miłymi i dającymi wytchnienie, również życzliwymi osobami. Hygge jest wszystko, co spokojne i łagodne, miękkie, milutkie i cieplutkie. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

"NIC O NICH BEZ NICH"

   czyli jak otwarłam  pierwszą w Polsce agorę (i to na uniwersytecie!), w której nieletnich pyta się o zdanie na temat procesu resocjalizac...