czyli kto i z czym ma kryzys?
Brałam wczoraj udział w organizowanej przez Urząd Miasta Krakowa konferencji dotyczącej męskości, zatytułowanej "Mężczyzna w centrum. Sytuacja chłopców i mężczyzn między przywilejem a wykluczeniem". Było to nad wyraz udane merytorycznie wydarzenie, sporo dobrych referatów popartych wynikami badań naukowych, danymi statystycznymi i faktami pozwoliło mi na ułożenie sobie w głowie kilku kwestii i zdefiniowanie fragmentów rzeczywistości. Uważnie przypatrywałam się uczestniczkom i uczestnikom, prelegentkom i prelegentom lecz i sobie, swoim reakcjom, odczuciom, myślom. Są takie kwestie, które człowiek układa sobie kilka razy w życiu, zmienia perspektywę, punkt widzenia, pogląd, rewiduje zdanie. Ja tym razem niewiele sobie w sobie zmieniłam a to dlatego, że mam poczucie, że rewolucyjne zmiany w mojej głowie mam już w życiu za sobą. Dotyczy to również kwestii płci, relacji damsko- męskich, kobiecość, męskości i wszelkich związanych z tą problematyką kontekstów. Konferencja dała mi nową wiedzę, pozwoliła poszerzyć perspektywę i to mnie bardzo cieszy, chociaż rdzeń mojego spojrzenia na problematykę pozostał nienaruszony. Jest on taki, że niezależnie od płci czasami ludzie mają ze sobą problemy, czasami są one spowodowane życiem osobistym, czasami nakłada się na nie kontekst kulturowy, cywilizacyjny, sytuacja w kraju i na świecie, a wcześniej jeszcze ukształtowanie przez wychowanie i proces socjalizacji. Koniec końców nic nie jest proste a efekt bywa piorunujący i każdorazowo wymagający indywidualizacji podejścia i dystansu. Kolejną rzeczą jest to, że dawno już przestałam reagować nadmiernie emocjonalnie na problematykę kobiecości, męskości, feminizmów i innych izmów ponieważ odnoszę wrażenie, że co mam wiedzieć to wiem a czego nie wiem to sobie doczytam a zresztą niewiele tego zostało. Temat jak każdy inny a życie toczy się dalej. Niezależnie od powyższego nurtują mnie raczej kwestie równości właśnie oraz ujmowania tego wszystkiego w kontekście praw człowieka. Dlatego bardzo mi odpowiada podejście proponowane przez Katarzynę Wojnicką w książce "Mężczyznologia" (PWN, Warszawa 2025). Autorka prezentując wybrane, najnowsze wyniki badań dotyczące mężczyzn w obszarach takich, jak m. in. związki, ojcostwo, zdrowie, praca, polityka, aktywizm, przemoc, wojna, itp. sugeruje tezę, że nie mamy do czynienia z żadnym kryzysem męskości lecz po prostu z pewną naturalną ewolucją spowodowaną kontekstami rzeczywistości. Przychylam się w pełni do tej tezy, co więcej, pozwoliła mi ona zupełnie inaczej spojrzeć na wyniki badań naukowych i przez ich pryzmat dokonać interpretacji rzeczywistości układając sobie w głowie rzeczy. Są jednak takie i tacy, którzy o kryzysie mówią i dla których ta kategoria jest ważna w próbach zrozumienia pewnych sytuacji dotyczących kobiecości i męskości. To też jest ok co nie znaczy, że nie mogę sobie od tego podejścia odejść. Ważniejsze dla mnie jest to, czego doświadczam i co obserwuję. Mam to szczęście, że w moim akurat związku kwestie damsko- męskie pływające w sosach z feminizmów, równości i innych poruszających dodatków są ułożone choć układane nigdy nie musiały być tak naprawdę. Po prostu pewne rzeczy są dla nas oczywiste i po co tracić czas na ich roztrząsanie. Jesteśmy osobami realizującymi się zawodowo z pełną satysfakcją, każde z nas robi swoją karierę, chociaż z racji przedmiotu zainteresowań zawodowych i pasji mocno nam się to wszystko przeplata i wieczorne rozmowy o kwestiach zawodowych nie są niczym nadzwyczajnym. Jasne, czasami fajniej jest porozmawiać o kolorze sukienki niż o linii postępowania w sytuacji zabójstwa nożem kolegi przez grupę młodych mężczyzn, fajniej na pewno również rozmawia się o planach wakacyjnych niż o kolejnych problemach w procesie tranzycji osoby nastoletniej. Jednak oboje mamy zgodę na to, że zawodowe rozmowy i wzajemna pomoc w rozwiązywaniu problemów z nimi związanych są ok. Jasna sprawa, jesteśmy na etapie życia z wychowanymi już dziećmi, zupki, kupki, pieluchy, szkołę i takie tam mamy niemal całkiem za sobą. Jest to nasze doświadczenie, pamiętamy je i nic z tego nie jest nam obce. Obecnie jednak dużo jeździmy bo taką mamy pracę, wspólnie odpoczywamy i nikomu nic do tego chociaż zawsze znajdą się osoby przekraczające granice i czepiające się naszego stylu życia lub go komentujące. Nie nasz to problem chociaż nic mnie tak nie irytuje, jak przekraczanie granic damsko- męskich. A kto wiesza pranie? Ktoś, kto akurat ma je pod ręką do powieszenia, kompletnie nie robimy z tego problemu. Nie ma też problemu z robieniem porannej kawy czy czegoś do jedzenia, zresztą najczęściej kupujemy gotowce bo nie mamy czasu więc odchodzą gary w zmywarce i różne takie. Zmierzam do tego, że co do zasady zafundowaliśmy sobie spokój oparty na wiedzy i rozumieniu kwestii damsko- męskich i rzeczy błache i kuchenne nie są naszym problemem. Rozumiem jednak, że nie wszędzie, nie zawsze i nie u wszystkich tak jest. Tylko czy my musimy ponosić tego konsekwencje? Nie dalej jak rok temu w Gdańsku odbył się kolejny Kongres Kobiet. Ucieszyłam się z zaproszenia, miałam prowadzić panel, tak zresztą się stało niemniej zamieszanie i chaos wokół jego organizacji a później przebiegu w różnych kontekstach relacji, związków- rozwiązków i niepoukładania sobie życia przez innych skutecznie mnie zniechęcił do tego wydarzenia i myślę, że raz na zawsze. Nie wchodząc w szczegóły sytuacja, której doświadczyłam, była na tyle kuriozalna, że nadal nie do końca mogę uwierzyć w to, co się wydarzyło. Otóż na Kongresie Kobiet zostałam agresywnie, werbalnie i niemal fizycznie zaatakowana przez młodego mężczyznę. Piszę "niemal fizycznie" gdyż w pewnym momencie stał nade mną oparty w bojowej pozycji o stolik i krzyczał. Zaatakował, bo śmiałam upomnieć się o to, że panel, w którym ów wspomniany mężczyzna brał udział, znacznie się przedłużał a on miał jeszcze tyle do powiedzenia, że nie mógł skończyć o czasie. Rozumiecie ten powód, jakże popularny w sytuacjach debat, kiedy to panowie dominują często w dodatku pouczając kobiety? Ja znam i to nie tylko z Facebooka i telewizora. Nie mówię, że kobiety nie pouczają kobiet lecz pominę to milczeniem bo dla mnie to dno. Nie mamy jednak kobiecego odpowiednika pojęcia mansplainingu, nie wiem czemu. Nie wierzycie, że to się wydarzyło? To jeszcze nic. Najlepsze było później, kiedy to nie kto inny jak kobiety- w większości współorganizatorki wydarzenia zaczęły agresora bronić i to do tego stopnia, że nawet dzień później niepokoiły mnie telefonami i mailami, które w dbaniu i trosce o siebie przestałam po prostu odbierać. Ciotki Gilead, strażniczki patriarchatu przekonywały mnie, że młody mężczyzna miał prawo mówić a poza tym on jest aktywistą, działa na rzecz młodych mężczyzn i nie może być tak, że mężczyzna mówi a kobieta go prosi aby skończył tylko dlatego, bo czas mu minął a następnie prosi organizatorki o zakończenie przedłużającego się panelu, bo kolejne panelistki czekają na swój panel a poza tym mają również swoje prywatne życie, zaplanowany dzień i różne takie. To co się dziwię, że pan się zdenerwował? No właśnie. Ważne jest to, co dodam, że dwie moje koleżanki prawniczki zareagowały na sytuację pisząc do mnie z troską, czy wszystko u mnie w porządku. Nie, nie były to organizatorki. Tomek z identyfikatorem "uczestniczka" (bawiło nas to sympatycznie i rozczulało) całą sytuację obserwował, notował zdarzenie i ufał, że sobie poradzę niemniej był obok, co mi dawało wsparcie. To nie zraziło jednak młodzieńca do robienia afery, zresztą krzyczał również na moje koleżanki- uczestniczki panelu. To był mój ostatni, jak się domyślacie Kongres Kobiet, jestem bowiem kobietą świadomie decydującą o swoim dobrostanie i potrafię siebie ochronić nie tylko używając umiejętności nabytych na treningach boksu. Na marginesie w stosunku do agresywnego młodego mężczyzny zastosowałam dokładnie te rozwiązania, których nauczyłam się na dwóch stopniach kursu Wen Do- samoobrony i asertywności dla kobiet i dziewcząt. Rozwiązania werbalne, asertywne, chroniące siebie. Nomen omen kurs Wen Do został sprowadzony do Polski przez feministki, z których niektóre były na kongresie. W tym roku Kongres Kobiet odbywał się w Katowicach. Jeśli myślicie, że ktosia się do mnie odezwała, szczególnie z pouczających mnie ciotek Gilead i strażniczek patriarchatu, to jesteście w błędzie. Napisała jedna tylko z koleżanek, czy będę. Odpowiedziałam, że nie- nie pytała o powody. Niemniej to był moment, gdy byłam gotowa zacząć o nich głośno mówić i pisać, co ostatecznie znajduje odzwierciedlenie tu i teraz bo o tym czytacie. Czy przestałam być feministką? Nie. Czy zaczęłam nienawidzić mężczyzn? Nie. Czy przestałam lubić kobiety? Nie. Bo zupełnie nie o to w tym wszystkim chodzi. Chodzi o to, aby chronić się przed ludźmi, którzy wam jakkolwiek szkodzą i trzymać relacje z tymi, którzy powodują, że odczuwacie satysfakcję z kontaktu. Tyle. Płeć nie ma tu nic do rzeczy podobnie jak włosy pod pachami czy kolczyki w nosie. To wy decydujecie i tylko wy. Tak też ja zadecydowałam o sobie. Martwi mnie jednak coś innego i tu wrócę do wczorajszej konferencji. Był sobie wczoraj pan, który przyszedł z książką i epatował nią bardzo twierdząc, że tylko on dzisiaj ma ze sobą książkę. Łatwo się domyślać mojej miny i tego, jak zareagowałam, zresztą w śmiechu wtórowała mi koleżanka, pod której krzesłem leżała torba książek. Pan w wielkim skrócie zaczął opowiadać, że jego fundacja promuje czytelnictwo u chłopców, bo chłopcy nie czytają a książki nie są do nich dostosowane ponieważ są o emocjach a nie o wojnie, broni i majsterkowaniu. Dowiedziałam się, że chłopiec musi mieć książkę o byciu inżynierem na przykład, musi być w niej dużo obrazków i krótkie teksty dużymi literami, nie może być o emocjach i dziewczynach a w ogóle to żaden chłopiec nie przyjdzie na targi książki, jak nie będzie na nich czołgu. Nie wiem dlaczego, w tym właśnie momencie przypomniało mi się, że niedawno był obchodzony Dzień Dziewczyn i pamiętam, że na słowa Ministry Edukacji zwrócone do dziewczyn nazywanych właśnie "dziewczynkami" zareagowałam dokładnie tak, jak na tego pana. Moje ciało zaszalało wielkim poruszeniem więc wiedziałam, że coś tu jest nie tak. Zirytowałam się, zresztą podobnie, jak siedząca obok mnie wczoraj koleżanka. Po głowie tłukło mi się jedno pytanie, a mianowicie: po co ta cała wiedza, którą mamy, po co takie konferencje, spotkania, wyniki badań i mnóstwo innych działań, jak jako społeczeństwo wciąż tkwimy w tak dużej ignorancji i w tak głębokim patriarchacie jako systemie mentalnym i związanym z przemocą symboliczną, że nie mam zielonego pojęcia, jaka maszyna może nas z tego wyciągnąć. Może faktycznie czołg? Pojęcie "dziewczynki" jest tak upupiające jak tworzenie artefaktów socjalizacyjnych mówiących o tym, że każdy chłopiec pragnie być żołnierzem. Zresztą również na słowo "kobietki", szczególnie z męskich ust mam drgawki. Kiedyś pamiętam, jak na jednej z obron doktoratu wstał pewien człowiek i zapytał: "czy jeśli w prezentacji wyników badań używamy słowa "dziewczynki" to analogicznie powinnismy używać słowa "chłopczyki"? Jak to państwu brzmi? Mamy tak zryte głowy patriarchatem, że oczywiście "dziewczynki" brzmią ok a "chłopczyki" nam zgrzytają. Podobnie, jak niektórym zgrzytają słowa takie, jak doktora, profesora, ministra, prezeska, premierka lecz już sprzątaczka, służąca i za przeproszeniem prostytutka nikomu nie zgrzyta. Czujecie to? Kilka dni temu jedna z gazet opublikowała wielki tytuł "feministka może najbardziej na świecie pragnąć dziecka" wywołując tym sensację, emocjonalne dyskusje, akty nienawiści cyfrowej i jakieś kompletnie dla mnie niezrozumiałe reakcje. A czemu niby feministka nie mogłaby chcieć mieć dziecka? Jak chce to niech ma a jak nie chce to niech nie ma. Jak dokładnie każda inna osoba z macicą. Czy to jest kryzys? Nie. To jest stan mentalności uwikłanej w patriarchat. Bo kryzys oznacza stan potencji do zmiany, rozwoju, tworzenia czegoś nowego a ja odkąd pamiętam i odkąd zaczęłam się interesować właśnie feminizmem, czyli już jakieś 30 lat, wciąż słucham tego samego i czytam to samo. A raczej już nie słucham i nie czytam chyba, że znajdzie się jakaś interesująca faktycznie książka jak ta Katarzyny Wojnickiej. Dlatego też z wielkim dystansem pojechałam wczoraj na tę konferencję i na szczęście byłam bardzo mile zaskoczona i podbudowana szczególnie postawą tych osób, niezależnie od płci, które chciały słuchać, rozmawiać, pytać i szukać wspólnie odpowiedzi a dominującymi kontekstami była kategoria równości i praw człowieka nie zaś to, kto kogo bardziej nienawidzi i co zrobić, aby było gorzej. Ponieważ wszyscy czasami stosujemy przemoc i jej doświadczamy, czasami lubimy o emocjach a czasami o przygodach z błotem na ubraniu, czasami płaczemy a czasami chcemy się bić (no ok chodzi mi o sztuki walki!), czasem cierpimy a innym razem czujemy szczęście, jesteśmy wrażliwi lecz i gruboskórni oraz fajnie, jak wspieramy słabszych i upominamy się o ich prawa, staramy się być sprawiedliwi jako ludzie a jeśli ktoś ma kryzys, szukamy rozwiązania. Razem. Acha, no i chyba nikt nie lubi wojny i wszyscy się jej boimy?