sobota, 22 lutego 2025

UPRAWNIENIA DO UPOMINANIA

gdy jesteś sobą swą własną osobą w świecie osób upominaczych..

    Bywam upominana i to nie tak rzadko. Nie do wiary prawda? A jednak. Czy zastanawiałyście/ liście się kiedyś nad tym czy i kto ma prawo i uprawnienia do upominania was? Upominanie pamiętamy zwykle z dzieciństwa. Ja na pewno. Upominana byłam o wszystko. Niemal nigdy nie robiłam niczego tak jak chcieli dorośli. Problemy były dwa: robiłam tak, jak uważałam lecz również nie miałam wiedzy o tym, jak się powinno. Bo kto dyktuje powinności i skąd inni wiedzą, że powinno się akurat tak? Nadal czasami nie wiem, kto to wymyśla lecz wiem, kto kontroluje. To osoby upominacze. Wtedy jednak myślałam, że taki jest porządek świata i tak się mają rzeczy. Jestem mała to ktoś duży mnie upomina. Niemniej każda mała dziewczynka kiedyś staje się duża. Tak stało się i ze mną choć nie oznacza to, że osoby upominacze zniknęły z mojego życia tak, jak nie znikają z życia innych. Im bardziej dziewczynka jest samodzielna, autonomiczna i niezależna, co oznacza, że jest wolna, tym osób upominaczych jest więcej. Wyskakują spod ziemii jak Hatifnatowie w Muminkach, pamiętacie? I hyc przeskakują przez twoje granice w realu, gnieżdżą się w twoich mediach społecznościowych na twoich wall'ach, funpage'ach i w twoich przestrzeniach. Oczekują, oceniają, kontrolują, śledzą a jeśli tylko robisz lub piszesz coś, co uznają za niezgodne z ich oczekiwaniami, wyobrażeniami o tobie, scenariuszami i planami albo robisz coś więcej, lepiej, po swojemu, inaczej, bardziej...hyc! I zaraz upominają, pouczają, grożą lub odgrażają się. Osoby upominacze upominają cię często w przestrzeniach publicznych lub publicznie piętnują. Najgorsze w nich jest to, że nie mają o tobie i twoim życiu pojęcia, nie wiedzą co czytasz, nad czym pracujesz, czego się boisz i co jesz na śniadanie. Nie prosisz ich również o jakąkolwiek reakcję, uwagę, komentarz. Lecz to nie szkodzi. Osoby upominacze mają wdrukowany taki obowiązek i same sobie nadają uprawnienia do upominania. Roszczą sobie do niego prawo a co więcej, nakładają na ciebie sankcje a nierzadko i kary. Największą z nich jest wykluczenie choć zwykle zaczynają od focha, bo ktoś nie uznał ich uprawnienia do upominania. Bo ma swoje życie, swoje zdanie, swoją przestrzeń i ma do nich prawo. Jednak osoby upominacze sądzą inaczej: nie robisz jak chcemy? Nie realizujesz naszych interesów, planów, wizji świata? Wynoś się. A kysz. Nie masz prawa być samodzielnie myślącą i autonomiczną osobą. Już my ci pokażemy i opowiemy innym kim i jaka jesteś osobo samostanowiąca sobie po swojemu o sobie, samodzielna w sobie i niezależna wsobnie i na zewnątrz. To my układamy ci świat, nie wiedziałaś? Tymczasem w sytuacjach, kiedy osoby upominacze hycają przez moje granice i realizują nie proszone swoje uprawnienia do upominania w mojej przestrzeni życiowej tak, jakby mi zmieniały pościel w sypialni na taką, jaką one lubią, choć mi to grozi bezsenną nocą, na pomoc przychodzi Marta Frej. Jej teksty uwielbiam i na ścianach bym je wykrzykiwała: "to ja decyduję o tym, kiedy mam się zamknąć a kiedy otworzyć" oraz "oczekiwania innych nie są moimi obietnicami" a "zdjęcie z siebie gryzącego swetra oczekiwań innych jest zdrowe bez względu na temperaturę". Co na to osoby upominacze?

    Czysto teoretyczny przykład. Zamieszczasz w mediach społecznościowych wpis lub komentarz, który ani nikogo nie obraża, ani tym bardziej nie krzywdzi i nikogo praw nie łamie a co najwyżej czasami wygina kręgosłup moralny lub ego swoją autentycznością i prawdziwością. Bywa demaskujący choć zawsze grzeczny, uprzejmy, kulturalny. Uwielbiam de- maskować prawdą. Ałć jak to boli osoby upominacze, które chcą ci zmieniać pościel w sypialni. Gwarantuję, że zawsze się odpalą. Stoją bowiem na straży i w gotowości do odpisywania lub nawet telefonowania do ciebie. Tak! Telefonowania. Telefon z upomnieniem. Zdarza wam się odbierać? Bywa, że mail. Wszystko oczywiście dla twojego dobra bo każdy o nie bardzo dba, do czego również uprawnienia sobie nadaje. Osoba upominacza jest często od ciebie starsza i tu wpadasz niestety w scenariusz znany od dziecka. Do tego dochodzi jeszcze tak zwana hierarchia w pracy lub organizacji i w tak zwanym środowisku, czymkolwiek ono jest. Bo mimo tego, że tak zwane środowisko nie płaci za ciebie kredytu i nie odwiedza twojej chorej matki w szpitalu ani nie ratuje ci życia gdy masz samochód u mechanika, ma jednak uprawnienia do upominania, zmieniania ci pościeli w sypialni i co tu dużo mówić, do twojego życia. I już ci się tłuką po głowie znane od zawsze teksty "pokorne ciele dwie matki ssie", "siedź w kącie a dostrzegą cię", "milczenie jest złotem". Do tego podawane są ci przykłady o tym, jak to niektórzy choć widzą to nie mówią i siedzą cicho a ty to zawsze. Na marginesie gdzieś tam sobie przypominasz, że żyjesz już prawie pół wieku oraz masz dorosłe dziecko. Jesteś samodzielną pracowniczką naukową (sic!), masz prawa wyborcze i obywatelskie, płacisz podatki, odpowiadasz prawnie za swoje czyny. A jednak jesteś upominana. Celowo piszę w formie żeńskiej bo jednak częściej upominane są kobiety, co potwierdzają moje koleżanki. Również dorosłe i samodzielne, płacące podatki, matki dzieciom, podpisujące się pod dokumentami jako one pełnym imieniem i nazwiskiem. To nie chroni je przed osobami upominaczymi.

    Uprawnienia do upominania osoby upominacze nadają sobie same, bo tak. Akt samonadania namaszczany jest często przez wspomniane tak zwane środowisko. Tym samym roszczą sobie prawo do takiej właśnie reakcji na ciebie w świecie. Jak wystają Ci ręce, utną ręce, jak nogi, przetrącą ci nogi. Kołderka musi być na ich rozmiar choć w twojej sypialni. Nie bez znaczenia jest kontekst kulturowy. Władza głupcze! Festiwal ego. Patriarchat. Upominający mają władzę bo hierarchia, bo tradycja, bo tak już jest po prostu. Acha, mają jakiś wiek również, zwykle starszy od twojego. To uprawnia do upominania z pewnością bo jeśli upominasz ty jako osoba młodsza oj to jest ageizm. Nie upomina się również mężczyzn jak jest się kobietą. Nie wiedziałaś? Zresztą w tym przypadku nawet,  jak od mężczyzn wymagasz to już ich "upominasz", więc najlepiej, jak oni sobie po prostu są a my sobie ich podziwiamy. Zrobimy herbatkę, zrobimy robotę, panowie się podpiszą, my grzecznie podziękujemy. Nie jest miło? To o co ci chodzi? Upominanie działa tylko w jedną stronę. Zresztą uwikłanie w hierarchię obwarowane różnymi strachami i wysyłanymi przez osoby upominacze komunikatami nie pozwala ci raczej upominać starszych i tych wyżej. Może również zwyczajnie masz to gdzieś bo twoje życie jest na tyle fascynujące i absorbujące, że nie interesuje cię cudze. Upominanie to również forma agresji. Najczęściej pasywnej i nie wprost, chociaż często jest jawnie agresywne i przemocowe, ponieważ to, że ty kierujesz się kulturą osobistą nie oznacza, że osobę upominaczą ona również obowiązuje. Dlatego osoba upominacza może być dla ciebie niemiła, bezczelna, krzyczeć, grozić i dyktować ci warunki relacji nie mówiąc o obrażaniu. Częsta jest manipulacja. To wszystko oznacza bardzo groźne konsekwencje. Jedną z nich jest ostracyzm społeczny więc cena, jaką osoba samodzielna, autonimiczna, wolna, niezależna i będąca swą własną osobą płaci za siebie samą jest wykluczenie. Kanałem ostracyzmu jest coś na kształt głuchego telefonu a jego narzędziem plotka. Oczywiście w tak zwanym środowisku. Nie każdy wie, że plotka to forma agresji. Przekazywanie innym w konwencji szeptu i plotki złych rzeczy o tobie albo pospolite, prostackie obgadywanie, wywołuje podwójny efekt wykluczenia. Na wszelki wypadek od takiej osoby jak ty najlepiej jest trzymać się z daleka. Bo nigdy nie wiadomo. Uprawnienia do upominania daje również patriarchat. Nie oznacza to, że upominają tylko mężczyźni a ostrze tego upomnienia skierowane jest na kobiety. Otóż to kobiety najbardziej upominają inne kobiety. Starsze upominają młodsze, te wyżej w hierarchii upominają te niżej, podobnie jest ze stanowiskami. Ciotki Gilead* zawsze będą ci ścieliły mięciutko na luksusowym łóżeczku lecz kołderką pod swój rozmiar. Wiesz co osoby upominacze najbardziej wścieka? To, że ty wolisz spać w namiocie. 

*Bohaterki powieści Margaret Atwood.

wtorek, 11 lutego 2025

MIĘDZYNARODOWY DZIEŃ KOBIET I DZIEWCZĄT W NAUCE

 Cóż, musi pani wybrać, życie polega na wyborach...

    Rzekł do mnie nobliwy profesor znany z pisania nie tylko prozy lecz i poezji. Pisał wiersze głównie o wartościach, szacunku do innych, wolności przypisanej każdemu człowiekowi i o tym, że zawsze każdy ma wybór, nawet w niewoli. Personalista. Byłam na pierwszym roku studiów doktoranckich, które wówczas wyglądały zupełnie inaczej niż teraz bo nie było szkół doktorskich, chociaż stypendium już pobierałam, jako jedyna na roku. Podobno mi się należało. Tylko nikt do końca nie wiedział, co mam za to "należało" robić, zatem robiłam wszystko, co nie licowało z tytułami przed nazwiskiem a co trzeba było zrobić, aby uczelnia jakoś funkcjonowała. Na doktorat dostałam się uczciwie, jako matka półtorarocznego chłopca, praktykująca rodzicielstwo bliskości i jakieś takie antypedagogiczne eksperymenty, zanim to było modne. Tuliłam, chustowałam, karmiłam piersią, pozwalałam się brudzić błotem i masowałam. Jarałam się macierzyństwem i pedagogiką na maksa. Tylko to chciałam robić w życiu chyba od zawsze. Dwa lata zatem pytałam promotora, czy przyjmie mnie na doktorat. Raz popatrzył na mój brzuch z synkiem w środku i coś tam pomruczał. Innym razem jak przyszłam z synkiem już po drugiej stronie brzucha na seminarium magisterskie i jako jedyna miałam część teoretyczną pracy, powiedział, abym nie przyjeżdżała co tydzień z dzieckiem tylko pisała i przyjechała z gotową pracą. Tak też zrobiłam. Pracę magisterską pisałam zatem z dzieckiem wiszącym przysłowiowo na cycu i obroniłam się pierwsza na roku. Na piątkę. Okładka była solidna, twarda i zielona a litery srebrne. Praca magisterska spora bo ja chciałam tak całościowo i interdyscyplinarne podejść. Byłam dumna z siebie a promotor prosił, abym została po obronie. No więc tak jak pani wspominała- rzekł, może pani próbować na ten doktorat, proszę napisać konspekt, złożyć papiery i we wrześniu są rozmowy. W wakacje pisałam konspekt a syn nadal czasami jeszcze wisiał przy cycu chociaż już sam całkiem nieźle chodził a i gadanie mu się włączyło. We wrześniu dowiedziałam się, kiedy są te rozmowy i pojechałam złożywszy wcześniej papiery. Nikt nic ze mną nie konsultował, nie pomagał mi, nie sugerował. Przecież były wakacje. Weszłam do sporego muzealnego pomieszczenia, przypominam, że mój zakład pracy stoi ponad 660 lat. Za stołem przykrytym zielonym suknem zobaczyłam kilku panów profesorów. Znałam tylko mojego promotora. Zadawali mi pytania, kiwali głowami, podziękowali i dowidzenia. Za dwa tygodnie byłam na liście. Studia doktoranckie oznaczały wtedy mnóstwo zajęć ze studentami, o których mogłam nie mieć pojęcia, bo mało kto miał, dlatego dawali je doktorantom a już na pewno doktorantkom. Przecież "pani taka zdolna to sobie poradzi"*. Radziłam sobie a co? Syn jeszcze miał trochę czasu do przedszkola jednak wspólnymi siłami z pomocą bliskich można było to wszystko ogarnąć. Wszystko oznaczało również na przykład siedzenie do późnego wieczora w komisjach rekrutacyjnych cały lipiec. Nigdy nie zastanawiałam się, gdzie wtedy byli moi koledzy. Czy ktoś mnie o coś pytał? Tak, owszem, pytano: a jak to się mówi, kiedy my panią angażujemy w tak odpowiedzialne zadania? Dziękuję się mówi. Ale ja chciałam powiedzieć, że jasne tak tak dziękuję lecz mam w domu małe dziecko i nie mogę zostać do wieczora. To proszę pani trzeba się zastanowić czy pani chce doktorat robić czy dzieci rodzić i z nimi siedzieć a życie polega na wyborach więc może pani wybrać. 

    Płakałam zawsze jak świat już spał albo jeszcze się nie obudził. Synek poszedł do przedszkola a ja znalazłam przestrzeń w dzień na czytanie, pisanie, studentów. Spełniałam swoje marzenia i uwielbiałam uczyć choć nikt nigdy mi nie powiedział, że spełnianie marzeń tak cholernie boli. Doktorat napisałam najszybciej jak mogłam, wiedziałam bowiem, że stypendium mam tylko cztery lata, synek rośnie a dorosłość to rachunki, kredyty, zakupy. Popołudniami prowadziłam świetlicę socjoterapeutyczną dla największych huliganów w miasteczku- kocham Was chłopaki i dziewczyny, już dorosłe osoby, mocno i wasze dzieci też! Byłam też kuratorką społeczną, jako "pani przeteoretyzowana" jakoś jednak sąd rodziny przyznawał mi największych łobuzów do ogarnięcia. Pamiętam was nadal z imienia, cieszę się, że mówimy sobie "dzień dobry" na ulicy. Szacunek! I tak było, tu grosik, tam drugi, synek po przedszkolu do babci a ja gram w dorosłość z życiem bo dziecko rośnie jak na drożdżach i to buty trzeba nowe, to kurteczkę a to rowerek, deskorolkę, angielski. Doktorat skończyłam w cztery lata. "Nooo musi pani poczekać pół roku bo jeszcze nikt w cztery lata nie skończył doktoratu jak to tak". "Ale ja mam dziecko...". "Proszę pani, to jest proces, procedury, rady, to poczekamy bo pani jest w gorącej wodzie kąpana". Czekając grałam z życiem jeszcze bardziej i tym razem już ostro na kasę. Gra o honor się skończyła, chciało mi się kariery naukowej to mam a mogłam wybrać przecież. Mówili a ja nie słuchałam. 

    Obroniłam doktorat, rozpoczęłam prawdziwą pracę na pół etatu. "Późno zaczęłaś". Moi rówieśnicy już dawno pracowali a ja sobie doktorat robiłam to co chcę? Później zaproponowano mi cały etat, co oznaczało reorganizację życia bo to, że syn był coraz większy nic nie oznaczało oprócz lepszej logistyki, bo o ile w przedszkolu mógł być do godziny 15.00 to szkołę kończył 12.30. Z kurateli zrezygnowałam, i tak byłam "przeteoretyzowana i nic o prawdziwym życiu nie wiedziałam". Reforma pomocy społecznej zmieniła zasady funkcjonowania świetlic lokalnych, moi chuligani urośli choć nie wszyscy dorośli. Została uczelnia. Pomyślałam, że oprócz pisania artykułów fajnie jest wydać książkę. "Co pani zrobiła tak się książek nie pisze". Książka do tej pory jest studiowana i nadal dostaję maile z prośbą o pdf, choć minęło sporo lat. Obecnie na książce i modelu w niej opisanym pracują urzędy niektórych miast organizując lokalne systemy wsparcia dzieci i młodzieży, proszą o nią streetworkerzy. Po niej były kolejne. Za cienka. Za gruba. Nie taki tytuł. Za nowatorska. Nie taka metodologia. Jesteś za bardzo interdyscyplinarna. To się nie nadaje na habilitacje a tamto na coś tam. To nie jest pedagogika. A to książka na stopień? Pamiętaj, ktoś to będzie recenzował. Za młoda jesteś. Co to jest? Nie pisz książek. Teraz się książek nie pisze bo się nie opłaca. Ty to piszesz te książki takie grube i badania robisz i zdjęcia są, kto ci to wydaje? Za dużo szumu robisz. Jesteś za aktywna na Facebooku. Po co komentujesz? Jak sobie załatwiłaś wejście do tej i tej komisji? Do chóru panów często przyłączają się panie. Nazywam je strażniczkami patriarchatu. Czym ty się w ogóle zajmujesz? A kto to o tym słyszał? Proszę już kończyć to wystąpienie. Tyle razy mówiłam, żebyście nie mówili tak bo ja w swojej książce mówię inaczej. Za duże te kolczyki masz. W tym wieku już nie wypada takich krótkich sukienek. Słyszałam, że wczoraj nieźle balowałaś na dancingu. 

    "Panów musimy rozpieszczać" słyszę od jednej strażniczki patriarchatu. I tak to się kręci. "Wiesz, masz dorobek na profesurę już, na co czekasz? Ja złożyłam chociaż panowie to wiesz, mają połowę co my i składają bo oni to wiadomo, tak naprawdę niewiele muszą a my to wiesz: jak czegoś nie dopracujemy to nam głupio. Ono nie mają kompleksów"- słyszę od koleżanki. "Wiesz co jeszcze bym chciała tę jedną książkę napisać. Tylko nie mam czasu, czekam na wakacje, bo ciągle coś za kogoś robię, organizuję, wiesz...niby kolega miał pomóc ale on ma swoje rzeczy"- odpowiadam. Moja ulubiona życiowa osoba: "tak to można robić dorobek, tu się podpisuje, tam sobie działa a ty za niego robisz". Kiedyś bardzo dobrze się przygotowałam na zaprezentowanie mojej wizji rozwoju w wyborach do pewnej funkcji. Ramy legislacyjne, kontekst międzynarodowy, reorganizacja przestrzeni oparta na koncepcjach i wynikach badań. Przegrałam z osobą płci męskiej, która nawet prezentacji nie miała a w zamian anegdotki, cytaciki, zabawianie towarzystwa. Po 25 latach pracy w instytucji mającej się dobrze ponad 660 lat nie mam własnego biurka i własnego kącika o którym mogę powiedzieć: "jest mój". Do którego zaproszę studentki na konsultacje. Niekiedy widzę, że koleżanki i koledzy z sąsiednich miejsc pracy mają swoje biurka, na nich talizmany, zdjęcia z wakacji, kwiatki, książki i lubiony sweter przewieszony przez opieradło krzesła, gdy się zasiedzisz bo akurat ci się dobrze pisze a po plecach wieje. Łażę więc przenosząc z miejsca na miejsce rzeczy, i nie tylko ja, jak baba z krakowskiego kleparza z torbami pełnymi książek, laptopów, pomocy dydaktycznych. Łazimy wszystkie "na tych zgrabnych nóżkach" pchając się do gremiów pełnych "mądrych kolegów". Najpierw z marzeniami w głowach, później z dziećmi w brzuchach, następnie z dziećmi w chustach czy na biodrach, wiszących przy cycach lub ciąganych za rękę. Mamy marynarki umorusane czekoladowymi paluchami, w torebkach obok laptopa pampersy, odciągacze do pokarmu a poźniej koniecznie wilgotne chusteczki i przeciery owocowe w tubkach. Uwieszone na telefonach z przedszkola, szkoły, z zajęć pozalekcyjnych czy korepetycji. A jeszcze składka na ubezpieczenie i papier ksero dla wychowawczyni. Częściej bierzemy wolne, spóźniamy się bo korki, prosimy o "on lajny" i "call'e" na dydaktyce, nie dociągamy kresek w makijażach. Później szybko do domu bo dziecko, bo lekarz, bo wywiadówka, bo rada rodziców. Jakie bankiety? Jakie spotkanie 2 godzinne nawet "na on lajnie"? 

    "Ty to masz dobrze bo twój syn jest już w szkole średniej" usłyszałam, kiedy mój syn po niemal śmiertelnym wypadku trafił do szpitala i po odratowaniu życia miał je spędzić na wózku. Prawie mieszkałam w szpitalu kilka miesięcy. Oczywiście prowadziłam dydaktykę i robiłam habilitację. Tę habilitację, która miała nie być habilitacją bo "to nie jest tak prosto zrobić habilitację". Od kogoś innego usłyszałam wtedy: "podobno twój syn miał wypadek ale coś nie zeszczuplałaś". 

    Minęło lat wiele. Jest jak jest a ja liczę lata do emerytury. Podobno nie tylko ja, wiele moich koleżanek ma tak samo. Będę mogła spokojnie sobie pisać książki o czym i o kim chcę, robić badania jak i jakie chcę współpracując z kim chcę i kto ze mną, punkty sobie będę zbierać tylko w sklepie spożywczym i wymieniać na pluszaki albo w kawiarnianej sieciówce na gratisową kawę, spotykać się z kim chcę i kiedy chcę, być lub nie być w komisjach i gremiach eksperckich bo znam lub nie znam kogoś z ministerstw wielu, zmieniać świat lub jedynie sukienki i wodę w kwiatach w wazonie. Oczywiście są super chwile dla których warto być uczoną w nauce oraz momenty, w których wiem, że to co robię, ma sens. Ostatnio mam takie sensy, kiedy odbieram telefon z zaproszeniem od władz pewnego miasta na konsultacje w sprawie organizacji lokalnego systemu pomocy dzieciom wykluczonym i dzieciom ulicy. To w kwestii tej książki, co podobno się tak nie pisze jak ja ją napisałam. Sensy są wówczas również, kiedy ktoś z decydentów powołując się na mój raport z badań stwierdza, że tak, w Polsce mamy problem z ubóstwem i zaniedbaniem najmłodszych i ta grupa dzieci jest totalnie niezaopiekowana, niewidzialna i najbardziej zagrożona przemocą domową. Później zaś pyta: pomoże nam pani? Pewnie, że pomogę! Inne sensy są wtedy, gdy jestem zapraszana na konferencję, bo ktoś przeczytał inną moją książkę, i bardzo chce wiedzieć coś więcej bo działa lokalnie na rzecz najsłabszych. Moje sensy to realizacja widzeń rodzinnych z dziećmi, których rodzice odbywają wyroki i organizacja działań dla nich oparta na wynikach badań naukowych. Sensem jest telefon, że dzięki kolejnej mojej książce brednie dziadka o tym, że jako chłopiec po II wojnie mieszkał w prawdziwym pałacu i jadł pomarańcze nie są demencją starczą lecz wspomnieniem cudownego dzieciństwa. "Dziękuję, że przywróciła pani ojcu godność"- rzekł syn bohatera książki mojego autorstwa. W tym właśnie widzę sensy i dzisiaj je świętuję w Międzynarodowym Dniu Dziewcząt i Kobiet w Nauce na swój sposób i nie za punkty. Dzisiaj jestem z siebie dumna oraz czuję wdzięczność do wszystkich, którzy/ re w różnych momentach obdarowali/ ły mnie swoim wsparciem. Również prowadzę swój prywatny program "stypendialny" dla wszystkich młodszych koleżanek w nauce począwszy od studentek: w ramach stypendium otrzymują ode mnie wsparcie. Wszystkim dziewczynom i kobietom w nauce życzę tego samego i pamiętajcie" "Kopernik też była kobietą!"**

* Wszystkie cytaty są z tzw. życia wzięte.

**Cytat z filmu: Seksmisja.


piątek, 7 lutego 2025

JAK DŁOGO BĘDZIECIE SIĘ "CACKAĆ ZE SOBĄ" W KWESTII ETYKI, KIEDY JEST TYLE WAŻNYCH SPRAW WYMAGAJĄCYCH BADAŃ NAUKOWYCH?

 czyli "szabrownictwa metodologiczne" oraz ważne pytania o proces badawczy

    Całkiem niedawno rozpoczęłam realizację cyklu seminariów metodologicznych on line, których celem jest otwartość na badaczki i badaczy, głównie realizujących badania jakościowe w obszarze nauk społecznych. Przede wszystkim jednak stworzenie przestrzeni do bezpiecznej wymiany doświadczeń badawczych, rozmów o trudnościach czy dylematach metodologicznych i etycznych. Przedsięwzięcie nosi tytuł: BADACZKI I BADACZE W CZASACH KRYZYSÓW. SPOTKANIA KRYTYCZNE. Jak dotąd odbyły się trzy seminaria, każde niezwykle interesujące, na każdym ktoś inny dzielił się swoimi doświadczeniami z podjętych i realizowanych badań, każde wniosło wiele refleksji, pytań, komentarzy, ale i pozwoliło rozwiać niektóre wątpliwości. Co więcej, po spotkaniach odbyły się indywidualne konsultacje i superwizje badawcze. Ktoś zgłosił się na staż naukowy, ktoś inny poprosił o pomoc w tworzeniu konspektu monografii na stopień. Co do seminariów kolejno były to: 01 Intro. Badamy. Działamy., 02 Dzieci w badaniach. Udział, etyka, uwikłania., 03 Badacz swojego świata. Trudność w bliskości. Spotykamy się co miesiąc, w każdy pierwszy czwartek o godzinie 17.30 na Teamsie, informacja oraz link do spotkania podawane są w mediach społecznościowych i na mailu. Link rozchodzi się jak świeże, pachnące, ciepłe bułeczki cynamonowe w chłodny, zimowy poranek. Co miesiąc widzę te same twarze - choć cieszą mnie nowe, słyszę znajome już głosy i śmiało mogę powiedzieć, że zaczynamy tworzyć ŚRODOWISKO. Tymczasem ja spełniam jedno z moich marzeń dotyczące stworzenia koleżeńskiej przestrzeni wymiany doświadczeń i tego, aby w przyjaznych warunkach, z szacunkiem do wiedzy i pokorą do niewiedzy przyglądać się nieoczywistym aspektom badań naukowych, popatrzeć z meta poziomu na to, co robimy, błądzić w szczelinach pomiędzy oczywistym. Głównie spotykamy się w gronie badaczek i badaczy jakościowych oraz osób zajmujących się etyką badań społecznych lub co najmniej na etykę tę wrażliwych. Oczywiście są takie mądre głowy, które nie uznają realizowanych przez nas badań za wystarczająco naukowe lub wręcz definiują nasze poczynania, jako nie- naukę. Inni jeszcze sądzą, że dzielenie strategii badawczych na ilościowe i jakościowe jest passe. Ja odpowiadam: i tak i nie, to przecież zależy. Ciężko bowiem wykluczyć uznane na świecie metody badań, na temat których powstały liczne opracowania i uznać je za nienaukowe. To wymaga odwagi lecz i buty. Trudno również nie posługiwać się liczbowymi bądź statystycznymi wynikami badań w kompleksowej analizie fragmentu rzeczywistości. Niemniej jest to problem na inną dyskusję. 

    Wracając do wspomnianej wrażliwości, mnie osobiście nauczyło jej Transdyscyplinarne Sympozjum Badań Jakościowych, z którym jestem związana ponad dekadę oraz koleżanki i koledzy współtworzący ze mną Transdyscyplinarną Sieć Badaczy Jakościowych. Cechuje nas otwartość, interdyscyplinarność, wzajemne uczenie się od siebie, wychodzenie poza ramy i schematy, szukanie nowego, podejmowanie wyzwań i mierzenie się z ryzykami. Warunkiem jest dobre nastawienie do ludzi pozbawione rywalizacji, koleżeńskość i dzielenie się wiedzą jako dobrem wspólnym, dla nikogo nie zarezerwowanym. Co więcej, mamy głębokie przekonanie, że celem wytwarzania wiedzy nie jest jej reprodukcja na punkty i mielenie danych w coraz to nowych konfiguracjach, z których i tak nikt nie skorzysta oraz których nikt nie czyta lecz udostępnianie otwarte na rzecz zmiany rzeczywistości. Nauka ma służyć człowiekowi. Inaczej nie ma to sensu, przynajmniej dla mnie. W kwestii etyki bowiem głęboko nieetyczne jest utrudnianie dostępności do wyników badań osobom spoza tajemnego kręgu nauki, które nie mają szans przedostać się przez wirtualne bramki z kodami lub muszą za przeczytanie zapłacić. Kolejnym warunkiem jest to rzecz jasna, że aby być w sieci badaczek i badaczy, aby wypowiadać się o badaniach i ich metodologiach, trzeba robić badania. Bo inaczej czym tu się dzielić? Dla mnie w rozmowach z innymi badaczkami i badaczami tworzącymi wspomnianą sieć czy środowisko ważną kwestią jest uwspólnienie doświadczenia badawczego. Jak się okazuje, wszystkie i wszyscy mamy bardzo podobne problemy inicjując procesy badawcze i wychodząc w teren. Do ludzi. Ku relacji. Przecież każde badanie naukowe to relacja. Z innymi ludźmi i osobami nieludzkimi, z terenem, przestrzenią, przedmiotami i zastaną wiedzą.

    Istnieją zjawiska domagające się uchwycenia badawczego szybko, tu i teraz, natychmiast. Jest ich coraz więcej, gdyż przyszło nam żyć w wielokryzysowej rzeczywistości. Kataklizmy, kryzys klimatyczny, klęski żywiołowe, konflikty zbrojne, osoby uciekające przed wojną, osoby imigranckie i emigranckie w kryzysie uchodźctwa, ludzie- w tym dzieci w drodze. Idealna rzeczywistość dla badaczek i badaczy będąca jednocześnie rzeczywistością pułapek. Te, które udało mi się zidentyfikować, dotyczą m. in. kwestii etycznych wraz ze staraniami się o opinię komisji etyki badań, kwestii permanentnego odrzucania projektów nie osadzonych w sprawdzonych od wieków (sic!) ramach metodologicznych pomimo dynamicznej i płynnej rzeczywistości, również metodologicznej, oceniania projektów przez osoby nie realizujące badań naukowych i nie wychodzące zza biurka, stawianie badaczkom i badaczom niemożliwych do realizacji warunków, jak np. przymus realizacji badań za granicą lub sugerowanie szukania na siłę międzynarodowej współpracy osobom zajmującym się problematyką lokalnych społeczności i problemów w kontekście danego kraju, jego kontekstu kulturowego i prawnego, wykazanie się zagranicznymi publikacjami w sytuacji, gdy składany projekt zakłada dopiero ich tworzenie, itd. Nie można mieć dorobku naukowego na Nobla skoro składa się projekt naukowy aby móc ten dorobek dopiero tworzyć. Najlepiej również zabronić realizowania badań z udziałem dzieci, szczególnie tych w kryzysie, z grup wrażliwych i doświadczających traum, bo przecież "nie wolno" bo "zrobimy krzywdę". Tymczasem mamy wyniki badań mówiące o tym, że odpowiednio zorganizowany proces badawczy z udziałem dzieci np. będących w kryzysie psychicznym powoduje, że dzieci te zaczynają mówić o swoich emocjach i aktywnie szukać pomocy. Błędne koło a wąż powoli zjada swój ogon. Można by w nieskończoność wymieniać te absurdy (o punktach i slotach już kiedyś pisałam). Tymczasem czas leci, fenomeny uciekają, dzieci głodują, w szkołach coraz bardziej się nienawidzą a w Internecie nauczycielom grożą śmiercią, powodzianie na zimę zostali bez domów. Praktycy wymagają od nas szybkich rozwiązań i sprawdzonych badawczo modeli bo często chodzi o ludzkie zdrowie i życie. Paradoksalnie jako osoby aktywnie uczestniczące w rzeczywistości zarówno naukowej i badawczej jak i obywatelskiej, czasami działając w wolontariacie lub/ i będąc na dodatek osobami aktywistycznymi, aby realizować uzasadniony metodologicznie proces badań oparty o Prawa Człowieka w tym Prawa Dziecka, jesteśmy w myśl formalno- prawnych regulaminów nieetyczne/ni lub czasami łamiemy prawo. Tak! Na przykład moje badania sytuacji i aktywności dzieci na ulicy w Polsce są nieetyczne. Nie mam świadomych zgód od- często pijanych rodziców o ile w ogóle są (sorry!-  powodzenia temu, kto je zdobędzie), podchodzę do dzieci bez RODO (za to z miłością i zasadą "po pierwsze nie szkodzić" oraz z wiedzą 25 lat intensywnej pracy zawodowej w wielu obszarach związanych z pedagogiką resocjalizacyjną), nie mam również numerku zgody komisji etyki. Jestem badaczką- działaczką, streetworkerką, ciocią z ulicy, panią piszącą książki, ekspertką, pańcią z uniwersytetu, białą kobietą po awansie społecznym poruszająca się drogim rowerem lub samochodem, regularnie spłacającą kredyt hipoteczny. Bez zgody komisji etyki udało mi się nakarmić niejedno głodne dziecko, zgłosiłam też na policję przemoc wobec innego, nauczyłam mamę niemowlaka radzić sobie z ciemieniuchą, innej mamie dodałam otuchy uznając jej starania rodzicielskie w zatrzymaniu dziecka przy sobie. Byłam tam, gdzie nie przychodzą kuratorki sądowe, pracowniczki społeczne, asystentki rodzinne bo się boją a nie mają co liczyć na ochronę policji oraz tam, gdzie badań naukowych się nie robi, bo "wiemy wszystko o tych środowiskach, to patologia, tak było zawsze i pani tego nie zmieni". Znam tajemnice dzieci śpiących w melinach i wiem, jak kraść batoniki i energetyki z lokalnego sklepu tak, aby oszukać monitoring. Akurat ta ostatnia wiedza nie jest mi potrzebna aby zmieniać świat, chociaż kto wie. 

    Na ostatnim naszym seminarium metodologicznym on line padło pytanie o to, jak długo jeszcze będziemy rozmawiać o kwestiach etycznych z naszą wrażliwością i wiedzą oraz kiedy w końcu weźmiemy się do roboty bo świat czeka na rozwiązania?! Tak parafrazując. To jedno z lepszych pytań, jakie padło. Znam bowiem projekty z numerkami i sygnaturami komisji etycznych, które spełniały standardy formalno- prawne czyli głównie RODO (!!!) lecz nie było w nich szacunku do tego, co przeżywa rodzina rozdzielona wojną lub menstruująca kobieta koczująca w lesie trzeci dzień bez prysznica. O Prawach Dziecka nie wspominam, bo o nich badaczki i badacze również nie często wspominają. Prosta sprawa: rodzic podpisze zgodę i RODO, dziecko ma brać udział w badaniu i kropka. Bez dyskusji. Na tym samym seminarium ktoś użył pojęcia "szabrownictwo metodologiczne". Bo jak to jest? Wystarczy kobiecie z dzieckiem pod pachą, która zostawiła męża na wojnie i nie wie nawet czy on żyje oraz uciekając widziała, jak ich dom rozsypuje się w kilka minut uderzony odłamkiem zbłąkanego pocisku, dać bon na 50 zł do dyskontu spożywczego i podsuwać pod nos kwestionariusze ankiet lub prosić o klikanie w telefonie odpowiedzi w sytuacji, kiedy jej dziecko jest w szkole wyzywane przez rówieśników a nie rzadko i nauczycieli za Wołyń? I tak się boi że sika w nocy kompletnie nie rozumiejąc, co polskie dzieci od niego chcą. Jaki Wołyń mamo? Kiedy wrócimy do taty? A tymczasem matka ma odpowiadać w ankiecie: W czasie, gdy usłyszałaś wybuchy bombowe w środku nocy, bałaś się: wcale, trochę, bardzo, rzygałam ze strachu, nie mam zdania. Wybierz prawidłową odpowiedź. To właśnie jest szabrownictwo metodologiczne. 

    Jedna moja znajoma bardzo chciała realizować badania z udziałem wolontariuszy na granicy polsko- ukraińskiej, niemniej była zajęta ich karmieniem i nocowaniem a gdy widziała ich zmęczenie to płakała z nimi. Nie miała odwagi zaproponować udziału w projekcie badawczym. Inna powiedziała realizując badania na terenach dotkniętych powodzią: pisałam- płakałam- pisałam. To mój cykl badawczy. Jeszcze inna badaczka mówiła, że jak osadzone kobiety opowiadające jej o swoich doświadczeniach utraty kontaktu z dziećmi przez opieszałość funkcjonariuszy systemu płakały, ona wyłączała dyktafon i decydowała o zakończeniu badania. Ja mam problem, jak widzę akty przestępstwa wobec dzieci lub z ich udziałem na ulicach i podwórkach oraz nie wiem do końca co mam zrobić, gdy dziecko bawi się przed kamienicą zdechłym kotem wygonione z ekskluzywnego placu zabaw przez "porządne" matki jego "lepszych" rówieśników w neoliberalnym dyskursie (!!!) krzyczące za nim: "spider...laj patusie". Mam wiele innych problemów, trudności i dylematów i wiem, że wiele osób realizujących badania w czasach kryzysów je ma. Nie zamierzam się dłużej "cackać ze sobą" w kwestii etyki za to chcę opisywać rzeczywistość taką, jaką ona jest. Wszak jedną z funkcji nauki jest dążenie do prawdy i pokazywanie jej. Jak wiecie jednak, prawda boli. Szczególnie tych, którzy się jej boją lub dla których jest niewygodna. Wpadnijcie kiedyś na seminarium metodologiczne on line. Zapraszam.  

    

    

    

"NIC O NICH BEZ NICH"

   czyli jak otwarłam  pierwszą w Polsce agorę (i to na uniwersytecie!), w której nieletnich pyta się o zdanie na temat procesu resocjalizac...