czyli "szabrownictwa metodologiczne" oraz ważne pytania o proces badawczy
Całkiem niedawno rozpoczęłam realizację cyklu seminariów metodologicznych on line, których celem jest otwartość na badaczki i badaczy, głównie realizujących badania jakościowe w obszarze nauk społecznych. Przede wszystkim jednak stworzenie przestrzeni do bezpiecznej wymiany doświadczeń badawczych, rozmów o trudnościach czy dylematach metodologicznych i etycznych. Przedsięwzięcie nosi tytuł: BADACZKI I BADACZE W CZASACH KRYZYSÓW. SPOTKANIA KRYTYCZNE. Jak dotąd odbyły się trzy seminaria, każde niezwykle interesujące, na każdym ktoś inny dzielił się swoimi doświadczeniami z podjętych i realizowanych badań, każde wniosło wiele refleksji, pytań, komentarzy, ale i pozwoliło rozwiać niektóre wątpliwości. Co więcej, po spotkaniach odbyły się indywidualne konsultacje i superwizje badawcze. Ktoś zgłosił się na staż naukowy, ktoś inny poprosił o pomoc w tworzeniu konspektu monografii na stopień. Co do seminariów kolejno były to: 01 Intro. Badamy. Działamy., 02 Dzieci w badaniach. Udział, etyka, uwikłania., 03 Badacz swojego świata. Trudność w bliskości. Spotykamy się co miesiąc, w każdy pierwszy czwartek o godzinie 17.30 na Teamsie, informacja oraz link do spotkania podawane są w mediach społecznościowych i na mailu. Link rozchodzi się jak świeże, pachnące, ciepłe bułeczki cynamonowe w chłodny, zimowy poranek. Co miesiąc widzę te same twarze - choć cieszą mnie nowe, słyszę znajome już głosy i śmiało mogę powiedzieć, że zaczynamy tworzyć ŚRODOWISKO. Tymczasem ja spełniam jedno z moich marzeń dotyczące stworzenia koleżeńskiej przestrzeni wymiany doświadczeń i tego, aby w przyjaznych warunkach, z szacunkiem do wiedzy i pokorą do niewiedzy przyglądać się nieoczywistym aspektom badań naukowych, popatrzeć z meta poziomu na to, co robimy, błądzić w szczelinach pomiędzy oczywistym. Głównie spotykamy się w gronie badaczek i badaczy jakościowych oraz osób zajmujących się etyką badań społecznych lub co najmniej na etykę tę wrażliwych. Oczywiście są takie mądre głowy, które nie uznają realizowanych przez nas badań za wystarczająco naukowe lub wręcz definiują nasze poczynania, jako nie- naukę. Inni jeszcze sądzą, że dzielenie strategii badawczych na ilościowe i jakościowe jest passe. Ja odpowiadam: i tak i nie, to przecież zależy. Ciężko bowiem wykluczyć uznane na świecie metody badań, na temat których powstały liczne opracowania i uznać je za nienaukowe. To wymaga odwagi lecz i buty. Trudno również nie posługiwać się liczbowymi bądź statystycznymi wynikami badań w kompleksowej analizie fragmentu rzeczywistości. Niemniej jest to problem na inną dyskusję.
Wracając do wspomnianej wrażliwości, mnie osobiście nauczyło jej Transdyscyplinarne Sympozjum Badań Jakościowych, z którym jestem związana ponad dekadę oraz koleżanki i koledzy współtworzący ze mną Transdyscyplinarną Sieć Badaczy Jakościowych. Cechuje nas otwartość, interdyscyplinarność, wzajemne uczenie się od siebie, wychodzenie poza ramy i schematy, szukanie nowego, podejmowanie wyzwań i mierzenie się z ryzykami. Warunkiem jest dobre nastawienie do ludzi pozbawione rywalizacji, koleżeńskość i dzielenie się wiedzą jako dobrem wspólnym, dla nikogo nie zarezerwowanym. Co więcej, mamy głębokie przekonanie, że celem wytwarzania wiedzy nie jest jej reprodukcja na punkty i mielenie danych w coraz to nowych konfiguracjach, z których i tak nikt nie skorzysta oraz których nikt nie czyta lecz udostępnianie otwarte na rzecz zmiany rzeczywistości. Nauka ma służyć człowiekowi. Inaczej nie ma to sensu, przynajmniej dla mnie. W kwestii etyki bowiem głęboko nieetyczne jest utrudnianie dostępności do wyników badań osobom spoza tajemnego kręgu nauki, które nie mają szans przedostać się przez wirtualne bramki z kodami lub muszą za przeczytanie zapłacić. Kolejnym warunkiem jest to rzecz jasna, że aby być w sieci badaczek i badaczy, aby wypowiadać się o badaniach i ich metodologiach, trzeba robić badania. Bo inaczej czym tu się dzielić? Dla mnie w rozmowach z innymi badaczkami i badaczami tworzącymi wspomnianą sieć czy środowisko ważną kwestią jest uwspólnienie doświadczenia badawczego. Jak się okazuje, wszystkie i wszyscy mamy bardzo podobne problemy inicjując procesy badawcze i wychodząc w teren. Do ludzi. Ku relacji. Przecież każde badanie naukowe to relacja. Z innymi ludźmi i osobami nieludzkimi, z terenem, przestrzenią, przedmiotami i zastaną wiedzą.
Istnieją zjawiska domagające się uchwycenia badawczego szybko, tu i teraz, natychmiast. Jest ich coraz więcej, gdyż przyszło nam żyć w wielokryzysowej rzeczywistości. Kataklizmy, kryzys klimatyczny, klęski żywiołowe, konflikty zbrojne, osoby uciekające przed wojną, osoby imigranckie i emigranckie w kryzysie uchodźctwa, ludzie- w tym dzieci w drodze. Idealna rzeczywistość dla badaczek i badaczy będąca jednocześnie rzeczywistością pułapek. Te, które udało mi się zidentyfikować, dotyczą m. in. kwestii etycznych wraz ze staraniami się o opinię komisji etyki badań, kwestii permanentnego odrzucania projektów nie osadzonych w sprawdzonych od wieków (sic!) ramach metodologicznych pomimo dynamicznej i płynnej rzeczywistości, również metodologicznej, oceniania projektów przez osoby nie realizujące badań naukowych i nie wychodzące zza biurka, stawianie badaczkom i badaczom niemożliwych do realizacji warunków, jak np. przymus realizacji badań za granicą lub sugerowanie szukania na siłę międzynarodowej współpracy osobom zajmującym się problematyką lokalnych społeczności i problemów w kontekście danego kraju, jego kontekstu kulturowego i prawnego, wykazanie się zagranicznymi publikacjami w sytuacji, gdy składany projekt zakłada dopiero ich tworzenie, itd. Nie można mieć dorobku naukowego na Nobla skoro składa się projekt naukowy aby móc ten dorobek dopiero tworzyć. Najlepiej również zabronić realizowania badań z udziałem dzieci, szczególnie tych w kryzysie, z grup wrażliwych i doświadczających traum, bo przecież "nie wolno" bo "zrobimy krzywdę". Tymczasem mamy wyniki badań mówiące o tym, że odpowiednio zorganizowany proces badawczy z udziałem dzieci np. będących w kryzysie psychicznym powoduje, że dzieci te zaczynają mówić o swoich emocjach i aktywnie szukać pomocy. Błędne koło a wąż powoli zjada swój ogon. Można by w nieskończoność wymieniać te absurdy (o punktach i slotach już kiedyś pisałam). Tymczasem czas leci, fenomeny uciekają, dzieci głodują, w szkołach coraz bardziej się nienawidzą a w Internecie nauczycielom grożą śmiercią, powodzianie na zimę zostali bez domów. Praktycy wymagają od nas szybkich rozwiązań i sprawdzonych badawczo modeli bo często chodzi o ludzkie zdrowie i życie. Paradoksalnie jako osoby aktywnie uczestniczące w rzeczywistości zarówno naukowej i badawczej jak i obywatelskiej, czasami działając w wolontariacie lub/ i będąc na dodatek osobami aktywistycznymi, aby realizować uzasadniony metodologicznie proces badań oparty o Prawa Człowieka w tym Prawa Dziecka, jesteśmy w myśl formalno- prawnych regulaminów nieetyczne/ni lub czasami łamiemy prawo. Tak! Na przykład moje badania sytuacji i aktywności dzieci na ulicy w Polsce są nieetyczne. Nie mam świadomych zgód od- często pijanych rodziców o ile w ogóle są (sorry!- powodzenia temu, kto je zdobędzie), podchodzę do dzieci bez RODO (za to z miłością i zasadą "po pierwsze nie szkodzić" oraz z wiedzą 25 lat intensywnej pracy zawodowej w wielu obszarach związanych z pedagogiką resocjalizacyjną), nie mam również numerku zgody komisji etyki. Jestem badaczką- działaczką, streetworkerką, ciocią z ulicy, panią piszącą książki, ekspertką, pańcią z uniwersytetu, białą kobietą po awansie społecznym poruszająca się drogim rowerem lub samochodem, regularnie spłacającą kredyt hipoteczny. Bez zgody komisji etyki udało mi się nakarmić niejedno głodne dziecko, zgłosiłam też na policję przemoc wobec innego, nauczyłam mamę niemowlaka radzić sobie z ciemieniuchą, innej mamie dodałam otuchy uznając jej starania rodzicielskie w zatrzymaniu dziecka przy sobie. Byłam tam, gdzie nie przychodzą kuratorki sądowe, pracowniczki społeczne, asystentki rodzinne bo się boją a nie mają co liczyć na ochronę policji oraz tam, gdzie badań naukowych się nie robi, bo "wiemy wszystko o tych środowiskach, to patologia, tak było zawsze i pani tego nie zmieni". Znam tajemnice dzieci śpiących w melinach i wiem, jak kraść batoniki i energetyki z lokalnego sklepu tak, aby oszukać monitoring. Akurat ta ostatnia wiedza nie jest mi potrzebna aby zmieniać świat, chociaż kto wie.
Na ostatnim naszym seminarium metodologicznym on line padło pytanie o to, jak długo jeszcze będziemy rozmawiać o kwestiach etycznych z naszą wrażliwością i wiedzą oraz kiedy w końcu weźmiemy się do roboty bo świat czeka na rozwiązania?! Tak parafrazując. To jedno z lepszych pytań, jakie padło. Znam bowiem projekty z numerkami i sygnaturami komisji etycznych, które spełniały standardy formalno- prawne czyli głównie RODO (!!!) lecz nie było w nich szacunku do tego, co przeżywa rodzina rozdzielona wojną lub menstruująca kobieta koczująca w lesie trzeci dzień bez prysznica. O Prawach Dziecka nie wspominam, bo o nich badaczki i badacze również nie często wspominają. Prosta sprawa: rodzic podpisze zgodę i RODO, dziecko ma brać udział w badaniu i kropka. Bez dyskusji. Na tym samym seminarium ktoś użył pojęcia "szabrownictwo metodologiczne". Bo jak to jest? Wystarczy kobiecie z dzieckiem pod pachą, która zostawiła męża na wojnie i nie wie nawet czy on żyje oraz uciekając widziała, jak ich dom rozsypuje się w kilka minut uderzony odłamkiem zbłąkanego pocisku, dać bon na 50 zł do dyskontu spożywczego i podsuwać pod nos kwestionariusze ankiet lub prosić o klikanie w telefonie odpowiedzi w sytuacji, kiedy jej dziecko jest w szkole wyzywane przez rówieśników a nie rzadko i nauczycieli za Wołyń? I tak się boi że sika w nocy kompletnie nie rozumiejąc, co polskie dzieci od niego chcą. Jaki Wołyń mamo? Kiedy wrócimy do taty? A tymczasem matka ma odpowiadać w ankiecie: W czasie, gdy usłyszałaś wybuchy bombowe w środku nocy, bałaś się: wcale, trochę, bardzo, rzygałam ze strachu, nie mam zdania. Wybierz prawidłową odpowiedź. To właśnie jest szabrownictwo metodologiczne.
Jedna moja znajoma bardzo chciała realizować badania z udziałem wolontariuszy na granicy polsko- ukraińskiej, niemniej była zajęta ich karmieniem i nocowaniem a gdy widziała ich zmęczenie to płakała z nimi. Nie miała odwagi zaproponować udziału w projekcie badawczym. Inna powiedziała realizując badania na terenach dotkniętych powodzią: pisałam- płakałam- pisałam. To mój cykl badawczy. Jeszcze inna badaczka mówiła, że jak osadzone kobiety opowiadające jej o swoich doświadczeniach utraty kontaktu z dziećmi przez opieszałość funkcjonariuszy systemu płakały, ona wyłączała dyktafon i decydowała o zakończeniu badania. Ja mam problem, jak widzę akty przestępstwa wobec dzieci lub z ich udziałem na ulicach i podwórkach oraz nie wiem do końca co mam zrobić, gdy dziecko bawi się przed kamienicą zdechłym kotem wygonione z ekskluzywnego placu zabaw przez "porządne" matki jego "lepszych" rówieśników w neoliberalnym dyskursie (!!!) krzyczące za nim: "spider...laj patusie". Mam wiele innych problemów, trudności i dylematów i wiem, że wiele osób realizujących badania w czasach kryzysów je ma. Nie zamierzam się dłużej "cackać ze sobą" w kwestii etyki za to chcę opisywać rzeczywistość taką, jaką ona jest. Wszak jedną z funkcji nauki jest dążenie do prawdy i pokazywanie jej. Jak wiecie jednak, prawda boli. Szczególnie tych, którzy się jej boją lub dla których jest niewygodna. Wpadnijcie kiedyś na seminarium metodologiczne on line. Zapraszam.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz