wtorek, 11 lutego 2025

MIĘDZYNARODOWY DZIEŃ KOBIET I DZIEWCZĄT W NAUCE

 Cóż, musi pani wybrać, życie polega na wyborach...

    Rzekł do mnie nobliwy profesor znany z pisania nie tylko prozy lecz i poezji. Pisał wiersze głównie o wartościach, szacunku do innych, wolności przypisanej każdemu człowiekowi i o tym, że zawsze każdy ma wybór, nawet w niewoli. Personalista. Byłam na pierwszym roku studiów doktoranckich, które wówczas wyglądały zupełnie inaczej niż teraz bo nie było szkół doktorskich, chociaż stypendium już pobierałam, jako jedyna na roku. Podobno mi się należało. Tylko nikt do końca nie wiedział, co mam za to "należało" robić, zatem robiłam wszystko, co nie licowało z tytułami przed nazwiskiem a co trzeba było zrobić, aby uczelnia jakoś funkcjonowała. Na doktorat dostałam się uczciwie, jako matka półtorarocznego chłopca, praktykująca rodzicielstwo bliskości i jakieś takie antypedagogiczne eksperymenty, zanim to było modne. Tuliłam, chustowałam, karmiłam piersią, pozwalałam się brudzić błotem i masowałam. Jarałam się macierzyństwem i pedagogiką na maksa. Tylko to chciałam robić w życiu chyba od zawsze. Dwa lata zatem pytałam promotora, czy przyjmie mnie na doktorat. Raz popatrzył na mój brzuch z synkiem w środku i coś tam pomruczał. Innym razem jak przyszłam z synkiem już po drugiej stronie brzucha na seminarium magisterskie i jako jedyna miałam część teoretyczną pracy, powiedział, abym nie przyjeżdżała co tydzień z dzieckiem tylko pisała i przyjechała z gotową pracą. Tak też zrobiłam. Pracę magisterską pisałam zatem z dzieckiem wiszącym przysłowiowo na cycu i obroniłam się pierwsza na roku. Na piątkę. Okładka była solidna, twarda i zielona a litery srebrne. Praca magisterska spora bo ja chciałam tak całościowo i interdyscyplinarne podejść. Byłam dumna z siebie a promotor prosił, abym została po obronie. No więc tak jak pani wspominała- rzekł, może pani próbować na ten doktorat, proszę napisać konspekt, złożyć papiery i we wrześniu są rozmowy. W wakacje pisałam konspekt a syn nadal czasami jeszcze wisiał przy cycu chociaż już sam całkiem nieźle chodził a i gadanie mu się włączyło. We wrześniu dowiedziałam się, kiedy są te rozmowy i pojechałam złożywszy wcześniej papiery. Nikt nic ze mną nie konsultował, nie pomagał mi, nie sugerował. Przecież były wakacje. Weszłam do sporego muzealnego pomieszczenia, przypominam, że mój zakład pracy stoi ponad 660 lat. Za stołem przykrytym zielonym suknem zobaczyłam kilku panów profesorów. Znałam tylko mojego promotora. Zadawali mi pytania, kiwali głowami, podziękowali i dowidzenia. Za dwa tygodnie byłam na liście. Studia doktoranckie oznaczały wtedy mnóstwo zajęć ze studentami, o których mogłam nie mieć pojęcia, bo mało kto miał, dlatego dawali je doktorantom a już na pewno doktorantkom. Przecież "pani taka zdolna to sobie poradzi"*. Radziłam sobie a co? Syn jeszcze miał trochę czasu do przedszkola jednak wspólnymi siłami z pomocą bliskich można było to wszystko ogarnąć. Wszystko oznaczało również na przykład siedzenie do późnego wieczora w komisjach rekrutacyjnych cały lipiec. Nigdy nie zastanawiałam się, gdzie wtedy byli moi koledzy. Czy ktoś mnie o coś pytał? Tak, owszem, pytano: a jak to się mówi, kiedy my panią angażujemy w tak odpowiedzialne zadania? Dziękuję się mówi. Ale ja chciałam powiedzieć, że jasne tak tak dziękuję lecz mam w domu małe dziecko i nie mogę zostać do wieczora. To proszę pani trzeba się zastanowić czy pani chce doktorat robić czy dzieci rodzić i z nimi siedzieć a życie polega na wyborach więc może pani wybrać. 

    Płakałam zawsze jak świat już spał albo jeszcze się nie obudził. Synek poszedł do przedszkola a ja znalazłam przestrzeń w dzień na czytanie, pisanie, studentów. Spełniałam swoje marzenia i uwielbiałam uczyć choć nikt nigdy mi nie powiedział, że spełnianie marzeń tak cholernie boli. Doktorat napisałam najszybciej jak mogłam, wiedziałam bowiem, że stypendium mam tylko cztery lata, synek rośnie a dorosłość to rachunki, kredyty, zakupy. Popołudniami prowadziłam świetlicę socjoterapeutyczną dla największych huliganów w miasteczku- kocham Was chłopaki i dziewczyny, już dorosłe osoby, mocno i wasze dzieci też! Byłam też kuratorką społeczną, jako "pani przeteoretyzowana" jakoś jednak sąd rodziny przyznawał mi największych łobuzów do ogarnięcia. Pamiętam was nadal z imienia, cieszę się, że mówimy sobie "dzień dobry" na ulicy. Szacunek! I tak było, tu grosik, tam drugi, synek po przedszkolu do babci a ja gram w dorosłość z życiem bo dziecko rośnie jak na drożdżach i to buty trzeba nowe, to kurteczkę a to rowerek, deskorolkę, angielski. Doktorat skończyłam w cztery lata. "Nooo musi pani poczekać pół roku bo jeszcze nikt w cztery lata nie skończył doktoratu jak to tak". "Ale ja mam dziecko...". "Proszę pani, to jest proces, procedury, rady, to poczekamy bo pani jest w gorącej wodzie kąpana". Czekając grałam z życiem jeszcze bardziej i tym razem już ostro na kasę. Gra o honor się skończyła, chciało mi się kariery naukowej to mam a mogłam wybrać przecież. Mówili a ja nie słuchałam. 

    Obroniłam doktorat, rozpoczęłam prawdziwą pracę na pół etatu. "Późno zaczęłaś". Moi rówieśnicy już dawno pracowali a ja sobie doktorat robiłam to co chcę? Później zaproponowano mi cały etat, co oznaczało reorganizację życia bo to, że syn był coraz większy nic nie oznaczało oprócz lepszej logistyki, bo o ile w przedszkolu mógł być do godziny 15.00 to szkołę kończył 12.30. Z kurateli zrezygnowałam, i tak byłam "przeteoretyzowana i nic o prawdziwym życiu nie wiedziałam". Reforma pomocy społecznej zmieniła zasady funkcjonowania świetlic lokalnych, moi chuligani urośli choć nie wszyscy dorośli. Została uczelnia. Pomyślałam, że oprócz pisania artykułów fajnie jest wydać książkę. "Co pani zrobiła tak się książek nie pisze". Książka do tej pory jest studiowana i nadal dostaję maile z prośbą o pdf, choć minęło sporo lat. Obecnie na książce i modelu w niej opisanym pracują urzędy niektórych miast organizując lokalne systemy wsparcia dzieci i młodzieży, proszą o nią streetworkerzy. Po niej były kolejne. Za cienka. Za gruba. Nie taki tytuł. Za nowatorska. Nie taka metodologia. Jesteś za bardzo interdyscyplinarna. To się nie nadaje na habilitacje a tamto na coś tam. To nie jest pedagogika. A to książka na stopień? Pamiętaj, ktoś to będzie recenzował. Za młoda jesteś. Co to jest? Nie pisz książek. Teraz się książek nie pisze bo się nie opłaca. Ty to piszesz te książki takie grube i badania robisz i zdjęcia są, kto ci to wydaje? Za dużo szumu robisz. Jesteś za aktywna na Facebooku. Po co komentujesz? Jak sobie załatwiłaś wejście do tej i tej komisji? Do chóru panów często przyłączają się panie. Nazywam je strażniczkami patriarchatu. Czym ty się w ogóle zajmujesz? A kto to o tym słyszał? Proszę już kończyć to wystąpienie. Tyle razy mówiłam, żebyście nie mówili tak bo ja w swojej książce mówię inaczej. Za duże te kolczyki masz. W tym wieku już nie wypada takich krótkich sukienek. Słyszałam, że wczoraj nieźle balowałaś na dancingu. 

    "Panów musimy rozpieszczać" słyszę od jednej strażniczki patriarchatu. I tak to się kręci. "Wiesz, masz dorobek na profesurę już, na co czekasz? Ja złożyłam chociaż panowie to wiesz, mają połowę co my i składają bo oni to wiadomo, tak naprawdę niewiele muszą a my to wiesz: jak czegoś nie dopracujemy to nam głupio. Ono nie mają kompleksów"- słyszę od koleżanki. "Wiesz co jeszcze bym chciała tę jedną książkę napisać. Tylko nie mam czasu, czekam na wakacje, bo ciągle coś za kogoś robię, organizuję, wiesz...niby kolega miał pomóc ale on ma swoje rzeczy"- odpowiadam. Moja ulubiona życiowa osoba: "tak to można robić dorobek, tu się podpisuje, tam sobie działa a ty za niego robisz". Kiedyś bardzo dobrze się przygotowałam na zaprezentowanie mojej wizji rozwoju w wyborach do pewnej funkcji. Ramy legislacyjne, kontekst międzynarodowy, reorganizacja przestrzeni oparta na koncepcjach i wynikach badań. Przegrałam z osobą płci męskiej, która nawet prezentacji nie miała a w zamian anegdotki, cytaciki, zabawianie towarzystwa. Po 25 latach pracy w instytucji mającej się dobrze ponad 660 lat nie mam własnego biurka i własnego kącika o którym mogę powiedzieć: "jest mój". Do którego zaproszę studentki na konsultacje. Niekiedy widzę, że koleżanki i koledzy z sąsiednich miejsc pracy mają swoje biurka, na nich talizmany, zdjęcia z wakacji, kwiatki, książki i lubiony sweter przewieszony przez opieradło krzesła, gdy się zasiedzisz bo akurat ci się dobrze pisze a po plecach wieje. Łażę więc przenosząc z miejsca na miejsce rzeczy, i nie tylko ja, jak baba z krakowskiego kleparza z torbami pełnymi książek, laptopów, pomocy dydaktycznych. Łazimy wszystkie "na tych zgrabnych nóżkach" pchając się do gremiów pełnych "mądrych kolegów". Najpierw z marzeniami w głowach, później z dziećmi w brzuchach, następnie z dziećmi w chustach czy na biodrach, wiszących przy cycach lub ciąganych za rękę. Mamy marynarki umorusane czekoladowymi paluchami, w torebkach obok laptopa pampersy, odciągacze do pokarmu a poźniej koniecznie wilgotne chusteczki i przeciery owocowe w tubkach. Uwieszone na telefonach z przedszkola, szkoły, z zajęć pozalekcyjnych czy korepetycji. A jeszcze składka na ubezpieczenie i papier ksero dla wychowawczyni. Częściej bierzemy wolne, spóźniamy się bo korki, prosimy o "on lajny" i "call'e" na dydaktyce, nie dociągamy kresek w makijażach. Później szybko do domu bo dziecko, bo lekarz, bo wywiadówka, bo rada rodziców. Jakie bankiety? Jakie spotkanie 2 godzinne nawet "na on lajnie"? 

    "Ty to masz dobrze bo twój syn jest już w szkole średniej" usłyszałam, kiedy mój syn po niemal śmiertelnym wypadku trafił do szpitala i po odratowaniu życia miał je spędzić na wózku. Prawie mieszkałam w szpitalu kilka miesięcy. Oczywiście prowadziłam dydaktykę i robiłam habilitację. Tę habilitację, która miała nie być habilitacją bo "to nie jest tak prosto zrobić habilitację". Od kogoś innego usłyszałam wtedy: "podobno twój syn miał wypadek ale coś nie zeszczuplałaś". 

    Minęło lat wiele. Jest jak jest a ja liczę lata do emerytury. Podobno nie tylko ja, wiele moich koleżanek ma tak samo. Będę mogła spokojnie sobie pisać książki o czym i o kim chcę, robić badania jak i jakie chcę współpracując z kim chcę i kto ze mną, punkty sobie będę zbierać tylko w sklepie spożywczym i wymieniać na pluszaki albo w kawiarnianej sieciówce na gratisową kawę, spotykać się z kim chcę i kiedy chcę, być lub nie być w komisjach i gremiach eksperckich bo znam lub nie znam kogoś z ministerstw wielu, zmieniać świat lub jedynie sukienki i wodę w kwiatach w wazonie. Oczywiście są super chwile dla których warto być uczoną w nauce oraz momenty, w których wiem, że to co robię, ma sens. Ostatnio mam takie sensy, kiedy odbieram telefon z zaproszeniem od władz pewnego miasta na konsultacje w sprawie organizacji lokalnego systemu pomocy dzieciom wykluczonym i dzieciom ulicy. To w kwestii tej książki, co podobno się tak nie pisze jak ja ją napisałam. Sensy są wówczas również, kiedy ktoś z decydentów powołując się na mój raport z badań stwierdza, że tak, w Polsce mamy problem z ubóstwem i zaniedbaniem najmłodszych i ta grupa dzieci jest totalnie niezaopiekowana, niewidzialna i najbardziej zagrożona przemocą domową. Później zaś pyta: pomoże nam pani? Pewnie, że pomogę! Inne sensy są wtedy, gdy jestem zapraszana na konferencję, bo ktoś przeczytał inną moją książkę, i bardzo chce wiedzieć coś więcej bo działa lokalnie na rzecz najsłabszych. Moje sensy to realizacja widzeń rodzinnych z dziećmi, których rodzice odbywają wyroki i organizacja działań dla nich oparta na wynikach badań naukowych. Sensem jest telefon, że dzięki kolejnej mojej książce brednie dziadka o tym, że jako chłopiec po II wojnie mieszkał w prawdziwym pałacu i jadł pomarańcze nie są demencją starczą lecz wspomnieniem cudownego dzieciństwa. "Dziękuję, że przywróciła pani ojcu godność"- rzekł syn bohatera książki mojego autorstwa. W tym właśnie widzę sensy i dzisiaj je świętuję w Międzynarodowym Dniu Dziewcząt i Kobiet w Nauce na swój sposób i nie za punkty. Dzisiaj jestem z siebie dumna oraz czuję wdzięczność do wszystkich, którzy/ re w różnych momentach obdarowali/ ły mnie swoim wsparciem. Również prowadzę swój prywatny program "stypendialny" dla wszystkich młodszych koleżanek w nauce począwszy od studentek: w ramach stypendium otrzymują ode mnie wsparcie. Wszystkim dziewczynom i kobietom w nauce życzę tego samego i pamiętajcie" "Kopernik też była kobietą!"**

* Wszystkie cytaty są z tzw. życia wzięte.

**Cytat z filmu: Seksmisja.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

"NIC O NICH BEZ NICH"

   czyli jak otwarłam  pierwszą w Polsce agorę (i to na uniwersytecie!), w której nieletnich pyta się o zdanie na temat procesu resocjalizac...