piątek, 28 marca 2025

PKP ZAWSZE Z KLASĄ

 czyli kultura  przy dźwiękach "Szopę"

    Lubię podróżować. Rowerem, samochodem, promem, pociągami. Czasami to element mojej pracy, naukowy nomadyzm, turystyka akademicka. Komisje, wykłady, staże, spotkania. Praca stacjonarna nie jest dla mnie i pewnie wiele osób wie, o czym piszę. Przy okazji niejako i lekko anegdotycznie z koleżankami i kolegami robimy sobie czasami z przestrzeni podróży teren badań społecznych. Żarty żartami lecz etnografia pociągowa mocno nas wciąga a wnioski z zebranych danych są poddawane analizom, rekomendacjom lub conajmniej są szeroko komentowane i mocowane w teorii. Super, że mam w swojej bańce sympatyczne i życzliwe osoby czujące temat. Bohaterem naszych naukowych i metodologicznych pogawędek zwykle jest wagon nr 7. Cisza, spokój, każdy zajęty sobą, z głośników sączy się "Szopę", kobiecy głos z głośnika delikatnie i subtelnie komunikuje o możliwości konsumpcji jajecznicy w wagonie Wars w języku polskim i angielskim a każde chrupnięcie chipsami lub głośne odkręcenie butelki z wodą powoduje mlaski, ciumkania zniesmaczenia i inne odgłosy niezadowolenia osób współpasażerskich. W wagonie nr 7 wszyscy są bardziej kulturalni, bardziej ważni, mądrzy i ąę. Na pewno czytają mądrzejsze książki i nawet jejcznica z Warsu subtelniej im smakuje. Co jakiś czas przejeżdża wózkiem osoba zbierająca śmieci na przemian z osobą wiozącą wodę i cichutko pyta: "gaz- nie gaz?". Tak to można żyć. Można pisać. Można tworzyć i się samorealizować oraz transformować i dezintegrować się pozytywnie.  

    Jednak dalej nie o wagonie nr 7 będzie. Ostatnio bowiem jechałam pociągiem mniej premium a bardziej po prostu pośpiech. Pomyślałam, że kupię klasę 1, różnica w cenie niewielka a popracuję, poczytam, posmakuję życia na hajlajfie w przestrzeni ąę. Zaczęło się od tego, że nie mogłam znaleść wagonu. Minęłam wszystkie wyglądające przyzwoicie, ciepłe, komfortowe, no takie w porządku i dla człowieka w sam raz. W końcu trafiłam na mój wagon. 1 klasa. zimno. staro. Śmierdząca toaleta z niedomkniętymi drzwiami. Znalazłam Swój przedział. Ludzie w środku zasłonili się zasłonkami. Odsuwam drzwi, przedzieram się przez zasłonki i wyskakuje na mnie z wielkim ujadaniem pies. Pies może i nie był wielki, ot taka wyrośnięta świnka morska długowłosa niemniej decybele godne słonia. Pomyślałam: " oooo nieeee na pewno nie będę tu siedziała". Nie, żebym nie lubiła piesków. Bardzo je lubię lecz głównie z daleka, na smyczy i w kagańcach. Moje kotki nie szczekają wcale i to nie dlatego, że wiedzą, iż moja sensoryczna nadwrażliwość nie wytrzymała by tego. Po prostu są kotkami. Tak sobie siebie wybrałyśmy i tak już mamy. Cisza, spokój, tulenie. Żadnych skoków, żadnych szczeków. Poszłam do innego przedziału. Był pusty. Usiadłam. Zimno. Rozejrzałam się, czy aby na pewno to klasa 1. Stare siedzenia, rozklekotane śmietniki, nieszczelne okna, zimno. Na drzwiach jednak jak byk naklejka, że tak, to klasa 1.

    Weszła pani konduktorka. Grzecznie powiedziałam "dzień dobry" i pytam:

- przepraszam, może być pani tak uprzejma i wykazać mi różnice pomiędzy klasą 1 a 2 w tym pociągu? 

- yyyyyyy no tu jest napisane, że klasa jest 1.

- dobrze proszę pani lecz czym się różni od 2?

- yyyyyyy.

- proszę pani, tu jest zimno.

- podkręcę pani ogrzewanie. 

- chcę jeszcze poinformować, że nie siedzę na swoim miejscu, ponieważ na nim siedzi pies.

- jak to pies?

- no pies. Siedzi i szczeka. 

- ale proszę panią, pies może siedzieć w pociągu tylko wtedy, gdy zgodzą się na to inni pasażerowie. "Wychowanie wynosi się z domu". 

- czy pani jest botem?

- nie.

- to ja nie wyrażam zgody na jechanie z psem, który szczeka i proszę mi zapewnić warunki adekwatne do ceny biletu, ponieważ tutaj jest strasznie zimno. 

- nie jestem odpowiedzialna za jakość wagonów.

    Pani konduktorka wyszła  i skierowała się do wagonu z psem. Rozległ się szczek. Po jakimś czasie było mi już bardzo zimno, więc zabrałam rzeczy i poszłam do innego wagonu. Na drzwiach nalepka "klasa 2". Cieplutko, miękkie siedzenia, normalnie. Nieopodal siedziała pani głośno słuchająca dźwięków smartfona. Filmiki, informacje, reklamy. Tak się składa, że akurat jechałam z wykładem dla osób pracujących w placówkach opiekuńczo- wychowawczych, czyli potocznie domach dziecka. Wykład mial dotyczyć wprowadzenia do cyberprofilaktyki. Z grubsza chodzi o to, że dzieci i młodzież non stop siedzą w telefonach, oglądają "głupie filmiki", nie są empatyczni, mają w nosie innych, zakłócają ciszę i zachowują się skandalicznie w miejscach publicznych. Wiadomo, ta dzisiejsza młodzież. Pani w przedziale natomiast skrolowała filmiki o zbrodniczej prokuraturze, ludziach bokserach, niewinnych przestępcach, serialach i przepisach na domowe wypieki. Głośno i wyraźnie słyszałam zatem, jak polska prokuratura zabija ludzi i jak bardzo źle, że dzieci o kolorze skóry innym niż polski przebywają w naszym kraju. Grzecznie, gdyż zwykle jestem grzeczna, z użyciem słowa "proszę" poprosiłam panią o ściszenie letefonu.

- jak się pani nie podoba to niech sobie pani kupi zatyczki do uszu.

- acha?

     Serdeczne w swoim wydźwięku prośby kierowałam do pani trzy razy, nie oszczędzając słowa "proszę". Nic. Zero. Koleżanka zasugerowała, abym puściła dźwięki ze swojego telefonu bo skoro taki jest zwyczaj w tym przedziale, nie powinno być problemu. Tak zrobiłam. Mocne uderzenie gitar chłopaków z The Analogs ogarnęło przedział: "hej dzieciaki niech zapłoną serca...". Pani bardzo brzydko na mnie popatrzyła i nadal słuchała swoich programów lecz przynajmniej zapanowała równość, prawo i sprawiedliwość wzięły górę nad jakimiś tam próbami polubownego pogodzenia interesów obywatelek w przestrzeni publicznej. O kulturze osobistej nie wspomnę. Jej nie mają tylko dzieci i młodzież, każdy to wie. Gitary lekko zagłuszały informacje o bandyckich politykach więc kolejne na mojej play liście było KSU. "Nadchodzi nowe pokolenie w rekach butelki i kamienie...". Siczka chyba przesadził stanowczo, gdyż pani wyłączyła dźwięki ze swojego telefonu z bulwersem na facjacie  i? Zaczęła czytać. Uffff. 

Jadąc z powrotem spotkałam się z kulturalnymi, sympatycznymi osobami pasażerskimi i takąż panią konduktorką. Cierpliwie wyjaśniała pasażerom kwestie niejasne, ucinała sobie pogawędki i small talki o pogodzie, patrząc na imienne bilety pozwalała sobie mówić pasażerom po imieniu i życzyć miłego dnia. Jej "pani Małgosiu" brzmiało wyjątkowo życzliwie i wywoływało uśmiech. Sporo osób rozmawiało przez telefon, wszyscy na korytarzu. 

    Mam pewne refleksje, smutne i wesołe. Smutna jest taka, że niektóre z osób słyszące tę opowieść zasugerowały, że jak mi przeszkadzają głośne dźwięki, to dobrym rozwiązaniem są słuchawki tłumiące. Idąc tym tokiem myślenia, jeśli się obawiasz nachalnych mężczyzn, noś długą spódnicę lub czador albo nie wychodź z domu. Celowo hiperbolizuję, mam nadzieję, że widzicie nadużycie? Jeśli na świecie spotykasz dzicz, to twój problem, radź sobie, nikt nie będzie się dostosowywał do twoich potrzeb ąę że niby kultura i savoir vivre bo ty taka pańcia jesteś. Może jeszcze "Szopę" hę? Inną smutną refleksją jest to, że w sytuacjach trudnych świadkowie najczęściej milczą a osoba doświadczająca nadużycia jest w ich narracji przewrażliwiona i agresywna bo? Reaguje i upomina się o swoje prawa. Ktoś widzi analogię do mobbingu, przemocy, dyskryminacji i zachowań naruszających granice? Ja widzę. Jesteśmy narodem przemocowców, mamy zjechane syndromem DDA neurony, determinuje nas traumaland, pływamy w toksyku, nakręcamy sobie toksykolandię i poza czubkiem swojego nosa widzimy niewiele, mamy ciągłe pretensje i roszczenia. Jak mawia fraszka autorstwa Sztaudyngera: "szczęście mnie mija bo wciąż "mnie", "mi", "ja". O empatii sporo głosimy prawd lecz zostaje ona na poziomie abstrakcyjno- deklaratywnym. Praktyka to jątrzenie, odpalanie agresora, plotki, podjudzanie, problem na każde rozwiązanie. Wesoła refleksja jest taka, że są jeszcze osoby zapodające small talk o słoneczku. Warto też spróbować zerknąć poza czubek nosa i oduśmiechnąć się do sympatycznej konduktorki nie będącej botem lecz osobą z krwi i kości. Myślicie, że jej droga umajona jest płatkami róż a ona śpi na ziarnku grochu? Nie wyglądała. Nie była napuszona, nie była również ąę. Była tak obrzydliwie wspaniale nieprzyzwoicie normalna. Choć czasami w pracy na pewno słuchała "Szopę". 

    

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

"NIC O NICH BEZ NICH"

   czyli jak otwarłam  pierwszą w Polsce agorę (i to na uniwersytecie!), w której nieletnich pyta się o zdanie na temat procesu resocjalizac...