niedziela, 27 kwietnia 2025

NOWORODEK W REKLAMÓWCE, DZIECI Z ULICY I "CHŁOPAKI Z POPRAWCZAKA"

"niech mi pani powie, co tu jest nie tak?"

    To pytanie zadał mi pewien przedsiębiorca wysłuchawszy mojego wykładu o "niewidzialnych dzieciach" w Polsce żyjących w skrajnym ubóstwie. Skrajne ubóstwo oznacza, że dziecko nie spożywa dziennie choć jednego ciepłego, pełnowartościowego posiłku, nie ma odzieży adekwatnej do pory roku i nie ma swojego miejsca do spania, zabawy i odrabiania lekcji. To tak z grubsza i ogólnie. Z przedsiębiorcą rozmawiałam o tonach marnowanego w Polsce jedzenia, o zasiłku "800+" i innych zasiłkach, o bankach żywności, systemie pomocy i opieki społecznej, niebieskiej karcie, rencie dla alkoholików. Takie tam. Chętnie rozmawiam z ludźmi spoza mojej bańki zawodowej, lubię spojrzeć na świat z ich perspektywy i jestem ciekawa ich widzenia rzeczy a że w moim nomadyzmie sporo podróżuję, mam również sporo ku temu okazji. Raptem tydzień temu jechałam sobie rano do zaprzyjaźnionego poprawczaka. Formalnie to Zakład Poprawczy i Schronisko dla Nieletnich w Raciborzu. Nieletni w polskim prawie to osoba niepełnoletnia, która z powodu złamania prawa trafiła orzeczeniem sądu do Zakładu Poprawczego właśnie. Innymi słowy to właśnie te wszystkie "młode bandziory", "gangusy" i "patusy". Zanim taki "bandzior" trafi do zakładu poprawczego, przebywa w schronisku dla nieletnich, odpowiedniku aresztu śledczego dla dorosłych. Także wiecie rozumiecie, lekko nie ma, czekał mnie dzień z patusami, gwałcicielami, mordercami i złodziejami. Trudno, tak sobie wybrałam drzewiej to tak mam. Dzień zapowiadał się pięknie, słonecznie, o 9 rano temperatura wskazywała 15 stopni, zieleń wybuchała zapachem świeżości, dobrze było jechać bocznymi drogami z otwartym oknem. Jak to jest, że nie mogłam doczekać się spotkania z chłopakami i personelem? Spróbujcie sobie to wyobrazić: miejsce jak na końcu świata, za nim już tylko pola uprawne i lasy, koniec drogi, mur otoczony concertiną (taką samą jak na granicy polsko- białoruskiej, to wymóg ministerstwa sprawiedliwości) i bramę. Brama ma wizjer jak w każdym zakładzie poprawczym i karnym. Dzwonicie. Po chwili się otwiera. Za wami jednak szybko zamyka z charakterystycznym dźwiękiem, kto był ten wie. To symboliczny moment zawsze mocno przeze mnie przeżywany. W głowie dudni wam Jim Morrison "nikt nie wyjdzie stąd żywy". Brama po drugiej stronie jednak ma namalowane skrzydła anioła, budynek poprawczaka otoczony jest rabatami z kwiatami a na ścianie bocznej widnieje wielki mural. Przy wejściu stoi rower w formie ozdoby z zawieszonymi doniczkami pełnymi kwiatów. Jak zajrzycie na tyły budynku, zobaczycie drzewa owocowe, sadzonki pomidorów, oczko wodne, boiska i bieżnię. Coś wam nie gra? Mi wszystko gra. Wiem, gdzie wchodzę. Dzisiaj ma odbyć się Dzień Wolontariusza i wychowankowie mają otrzymać upominki za pomoc powodzianom. Jakie upominki i jaka pomoc? 90% społeczeństwa chce tych chłopaków zamknąć na zawsze w kamieniołomach a nie dawać im prezenty. Sprawy mają się jednak tak: na progu wita mnie ubrany na galowo w garniturze Adam*, podaje mi rękę i prowadzi do auli. W auli witają mnie dyrektor zakładu i dyrektor szkoły. Witają oznacza, że po prostu się do siebie przytulamy "na misia". Po chwili wchodzi Patryk Galewicz** i wita mnie tuląc się "na misia". Wzruszenia, słowa miłości człowieczej, radość, endorfiny. Ledwo uwolniłam się od uścisków Synka, wchodzi psycholożka- moja serdeczna koleżanka. Witamy się przytuleniem i dobrym słowem przepełnionym radością a na popołudnie umawiamy się na spotkanie w placówce wsparcia dziennego typu podwórkowego (to ta od dzieci ulicy i streetworkerów), chcę moim dzieciom zrobić niespodziankę. Do poprawczaka na uroczystość z okazji Dnia Wolontariusza przyszedł również wice prezydent Raciborza. Skończył resocjalizację. Jeździ na rowerze. Wie, o co chodzi z chłopakami, może dlatego wita się z nimi serdecznie podając im rękę a w przemówieniu nazywa ich Bohaterami. Oglądamy wspólnie filmik zatytułowany: "Niepoprawnie Pracowici". Na nim grupa chłopaków po pas w szlamie z łopatami. Odgarniają błoto, ludzie się do nich uśmiechają, jakaś pani przynosi drożdżówki i tuli chłopaków. Jej mąż wzrusza się do łez. Mówi coś o dobrym wychowaniu i resocjalizacji. Widok chłopaków z łopatami zapewne spełnia oczekiwania tego 90% społeczeństwa wysyłającego "młodych bandziorów" do kamieniołomów, kopania rowów i sprzątania ulic. Dla mnie jednak ważniejsze jest, jak widzę, że "nasze chłopaki" uśmiechają się na słowa: "dobry", "bohater", "pomocny", "silny". 90% z nich, jak wykazały badania do pracy magisterskiej mojej studentki pochodzi z miejsc skrajnego ubóstwa, z rozbitych rodzin pełnych przemocy, alkoholu i narkotyków. Są tacy, którzy kradli, aby nakarmić głodne rodzeństwo, inni w obronie matki byli w stanie śmiertelnie ranić ojczyma. Ulica dawała im bezpieczeństwo i wytchnienie. Historii jest wiele, są długie i smutne. Dzisiaj jednak mamy dzień radości i cieszenia się tym, że RAZEM możemy próbować to zmienić i pokazać chłopakom, że inne życie istnieje a wokół mają odpowiedzialne i mądre osoby dorosłe, którym można zaufać. Bo pomyślcie: trzeba mieć silę, aby nie ufając ludziom i ich nie lubiąc jechać i pomagać im sprzątać zalane domy. Trzeba mieć determinację, aby nie mając swojego domu pomagać remontować cudzy. Trzeba mieć odwagę, aby wspierać rodziny w powodzi w sytuacji, gdy nigdy nie miało się swojej. Po uroczystości Patryk Galewski pokazuje mi miejsce, w którym powstaje pracownia kulinarna i w której będzie działał z chłopakami. Oni sami wpatrzeni są w niego jak o obrazek. Sponiewierany życiem i więzieniem, jako dziecko często głodny, użerający się z pijanym ojcem, skrajnie zaniedbany dzisiaj "mówi Johnnym". W oczach ma jasność i miłość a wszyscy czujemy, że Janek Kaczkowski gdzieś tu miedzy nami jest. Zresztą chłopaki również uczą się fachu barbera, przyjeżdża do nich Sebastian Karczewski i uczy ich "dobrego cięcia". Wszak nożyczkami można kogoś zranić lecz i zrobić mu fryzurę. Nożem można zabić lecz i pokroić chleb. Dlatego "nasze niepoprawne chłopaki" mają super modne fryzury i są nakarmione, może pierwszy raz w życiu. Umówiłam się z nimi na trening boksu i wycieczkę rowerową w maju, jemy obiad i jadę do moich dzieci z ulicy. To znaczy na ulicy niechybnie by były gdyby nie super ekipa streetworkerek/ów i pedagożek/gów prowadzących Strefę czyli placówkę wsparcia dziennego typu podwórkowego lub jak inni wolą- świetlicę. Czasami zajęcia są w Strefie, czasami na ulicy i podwórku. Jednak zawsze dzieci są nakarmione ciepłym posiłkiem, zaopiekowane i zatroszczone. W ten dzień akurat poszliśmy na łąkę zbierać jajeczka czekoladowe zostawione tam przez zająca. Chociaż dzieci twierdziły, że nie wierzą w zająca ja tam nie wiem bo ja nawet w św. Mikołaja wierzę. Wierzę również w anioły i mam pewność, że każde z tych dzieci ma swojego. Ponieważ znając ich historie wiem, że niektóre statystycznie i z dużym prawdopodobieństwem biorąc pod uwagę realia ich dzieciństwa nie miały prawa przeżyć. A jednak. Dlatego ja po prostu czasami lubię sobie tak z boku popatrzeć na uśmiechy chłopaków i umorusane jedzeniem buźki naszych dzieci. Nie muszę nawet nic mówić, nie muszę nic robić. Po prostu być i patrzeć. Zmęczona i szczęśliwa wracałam o domu. W głowie miałam wiadomość z radia, którą usłyszałam rano: "przypadkowy przechodzień w Łodzi usłyszał kwilenie w pustostanie, udał się za głosem i odkrył noworodka w reklamówce. Dziewczynka miała nieodciętą pępowinę i wyziębienie ciała". Pomyślałam: "o kur...a". Przypomniał mi się komunikat sprzed tygodnia z Krakowa, kiedy to niespełna dwutygodniowa dziewczynka, odpępniona, przebywała w pustostanie z bezdomnymi. Jej rodzice byli poszukiwani listem gończym przez policję za przestępstwa. Dziewczynka z Łodzi została znaleziona w centrum miasta, na starych Bałutach. Realizowałam tam badania naukowe wiele lat temu. Byłam przekonana, że tych miejsc już nie ma. Podobno powoli są rewitalizowane. Kraków stara się o markę nadawaną przez Unicef Poland w programie "Miasta przyjazne dzieciom". Patryk Galewski opowiadał mi, jak to władze Sopotu są niechętne jego działaniom na rzecz wykluczonych dzieci, ponieważ Sopot to kurort. A pamiętacie, jak kilka lat temu w Gdańsku w namiocie na koczowisku osób bezdomnych przebywała dziewczynka z matką? Zapytałam kiedyś nastoletnią, bardzo mądrą dziewczynkę na Bobrku w Bytomiu: "Powiedz mi, gdybyś miała władzę, co byś tu zrobiła?". Odpowiedziała mi bez zastanowienia: "Pani, ja bym to miejsce zniknęła. Nas tu nie powinno być". A zatem: co tu jest nie tak?

* imiona chłopaków zmieniam rzecz jasna
** imienia Patryka nie zmieniam bo to Synek Johnnego Kaczkowskiego, osoba publiczna, znana i kochana; bohater filmu "Johnny" o księdzu Janie Kaczkowskim w reżyserii Daniela Jaroszka i książki "Synek Kaczkowskiego" Piotra Żyłki. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

"NIC O NICH BEZ NICH"

   czyli jak otwarłam  pierwszą w Polsce agorę (i to na uniwersytecie!), w której nieletnich pyta się o zdanie na temat procesu resocjalizac...