niedziela, 13 kwietnia 2025

MIĘDZYNARODOWY DZIEŃ DZIECI ULICY

 ..."bo wiesz co się liczy? Szacunek dzieci ulicy"

    Usłyszałam kiedyś takie oto słowa tekstu hip hopowego rymowane przez dzieci w projekcie realizowanym gdzieś w Polsce. Mam je w sobie na zawsze oraz ilekroć wychodzę w teren realizować czynności badawcze. 12 kwietnia obchodzimy ustanowiony w 2011 roku Międzynarodowy Dzień Dzieci Ulicy. Ustanowiło go The Consortium for Street Children, międzynarodowa sieć organizacji działających na rzecz praw dzieci ulicy na świecie. 

    Oficjalnie w Polsce nie ma dzieci ulicy choć ja poznałam ich sporo, wiele o nich już powiedziałam i napisałam. Lubię mówić o niewidzialnych dzieciach i o pedagogach ulicy czyli o zawodzie, który tak naprawdę nie istnieje. Brzmi nieźle, jak niedorzeczność z ust zakręconej profesorki, która w dodatku widzi w Polsce dziecięce i młodzieżowe gangi. Zastanówmy się jednak, jak to jest? 

    W ubiegłym tygodniu w Krakowie została znaleziona w pustostanie 2-tygodniowa dziewczynka. Przebywała w nim z rodzicami w kryzysie bezdomności i innymi bezdomnymi. Rodzice byli poszukiwani listem gończym za popełnienie przestępstw, po wyroku sądowym czekali na odsiedzenie kary pozbawienia wolności. Przecież to dziecko gdzieś musiało się urodzić? Wiemy, że w szpitalu. Ktoś matkę z dzieckiem z tego szpitala musiał wypisać. Lecz już nikt nie dowiedział się, gdzie ją wypisuje i czy ma ona dokąd wrócić z noworodkiem. 

    Niespełna dwa lata temu w Gdańsku, w namiocie na koczowisku z osobami bezdomnymi mieszkała z matką czteroletnia dziewczynka. Długo nikt ze służb społecznych nie miał o tym pojęcia. 

    Pytam kiedyś Sylwii Góry, autorki książki o bezdomnych kobietach w Polsce: - "Sylwia, czy spotkałaś zbierając materiały do swojej książki, kobiety w ciąży albo takie, o których wiesz, że urodziły dziecko na ulicy?". - "Na ulicy może nie lecz na klatce schodowej, na strychu, w pustostanie tak".

    Kamil z Częstochowy często noce spędzał poza "domem", np. na przystanku autobusowym. 

    Nazwijmy go Adaś- spotkany w mojej badawczej przestrzeni chłopiec woli przesiadywać na ulicy lub na klatkach kamienic, bo boi się ojczyma.

    "Pani, ja cały czas jestem na ulicy, nawet jak jestem chora. Na ulicy szybciej się zdrowieje"- mówi mi dziewczynka ze Śląska z miejsca, które dawno nie powinno istnieć.

    "Nie mam domu bo wujek od mamy nas wywalił jak robił awanturę i mieszkam teraz z mamą w ośrodku (czytaj: placówce dla ofiar przemocy) ale nie lubię tam być bo jest głośno i baba z mopsu o wszystko mnie pyta"- Piotruś*.

    Placówka wsparcia dziennego typu podwórkowego w mieście X, około godziny 14.00: - "Kur...a zjesz wszystkie tosty a one są dla wszystkich nie tylko dla ciebie, pani mówiła, że jesteś mało bo nie mamy sponsorów!". - "Ale ja od rana nic nie jadłem i umieram z głodu, ostatni raz jadłem wczoraj wieczorem chipsy". - "Co robiłeś od rana? Nie byłeś w szkole?". - "Nie bo tata z mamą się darli i pili wódkę i nie miałem jak się uczyć  i spać to nie poszłem dzisiaj do szkoły tylko siedziałem w parku".

    Nazwijmy ją Ania: "Wolę siedzieć na ulicy bo tu jest fajnie i nie śmierdzi tak jak w domu bo ojczym pali a mamy i tak ciągle nie ma bo musi pracować a jak jest to pije. Wódkę pije, wie pani. Z wujkiem".

    "Najfajniej jest jak idziemy do kanałów, tam jest cicho i ciemno. Szczury są".

    "Tu mamy bazę. Można palić i sobie siedzieć. Trochę rymujemy i sobie gadamy".

    "Pani, tam są bezdomni w tych ruinach. Kiedyś jeden zaje...ł gołębia ale i tak lubimy z nimi siedzieć bo są jaja i jest śmiesznie. Tylko jeden kiedyś też denaturat wylał niechcący i podpalił. My nie pijemy tego z nimi"

       Placówka wsparcia dziennego typu podwórkowego w mieście Y: "Ja pier...lę mam przypał na chacie stara mnie wkurwia bo znowu się naje...ła niech mnie pani nie wku..ia nie zjem tego gó..na".

    Placówka wsparcia dziennego typu podwórkowego w mieście Z: "Sie ma pani, gdzie pani spała, tutaj?". "Tak". "Spoko ku...wa to znaczy no". 

    "Pawełku, ty nie masz kurtki? Ta bluza jest cienka, dzisiaj jest na minusie przecież". -"Pani, cały rok tak chodzę, mi jest zawsze gorąco". - "Ok to ja ci przywiozę na następny raz kurtkę i ona tu będzie sobie leżała. Będziesz chciał, weźmiesz." (W bucie dziura, skulony, za chudy jak na swój wiek, włosy tłuste, brud za obgryzionymi paznokciami, bluza z kapturem i napisem: Urban ghetto"). 

    Nazwijmy go Frankiem. Franek bawi się w gangstera. Ma kominiarkę kupioną (?) w lumpeksie. Kradnie komórki w szkole, ale tylko obcym dzieciom. Swoich się nie kroi przecież.

    Rodzeństwo: 6 letni chłopiec i 2 letnia dziewczynka mają tatę w więzieniu (a właściwie tatę dziewczynki i ojczyma chłopczyka, bo jego tata nie wiadomo, gdzie jest) i uzależnioną od heroiny i alkoholu mamę. Mama wzięła raz dzieci i uciekła z nimi. Po prostu poszła w świat bo ją nosiło. Za długo była trzeźwa. Kilka zimowych miesięcy tułała się po melinach i pustostanach. Znalazła ją policja. Dzieci poszły do placówki opiekuńczej. rozdzielone. Podobno w jednej jest przemoc, pani krzyczy i wmawia chłopcu, że jest niegrzeczny, bo płacze za siostrą. 

    System? Jaki system? W Polsce z takimi dziećmi może pracować każdy. Dosłownie. Nie musi być przygotowany do pracy z nimi, do interwencji, pomocy, współpracy lokalnej, diagnozy, planowania działań pomocowych. Nie musi znać prawa i nie musi mieć wiedzy o metodyce pracy z dzieckiem, jego specyfice rozwoju i specyfice potrzeb, jego zabezpieczeniu prawnym i psychopedagogicznym, jego prawach, itd. Nie musi mieć żadnych studiów pedagogicznych lub/i psychologicznych choć lubi nazywać się streetworkerem lub nawet pedagogiem ulicy. Streetworkerem tym łatwiej jest się nazywać, że nikt za bardzo nie wie, o co chodzi. Nie ma w Polsce studiów kształcących w tym kierunku, chociaż doskonale wiemy my, realizujący programy studiów na uczelniach, że streetworking to tylko lub aż metoda pracy z osobami w przestrzeni ich środowiska, na przykład ulicy. Oraz, że jest częścią pracy socjalnej lub/ i pedagogiki społecznej- środowiskowej. To oznacza, że jednak trzeba mieć przedmiotowe przygotowanie do pracy z dziećmi w bardzo trudnych warunkach, z bardzo wymagających środowisk. Trzeba o nich wiedzieć bardzo dużo. O ich specyfice, niepełnosprawnościach, specyficznych potrzebach, kontekście rodzinnym i środowiskowym. A tymczasem czasami nawet osób wychodzących do dzieci na ulicy nie obowiązują go Standardy Ochrony Małoletnich. Nazywają się trenerami, coachami, samozwańczymi animatorami lub pedagogami bez pedagogicznego wykształcenia. Są również wolontariusze. Jak to jest? Jak to możliwe? Po prostu któregoś razu ktoś postanawia, że będzie pracować z dziećmi ulicy, bo ma misję lub po prostu chce lub nie ma co zrobić ze swoim życiem. Zakłada organizację pozarządową, bo każdy może taką założyć. Nikt o nic nie pyta. Nikt nic nie sprawdza. Nie pyta również dlatego, że w Polsce oficjalnie nie ma dzieci ulicy.  

*Oczywiście imiona dzieci zmieniłam

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

"NIC O NICH BEZ NICH"

   czyli jak otwarłam  pierwszą w Polsce agorę (i to na uniwersytecie!), w której nieletnich pyta się o zdanie na temat procesu resocjalizac...