poniedziałek, 21 lipca 2025

CIEMNOSKÓRY HINDUS PRZYGARNIA SETKI BIAŁYCH, POLSKICH, CHRZEŚCIJAŃSKICH DZIECI

 ..czyli historia o tym, jak to babu maharadża uratował polskie dzieci i czy coś z tego dla Polaków obecnie wynika?

    Niewiele z was zapewne wie, że niegdyś wydarzyła się magiczna i zaczarowana historia, choć nie była to bajka. Ta historia wydarzyła się naprawdę. Opisałam ją w książce "Pałacowe dzieci. Rzecz o pedagogii Stanisława Jedlewskiego na podstawie funkcjonowania Państwowego Zakładu Wychowawczo- Naukowego im. Tadeusza Kościuszki w Krzeszowicach w latach 1946-1950". Mowa o historii, która dotyczy  dzieci uchodźczych, często o innym kolorze skóry, mówiących dziwnym, niezrozumiałym językiem, mających inne, definiowane przez tubylców jako zdziczałe i nienormalne zachowania i obyczaje. Pewnie się zdziwicie lecz mowa jest tutaj o polskich dzieciach. Naprawdę! Tysiące z nich dla niektórych narodów podczas II wojny światowej i tuż po niej było dziwakami, były inne, brudne, dzikie. A jednak mieszkańcy tych narodów postanowili się tymi dziećmi zaopiekować. Praca nad wspomnianą książką była dla mnie ogromną przygodą i chociaż ukazała się w 2020 roku, pracuje nadal we wszechświecie i co rusz dotykają mnie efekty tej pracy. Dość wspomnieć, że na podstawie zaprezentowanych w niej wyników moich kilkuletnich badań naukowych nadal rodziny odnajdują swoich przodków. Tak było ostatnio, gdy zwróciła się do mnie jedna z fundacji badająca losy dzieci polskich wywiezionych na Sybir. Tak było również, kiedy to w jednym z Krakowskich szpitali posądzono starszego człowieka o demencję i brednie, ponieważ opowiadał, jak to dzieciństwo po II wojnie spędził w jakimś pałacu i jadł pomarańcze. Jedna z lekarek zorientowała się, o jaki pałac może chodzić, przywiozła do szpitala moją książkę a pacjent ujrzawszy ją i zamieszczona w niej zdjęcia wykrzyknął: "a nie mówiłem? to jest mój pałac, mój dom! Tam się wychowałem!". 
    Historia, o której chcę poniżej opowiedzieć jest prawdziwa i prawdziwie będzie opowiedziana, surowo i bez sentymentów a dotyczy ot bagatelka 5 000 (słownie: pięciu tysięcy!) polskich dzieci, które upchane w bydlęcych wagonach zostały wywiezione z Polski i transportowane były najpierw do Kazachstanu lub na Syberię, później zaś przebyły jeszcze jedną podróż. Ta uratowała im życie ale po kolei oraz polecam zerknąć na mapę świata, to da nam obraz wędrówek tych nieszczęsnych polskich, małoletnich obywateli, których nikt nie chciał. Dzieci w Polsce podczas II wojny oddzielane były często od swoich rodziców, z których część wywieziono wcześniej do łagrów. Zresztą zachęcam do poczytania na temat losów wojennych dzieci, o których pisze między innymi profesor Wiesław Thaiss. Te dzieci, o których chcę opowiedzieć, były brudne, śmierdzące, głodne, chore, skrajnie zaniedbane i wyczerpane a niektóre umierające. Rodzice niektórych zmarli na Syberii, zaginęli, zostali rozstrzelani w Katyniu. Świat nie bardzo wiedział, co zrobić z taką ilością polskich dzieci? W 1941 roku czyli jeszcze w czasie działań wojennych Generał Władysław Sikorski w Londynie podpisał z sowieckim ambasadorem pewien układ, na mocy którego Józef Stalin zgodził się, aby osierocone polskie dzieci zostały wywiezione ze Związku Radzieckiego. W sumie po co komu brudne, głodne i wyczerpane dzieci? Do pracy się nie nadawały a trzeba było je karmić i o nie dbać. Najlepiej było się ich pozbyć. Wraz z armią Generała Władysława Andersa polskie dzieci dostały się tymi bydlęcymi pociągami do Persji a tuż przy granicy z Iranem utworzono jeden z polskich sierocińców. Ktoś musiał dzieci nakarmić, otulić od zimna, opatrzyć rany, zbić gorączkę, nauczyć hymnu Polski i modlitwy "ojcze nasz". W akcjach ratowania, transportu i pomocy polskim dzieciom udział brała Hanka Ordonówna. Piosenkarka, aktorka i autorka tekstów. Część z wożonych po świecie polskich dzieci ostatecznie znalazła schronienie w Nowej Zelandii a ich potomkowie żyją tam do dziś. Co stało się z resztą? Ogromna gromada z pociągu przesiadła się na statek i popłynęła aż do Indii! Od teraz przenosimy się do baśni z tysiąca i jednej nocy, bowiem wyobraźcie sobie, że polskimi dziećmi: brudnymi, głodnymi, śmierdzącymi, mówiącymi w dziwnym języku i mającymi dziwaczne zachowania zainteresował się prawdziwy książę! Był to dziedzic księstwa Nawanagar w zachodnich Indiach, maharadża Jam Saheb Digvijay Sinhji. Wszystkim dzieciom, które żywe opuściły pokład statku, indyjski książę udzielił bezpiecznego schronienia w pobliżu swojej letniej rezydencji w Balachadi (obecnie stan Gudżarat) i wybudował dla nich Polish Children Camp. Dzieci po podróży przez Iran i Pakistan były wykończone, wycieńczone głodem, zdziesiątkowane chorobami, chore, majaczące w gorączce, obdarte, skrajnie zaniedbane, tęskniące za rodzicami. Maluchy płakały. W podróży starsze dzieci jak mogły opiekowały się młodszymi. Było z nimi kilka opiekunek, które cudem przeżyły łagry choć i one nie były w najlepszym stanie. W Indiach na polskie dzieci czekało sześćdziesiąt malutkich, uroczych domków pokrytych czerwonym dachem a na środku placu stał maszt z powiewającą dumnie flagą biało- czerwoną. W ich nowym domu dzieci powitał we własnej osobie książę w turbanie z pawim piórem, cały przyodziany w szaty z brylantów i złota. Człowiek ten pokochał dzieci miłością wielką, ludzką i bezwarunkową. Wykarmił je, wytulił, wyleczył z chorób a one mówiły do niego babu czyli tatusiu, ojczulku. Co rano dzieci budził krzyk pawi i małp, kto był w Indiach ten wie, o czym piszę. Po ulicach chodziły prawdziwe słonie a z wysokich palm spadały kokosy z pysznym, słodkim mleczkiem i kokosową galaretką. Brzmi jak bajka? Tak. Lecz taka, która wydarzyła się naprawdę. Starsze dzieci zaczęły chodzić do szkoły, zorganizowano im polską edukację tak, aby nie zapomniały polskich liter i języka oraz hymnu. Maluchami opiekowały się ocalałe w łagrach kobiety. Wśród nich była właśnie Hanka Ordonówna. Wyobraźcie sobie jednak sztab ludzi, którzy zagonieni byli do pomocy polskim dzieciom. Trzeba je było nakarmić, umyć, przebrać i tak codziennie. Maharadża Jam Saheb, babu, chętnie osobiście przychodził na organizowane przez dzieci teatrzyki a po spektaklach zapraszał je na indyjskie słodycze do swojego pałacu. Kto kiedykolwiek jadł indyjskie słodycze temu teraz kapie ślinka, wiem to. Maharadży pomagali inni bogaci książęta indyjscy i w sumie udało się ocalić tysiące polskich dzieci, z których większość po II wojnie światowej wróciła do Polski. Jednak około 200 zostało na zawsze w założonym polskim miasteczku Valivade. Polski Czerwony Krzyż pomagał szukać ich rodziców lub bliskich, których czasami udało się odnaleźć w Polsce, w obozach przejściowych lub innych odległych zakątkach globu. Niektóre z dzieci osiągnąwszy pełnoletność podjęły decyzję o wyjeździe z Indii do Kanady lub Ameryki i tam się osiedliły. Historia dzieci wywiezionych do Nowej Zelandii jest równie wzruszająca choć może ze względu na klimat pozbawiony prawdziwych książąt mniej barwna. 
    Warto pamiętać o tych historiach, kiedy czytamy o kolejnych atakach białych, prawdziwych Polaków na cudzoziemskie dzieci uciekające ze swoich krajów przed wojną lub o innych podłych akcjach mających na celu niszczenie kobiet w ciąży lub rodzin z dziećmi na polskich granicach lub w obozach dla uchodźców tylko dlatego, że mają inny kolor skóry i mówią dziwnym dla nas językiem. Warto o tym pamiętać przy okazji kolejnych wyjść polskich bandyckich ugrupowań faszystowskich za przyzwoleniem władz na nasze wspólne ulice. Warto o tym pamiętać, gdy w tłumie tych rasistowskich bojówek zobaczymy nastoletnie dzieci, uczniów polskich szkół. Warto o tym pamiętać, kiedy prawdziwi Polacy uczą w domach swoje dzieci, że mają nękać w szkole ukraińskich kolegów "za Wołyń". Warto o tym pamiętać...tak w ogóle. Dla człowieczeństwa. 

    Pełne historie polskich dzieci uciekających przed wojną i dzieci uchodźczych przeczytacie w:
* Biskup M., Śladami zapomnianych bohaterów, Vesper, Poznań, 2011.
* Kowaleczko- Szumowska M., Bapu, opowieść o dobrym maharadży, wydawnictwo Literatura, 2024.
* Michel M., Pałacowe dzieci. Rzecz o pedagogii Stanisława Jedlewskiego na podstawie funkcjonowania Państwowego Zakładu Wychowawczo- Naukowego im. Tadeusza Kościuszki w Krzeszowicach w latach 1946-1950, Wyd. UJ, Kraków, 2020.
* Thaiss W., Sieroctwo wojenne polskich dzieci (1939- 1945), Zarys problematyki, "Przegląd Pedagogiczny, 2012, nr 1: Dziecko w Polsce w XX wieku.
* Polskie dzieci maharadży. Indyjskie losy sierot uratowanych ze Związku Radzieckiego (https://historia.interia.pl/polska-walczaca/news-polskie-dzieci-maharadzy-indyjskie-losy-sierot-uratowanych-z,nId,1411399).

piątek, 18 lipca 2025

CZYM RÓŻNI SIĘ "PANI Z PRZEDSZKOLA" OD NAUCZYCIELA/KI WYCHOWANIA PRZEDSZKOLNEGO?

 o górnikach w pedagogice już było, lecz...
   
    obecnie mamy w Polsce do czynienia z kuriozalną i trudną do racjonalnego wytłumaczenia sytuacją, kiedy to Ministerstwo Edukacji Narodowej stworzyło projekt zatrudniania w przedszkolach osób bez kwalifikacji czyli bez kierunkowego wykształcenia związanego z osiągnięciem tytułu magistra w zakresie bycia nauczycielem/ką edukacji przedszkolnego. Zapewne można by to ogłosić skandalem niemniej samo nazwanie w ten sposób sytuacji nie wyjaśni nikomu, o co tak naprawdę chodzi a wprowadzi jedynie awanturniczą reakcję. Problem w tym jednak, że argumentów racjonalnych, opartych na wiedzy i wynikach badań naukowych oraz osiągnięciach rozwoju dyscypliny naukowej jaką jest pedagogika mało kto w tym kraju słucha lub jeśli słucha, rzadko bierze pod uwagę. My sobie- "oni" sobie. "Razem" jest tylko w kampaniach wyborczych i w dzień wyborów. Później to "razem" rozmywa się w festiwalu ego i rozdawnictwie krzesełkowym od sasa do lasa wszak aby być polityczką/ wiem, nie trzeba mieć nawet wykształcenia lub jeśli już, nie musi być ono kierunkowo związane z resortem. Jeśli lekarz może kierować armią, górnik pracować z dziećmi w kryzysie wieloaspektowej przemocy, inżynierka- informatyczka kierować resortem edukacji a sutener być prezydentem, to dlaczego z dziećmi w przedszkolu ma pracować wykwalifikowany nauczyciel/ka wychowania przedszkolnego? W głowach nam się poprzewracało chyba na tych uczelniach. Problem jednak jest ogromny i nie dotyczy on braku kadry, jak próbuje nam się wmówić, ponieważ co roku mury uniwersytetów opuszczają znakomicie przygotowani absolwenci i absolwentki edukacji przedszkolnej i wczesnoszkolnej a sporo z nich już po 3 roku studiów i odbytych praktykach podejmuje się pracy zawodowej w instytucjach edukacyjnych. Wiem to, bo mam z nimi kontakt na co dzień. Wiem, na jakim poziomie zdają egzaminy, jak przykładają się do zajęć, jak ciężko pracują i jak obszerną mają wiedzę. Jeden z problemów natomiast to karygodny brak odpowiedniego przygotowania osób tego rodzaju projekty tworzących. Ktoś nieprzygotowany w mojej opinii oznacza, że nie ma wiedzy z danego zakresu co skutkuje tym, że nie wymaga również tej wiedzy od innych. Na tym polega ignorancja. Taka sytuacja oczywiście w pewnym sensie stawia ludzi w jednym szeregu, jesteśmy równi i na jednym poziomie a to, że niskim, to już inna kwestia. Nie wystarczy jak się okazuje być w tzw. opozycji (do kogo? czego?). Trzeba jeszcze, pełniąc pewne stanowisko czy kolokwialnie rzecz ujmując siedząc na konkretnym krześle, mieć o nim wiedzę. W przeciwnym razie znacznie obniża to standardy i tak już ledwo zipiącego państwa w niemal wszystkich zakresach jego funkcjonowania. W sytuacji natomiast, kiedy chodzi o osoby słabsze, jest również zagrożeniem ich bezpieczeństwa i naruszeniem ich praw. Ta konkretna propozycja, która jest przedmiotem mojego pisania, oznacza drastyczne obniżenie standardów edukacji przedszkolnej oraz wyrzucenie w błoto dotychczasowych osiągnięć w zakresie kształcenia kandydatek/ów do zawodu i generalnie do pracy z dziećmi. Tak! Mowa o edukacji. Nie opiece. Nie zabawie. Nie pompowaniu baloników, wycieraniu smarków, zakładaniu śliniaków i pomocy w ubraniu kurteczki, choć to ważne czynności, lecz EDUKACJI. Znowu chciało by się zacytować Jamesa Carville;a parafrazując go lekko: "Edukacja głupcze!". 
    Dzieci to nie są słodkie bąbelki ani też nie są to dorośli ludzie, jak niektórzy by chcieli myśleć i zapewne myślą. Henryk Goldszmit mówiąc, że "nie ma dzieci są ludzie" nie miał na myśli negowania dzieciństwa jako okresu życia lecz przywracanie mu godności. Dla przypomnienia, początek XX wieku to czas uznania dzieciństwa jako konstruktu społecznego, odseparowanie myślenia o dzieciach w kategoriach dorosłych, pierwsze momenty upominania się o ich prawa i ogłoszenie go wiekiem dziecka. Zresztą również i czasy były inne i inny był kontekst. Dzieci to osoby ludzkie na pewnym etapie rozwoju, który powoduje, że w wielu kwestiach są zależne od nas, osób dorosłych. Tak jest w zakresie opieki, troski, ochrony, wychowania i socjalizacji. Dzieci to również osoby mające swoje emocje, uczucia, lęki, upodobania, przyzwyczajenia, cechy charakteru oraz prawa. Prawa te są uniwersalne i przynależą wszystkim dzieciom niezależnie od pochodzenia, koloru skóry, miejsca zamieszkania czy stanu zdrowia. Jednym z praw dziecka jest prawo do edukacji. Rozumiemy to tak, że zapewniamy dziecku edukację kierując się swoją najlepszą wiedzą i najnowszymi osiągnięciami nauki wynikłymi z badań nie zaś stosując tzw. widzimisię, bo nam się wydaje, że tak będzie ok, bo nasze babcie i ciocie tak robiły a sąsiadka ostatnio powiedziała, że to jest ok. 
    Jasne, że projekt ministerialny zakłada zatrudnienie każdego za zgodą kuratora oświaty, dodatkowo dyrekcja przedszkola ma zorientować się w kompetencjach i umiejętnościach zatrudnianej osoby. Po pierwsze to znakomita taktyka cedowania odpowiedzialności a po drugie jak to robić i co to w ogóle oznacza? Dyrekcje przedszkoli nie mają co do zasady narzędzi do oceny kompetencji, nie prowadzą również skomplikowanych i wieloetapowych procesów rekrutacyjnych. Stąd dyplom ukończenia konkretnych studiów wyższych ewentualnie podyplomowych (studiów, kursów specjalistycznych, itp.) z aneksem w postaci wypisanych przedmiotów, osiągniętych efektów kształcenia i zdefiniowaną sylwetką absolwenta pozwala na taką, choć jedynie formalną, to jednak weryfikację. Jeśli projekt ministerialny przejdzie (w poniedziałek 21 lipca pierwsze czytanie na Komisji Edukacji i Nauki), osoba pracująca jako sprzedawca/czyni, kierowca/czyni, księgowa/wy, dozorczyni/ca, piekarz/rka, krawiec/owa, itd. będą mogli pracować z dziećmi w przedszkolu. Przecież na pewno większość ma dzieci więc się zna, a i do przedszkola zapewne niejedna osoba chodziła. To oznacza dalej, że osoby te będą mogły: dokonywać wczesnej diagnozy zaburzeń i nieprawidłowości rozwojowych, prowadzić gimnastykę, ćwiczyć małą i dużą motorykę, stosować najnowsze metody pracy z dziećmi w procesie ich indywidualizowania i wsparcia rozwoju. Inaczej: kierowca lub dozorczyni będzie czuwać nad rozwojem waszego dziecka, diagnozować je, realizować z nim ćwiczenia gimnastyczne w tym korekcyjne, ćwiczyć zręczność, pracować nad lateralizacją, indywidualizować proces edukacji i wychowania. W sytuacji trudnej uczyć rozwiązywania konfliktów grupie rówieśniczej, wyłapywać sygnały nieprawidłowości rodzinnych czy też przemocy, pisać opinie warunkujące dalsze etapy edukacji waszego dziecka, diagnozować predyspozycje, rozwijać potencjały. Jak wam to brzmi? A jak wam brzmi to, że od jutra zaczynam przeprowadzać operacje na otwartym sercu i cesarskie cięcia? Albo nie, będę podłączała wam instalację elektryczną i naprawiała piecyki gazowe? Też nie? to może zapiszę się do reprezentacji polski w piłce nożnej? Nie?
    W sylwetce absolwenta 5- letnich studiów magisterskich z edukacji przedszkolnej i wczesnoszkolnej na Uniwersytecie Jagiellońskim możemy przeczytać m. in. o tym, że absolwent charakteryzuje się wszechstronnym przygotowaniem do pracy z dziećmi, posiada wiedzę teoretyczną i praktyczną z psychologii rozwojowej, pedagogiki, metodyki nauczania oraz umiejętności diagnozowania i wspierania rozwoju dziecka, zna prawa dziecka, potrafi projektować i realizować programy edukacyjne dostosowane do potrzeb dziecka, posiada umiejętności skutecznej komunikacji interpersonalnej z dziećmi (dostosowane do ich rozwoju), rodzicami i personelem, posiada umiejętność prowadzenia zajęć edukacyjnych i dydaktycznych, opiekuńczych i wychowawczych. To tylko fragment (do całości odsyłam na stronę Instytutu Pedagogiki UJ) lecz zapewniam, ze nigdzie nie ma poruszanej kwestii umiejętności zmiany pampersa czy też ubrania bucika i obtarcia zasmarkanego nosa. Dlaczego? Ponieważ edukacja przedszkolna to coś dużo, dużo więcej choć oczywiście i tulimy (Tak! tulenie dziecka nie jest napaścią seksualną!) i wycieramy nosy. Ja sama na tym kierunku prowadzę zajęcia dotyczące profilaktyki zachowań ryzykownych, diagnozy i specyfiki funkcjonowania dzieci z zaburzeniami w zachowaniu, metodyki pracy z dzieckiem w kontekście kryzysu rodziny, metodyki pracy z dzieckiem zagrożonym wykluczeniem. 
    Przedszkole wbrew temu, jak bywa traktowane, również niestety czasami przez rodziców, to nie jest przechowalnia dla dziecka z trzema posiłkami z kateringu. To pierwsza w jego życiu placówka edukacyjna, w której pod okiem profesjonalnie przygotowanego personelu zdobywa najważniejsze i kluczowe w życiu umiejętności oraz kompetencje takie, jak funkcjonowanie w grupie rówieśniczej, kontrola złości i wyrażanie agresji w sposób akceptowany społecznie, społecznie akceptowane komunikowanie swoich potrzeb i emocji, proszenie o pomoc, zachowanie w sytuacjach społecznych, udzielanie pierwszej pomocy, pomoc bliźniemu, troska o zwierzęta. W przedszkolu odbywa się nauka szeroko rozumianego funkcjonowania w środowisku przyrody, świecie norm społecznych i radzenia sobie ze sobą w sytuacji trudnych emocji czy braku umiejętności ubrania bucika czy trafienia łyżką do buzi. Jeśli zgodnie z pewnymi normami rozwojowymi dziecko ma z tym problem i tym samym mam problemy z koordynacją, wykształcona osoba posiadająca specjalistyczną wiedzę zareaguje, zasugeruje rodzicom udanie się do neurologa, poradni psychologiczno- pedagogicznej, psychologa, itd. Dziecko w przedszkolu również po raz pierwszy w życiu przebywa tak długo poza domem bez rodziców, uczy się zatem radzenia sobie z tęsknotą i samodzielnego funkcjonowania bez mamy i taty. Dodatkowo w obecnym stanie rozwoju wiedzy i dostępności do wyników badań naukowych mamy możliwość wczesnej diagnozy i wstępnego rozpoznania wielu rozwojowych nieprawidłowości, zaburzeń, neuroatypowości a nawet poważnych schorzeń czy chorób. Tego wszystkiego uczą się osoby studiujące przez 5 lat na studiach wyższych. Również uczą się prawidłowo i zgodnie z prawem reagować w sytuacjach kryzysowych, identyfikować sygnały i objawy przemocy domowej, uczą się procedur reagowania, algorytmów postępowania w sytuacji udzielania pierwszej pomocy czy zgłaszania nadużycia wobec dziecka odpowiednim służbom a także zasad profilaktyki zachowań ryzykownych. Praca z dziećmi w wieku przedszkolnym bowiem to nie tylko oddanie i empatia jak chcieliby niektórzy, to nawet nie umiejętności plastyczne i muzyczne, chociaż również. Mogłabym tak długo wymieniać, ponieważ praca z dzieckiem w wieku przedszkolnym to odpowiedzialność za kluczowe dla jego rozwoju momenty życia. Doprawdy nie wiem, czemu niektóre osoby pracujące w Ministerstwie Edukacji Narodowej tego nie wiedzą? A może nie rozumieją? Jeśli nie mają wiedzy, to z kim konsultują pomysły? Z pewnością nie ze środowiskiem nauczycieli wychowania przedszkolnego i z pewnością nie z osobami nauczycieli tych uczącymi bowiem wszyscy jak jeden mąż bądź żona sprzeciwiamy się temu projektowi. Po mediach społecznościowych krążą petycje, które podpisujemy i wysyłamy. Czy to ma sens? Czy tak ma wyglądać społeczna konsultacja i rozmowy z ekspertami/ tkami od edukacji wczesnoszkolnej? Jeśli tak, to mało, że jesteśmy w czarnej dziurze. My się w niej urządzamy. Albo lepiej- próbuje nas tak urządzić Ministerstwo. Powtórzę: nie wystarczy być w tzw. opozycji, ponieważ podjęcie pewnych decyzji, jeśli dotyczą ludzi, szczególnie od nas słabszych i zależnych, nie może być motywowane robieniem na złość przeciwnikom politycznym, popisywaniem się swoim ego i "stawianiem na swoim". 
    Lekarz może być lekarzem dopiero po studiach i po odbyciu wybranej specjalizacji- to tak najogólniej, ponieważ ilość kursów, staży, itd. do zrobienia jest ogromna. Adwokat może być adwokatem po studiach i zrobieniu aplikacji zakończonej egzaminem, dodatkowo musi spełniać pewne warunki formalne przynależności do danego oddziału adwokatury, jego praca jest kontrolowana, ewaluowana, weryfikowana. To samo prokuratorzy, sędziowie. elektryk musi mieć przysłowiowe papiery i uprawnienia, aby nam podłączył prąd, to samo pracownik gazowni nie mówiąc o tym, że osoba kierująca pojazdem musi mieć prawo jazdy a ratownik medyczny w karetce odpowiednie studia i kursy. Psychologowie walczą o ustawę o psychologach, chcą usankcjonować zawód psychoterapeuty. Z pedagogiki natomiast nadal robi się żarty i heheszki albo co najmniej traktuje niepoważnie. Nas pedagożki i pedagogów, w tym wychowawców i nauczycieli traktuje się, jak "panie" od dzieci, "panie z przedszkola", "przedszkolanki", te z powołaniem, z misją, te, które malują dzieciom buźki i klaskają w rytm pioseneczek o kole graniastym. Celowo piszę formy żeńskie, ponieważ mężczyzna pedagog, nauczyciel wychowania przedszkolnego lub wczesnoszkolnego jest niemal nie do pomyślenia, budzi często jeszcze większe kpiny i żarty, jest traktowany jeszcze mniej poważnie, niż kobieta. Wyjątkiem są nauczyciele przedmiotowi, szczególnie w prestiżowych liceach, oni to co innego. Tam sytuacja się zmienia diametralnie, nauczyciel mężczyzna ma większe poważanie. Tak na marginesie. My, nauczycielki akademickie często słyszymy: "a czego ty uczysz tych studentów skoro przecież każdy może pracować z dzieckiem bo dzieci są fajne?". Kiedyś opowiem czego uczę. 
    Oczywiście rozumiem argumenty, że w Polsce jest mnóstwo nauczycieli i pedagogów po studiach lecz bez kompetencji i bez podejścia do dzieci. Pełna zgoda. Z tym, że jak kierowca spowoduje wypadek i nie ma uprawnień do kierowania pojazdem, jest to argument do nałożenia na niego dodatkowej kary a nawet odebrania mu możliwości dożywotniego kierowania pojazdami. Jeśli lekarz popełni błąd w sztuce lub kieruje się światopoglądem a nie osiągnięciami medycyny i nauki, jest pociągany do odpowiedzialności i karany dyscyplinarnie, często odsuwany od zawodu. Jeśli osoba pracująca z dziećmi i mająca formalne kwalifikacje popełni błąd, narazi dziecko na niebezpieczeństwo, zaniecha czynności związanych z ratowaniem jego zdrowia i życia, w tym nie zgłosi podejrzenia o przemocy, może być dyscyplinarnie ukarana lub co najmniej wszczyna się wobec niej postępowanie dyscyplinarne lub/ i karne. Jeśli uczyni tak osoba bez kwalifikacji, co do której dyrekcja przedszkola lub kurator oświaty "na oko" stwierdził, że ma kompetencje, bo się uśmiecha i prowadziła w podstawówce scholę, nikt nie może nic zrobić. Przecież nie miała wykształcenia, nie nabyła pewnej wiedzy określonej przez nota bene Ministerstwo Edukacji Narodowej w standardach kształcenia w odpowiednich rozporządzeniach, skąd zatem mogła wiedzieć, że tak się robi lub nie robi? 
    Wiem, że wszyscy mamy domowe sposoby leczenia grypy a wiadomość o nowotworze uruchamia u wielu telefony do znachorów i ziołoleczników. Wiem, że na chore zatoki wiele osób wciska sobie świeczki do ucha. Wiem również, że dla coraz większej ilości mieszkańców Polski w szczepionkach są chipy zainstalowane przez kosmitów, ziemski talerz podtrzymują smoki a na zewnątrz najlepiej wychodzić jest w folii na głowie. Mało kto i ktosia robi regularnie okresowe badania lekarskie a później narzeka, że studenci medycyny z Norwegii oglądali jej wycinki raka szyjki macicy bo w Skandynawii już dawno go nie ma. Podobnie zresztą oglądają u polskich dzieci próchnicę zębów bo u siebie mogą sobie co najwyżej zdjęcia pooglądać. Coś takiego jak próchnica zębów tam już nie istnieje. Wiedza, wyniki badań, odpowiednie działania i profilaktyka spowodowały wyeliminowanie tych i wielu innych schorzeń, zaniedbań i chorób. W Polsce nadal wielu uważa, że wystarczy mieć dzieci lub być kiedyś dzieckiem, aby mieć umiejętność wieloaspektowej opieki nad nimi. W latach po II wojnie światowej w Polsce, kiedy zakładano zakłady poprawcze dla nieletnich, mógł pracować w nich każdy. Tak zatem zatrudniano jak leci kierowców, elektryków, ludzi bez zawodu, kompetencji i pracy a praca była wówczas obowiązkowa. Na efekty nie trzeba było długo czekać. Już po dekadzie Stanisław Jedlewski opisywał pierwsze efekty tych ministerialnych pomysłów. Getta bezradności, przemocy, zemsty, skrajnych patologii w zakresie zachowań pseudo wychowawców w stosunku do młodzieży. W Polsce obecnie mamy multikryzysową sytuację w obszarze edukacji, wychowania, socjalizacji, przekazu norm i wartości, wieloproblemowych sytuacji rodzinnych. Raporty: "Powerty Watch 2024" oraz "Biedańsk"- raport o biedzie Szlachetnej Paczki 2024 wskazują na około pół miliona dzieci w Polsce doświadczających ubóstwa i głodu. Około 30 dzieci rocznie ginie zakatowanych na śmierć przez najbliższych w swoich domach, nie wspominając o regularnie bitych i maltretowanych, również psychicznie. Samotność dzieci, łamanie ich podstawowych praw, zaniedbania, kryzysy psychiczne i brak wystarczającej odporności (resilience), zagrożenia przemocą realną i cyberprzemocą, samobójstwa. Do tego, jak czytam w jednym z tygodników, ogromne zmęczenie rodziców wychowaniem czy też w ogóle posiadaniem dzieci (sic!), roszczeniowość w stosunku do państwa w zakresie zbyt (sic!) niskiego świadczenia "800+", coraz większa niewydolność w zakresie wychowania, możliwości przekazywania elementarnych norm i wartości, koncentracja na materialnej sferze życia, kompensowanie nieobecności materializmem szeroko pojętym, niewydolność rodzicielska, ubóstwo moralne. Przesadzam? Ot, zwichnięcie zawodowe, sorki. Dołóżmy do tego pomysł Ministerstwa Edukacji Narodowej i przypadkowe osoby przebywające z waszymi dziećmi 8- 9 godzin dziennie w przedszkolu. Pedagodzy specjalni i resocjalizacyjni oraz psychiatrzy dziecięcy podziękują wkrótce pięknie za nieograniczone perspektywy rozwoju swojego zawodu i pewność pracy w przyszłości.

środa, 2 lipca 2025

JEŚLI CZEGOŚ NIE WIESZ ZAPYTAJ, SŁUCHAJ, OBSERWUJ I PATRZ NA DZIECKO

 czyli jak wiele nauczyłam się w dwa dni od młodych łobuzów i młodzieżowych osób aktywistycznych

    ...a to było tak: ostatnie dwa tygodnie to był totalny nieobliczalny lot po wysokich levelach na pełnej petardzie, bez ograniczeń i trzymanki. Zaczęło się od tego, że otrzymałam zaproszenie od kolegi, który jest dyrektorem szkoły w zakładzie poprawczym w Raciborzu i moich "chłopaków z poprawczaka" na uroczyste otwarcie pracowni kulinarnej w ramach projektu PAKA. Projekt ten realizowany jest przez Fundację im. Księdza Jana Kaczkowskiego, zatem jazdy bez trzymanki mogłam się spodziewać, bo kto jak kto, ale Johnny wiedział, jak zrobić show. Wątpliwości nie mam co do tego, że pomimo śmierci cielesnej jest z nami obecny duchem, bo w przeciwnym razie takie rzeczy by się nie działy. Johnny nie odpuszczał, co dobrze wie Patryk Galewski, jego "synek". Wiedziałam również i ja, że właśnie z Patrykiem spotkam się znowu na otwarciu pracowni i że ponownie coś uknujemy, aby najsłabszym, najbardziej wykluczonym i pozbawionym często jakichkolwiek szans dzieciom pokazać, że można spróbować żyć inaczej a najpierw wytulić mocno i ciepło. Bo taki jest Patryk Galewski: tuli wszystkich bez wyjątku. Dyrektora zakładu karnego, profesorkę uniwersytetu, sędzię rodzinną i dla nieletnich, wolontariuszkę, kuratorkę, chłopaków - wychowanków zakładu poprawczego. Ich najbardziej. Otwarcie tej pracowni było nad wyraz udane, chłopaki przygotowali profesjonalny katering o jakim mi się nie śniło. Tym samym jadłam makaroniki lepsze niż we Francji, antipasti lepsze niż we Włoszech i przede wszystkim czułam całym moim wszystkim, że tu zadziewa się coś jeszcze. Coś lepszego niż dobre, coś nadzwyczajnego, nieprzeciętnego. Ja znam życiorysy tych chłopaków. Oszczędzę wam bo człowiek ma to do siebie, że ocenia, czasami bezwiednie. A im nie jest obecnie potrzebna żadna ocena. Im potrzebna jest informacja zwrotna od reprezentantów społeczeństwa, że chcemy ich ponownie mieć wśród nas. Chcę mieć Adama*, który jest świetnym barberem. Chcę mieć Krzyśka, który znakomicie przyrządza steka z kalafiora i makaroniki. Chcę mieć Rafała, który potrafi udzielać pierwszej pomocy przedlekarskiej i Oskara, z którym mogę jechać na rowerze, iść w góry survivalowo i który w razie sytuacji trudnej chwyci odpowiedni sprzęt i uratuje ze zgliszczy powodzian a ja potrzeba, to zabawi dzieci malując im buźki. Chcę mieć Piotrka, który porozmawia ze mną o wolontariacie, celach życiowych, edukacji a jak potrzeba to naprawi rower. Bez telefonu w ręce i bez wgapiania się w ekran. Bo tego wszystkiego chłopaki nauczyli się w zakładzie poprawczym trafiając do niego czasami za naprawdę grube czyny karalne. Znam ich życiorysy, jedna ze studentek realizowała z nimi pogłębione wywiady narracyjne do pracy magisterskiej, zresztą sami mi opowiadają. Jeden zabił ojczyma nożem. W obronie matki. Wcześniej kradł, aby nakarmić głodne rodzeństwo. Inny sypiał z bratem na klatce kamienicy kiedy to matka z kolejnym wujkiem byli pijani a wujek bił młodszego brata przy wtórze śmiechu matki. Jet też cwaniaczek okradający starsze panie "na wnuczka" i wyłudzacz gotówek z parabanków. Jest gwałciciel, włamywacz, rozbójnik. Jest kilku nastoletnich ojców. I co z tego? Dużo. Bardzo dużo ponieważ paradoksalnie popełnienie tych czynów i trafienie do "poprawczaka" uratowało im życie. W zakładzie najpierw ich odkarmiono, odprano i zdiagnozowano. Często trafiając najpierw do schroniska dla nieletnich okazuje się, że mają źle dobrane leki, nikt nigdy z nimi nie pracował terapeutycznie, nikt nie podał im ręki, nikt nie nakarmił do syta, nikt nie zobaczył. Po prostu byli niewidzialni. Jak można nie widzieć dziecka śpiącego na klatce schodowej? Można. Jak można nie zainteresować się dzieckiem, które po zmroku szwenda się po ulicach lub podwórku bo boi się iść do domu? Można. Osiemdziesiąt procent tych chłopaków pochodzi z nizin społecznych, gett biedy, jest spod tak zwanego "złego adresu". Różnica jest taka, że jeśli dziecku z rodziny o przeciętnym lub wyższym statusie socjoekonomicznym ktoś zrobi krzywdę, podwinie się noga, nawet niechcący coś nabroi, ma zwykle za sobą sztab dorosłych. Dzieci o niskim statusie socjoekonomicznym nie mają takich szans, gdyż z definicji i od urodzenia są "patusami", "osimsetami", "bandziorami". Nauczyciele często nie widzą dobrego powodu, aby przebywały w szkole. Kto chce mieć w klasie głodne dziecko z brudnymi rękami, w nieświeżych ubrankach, przysypiające na lekcji lub dokuczające rówieśnikom a przy zwróceniu uwagi wyzywające nauczycielki od "szmat"? Wiadomo przecież, że "z takiego dziecka już nic nie będzie". Problem nie jest prosty, wiem. Niemniej po to mamy wiedzę, aby z niej korzystać służąc ludziom. Wracając do wspomnianego spotkania otwarcia pracowni kulinarnej doskonale wiedziałam, że najlepsze imprezy są w kuchni. Lecz nie miałam pojęcia, że można w ramach systemu i obowiązującego prawa siedzieć przy jednym stole z chłopakami przy kawie i po prostu rozmawiać. A tak robi personel tej placówki. Rozmowy były o wszystkim, jak to przy wspólnym stole w kuchni. Trochę żartów, trochę opowieści, trochę wspomnień, trochę życiowych decyzji i pytań do osób dorosłych. Czułam się zanurzona w zachwycie nad sytuacją, atmosferą, klimatem tego spotkania. Dodatkowo lepiliśmy wszyscy razem pierogi z truskawkami aby je potem w grupie zjeść ze smakiem. Ten stół nas łączył niezależnie od statusu, pozycji, wieku i zawodu. Uczta kulinarna i uczta dla podniebienia była oczywista dla mnie jednak nie spodziewałam się takiej uczty interpersonalnej, relacyjnej i komunikacyjnej. Znakomici, wygadani, merytoryczni młodzi ludzie. Niektórzy przebywają w zakładzie kilka już lat trafiając jako dzieci a wychodząc jako młodzi dorośli (generalnie zgodnie z ustawą o wspieraniu i resocjalizacji nieletnich wychowanek przebywa w zakładzie poprawczym do 21 roku życia a zgodnie z konwencją o prawach dziecka i polskim ustawodawstwem dzieckiem jest do 18 roku życia). Jest zatem dużo czasu na refleksję lecz refleksję tę ktoś musi wzbudzić. Odpowiedzialni, mądrzy, wykształceni i dobrze przygotowani do pracy dorośli są odpowiedni. Proces zaufania to również nie bułka z masłem lecz powoli z miesiąca na miesiąc zwykle się udaje. Oby ktoś na zewnątrz, za murem tego nie zepsuł. 

...a tymczasem na zewnątrz. Raptem kilka dni później uczestniczyłam w Warszawie w organizowanej przez Biuro Rzeczniczki Praw Dziecka konferencji, której celem była prezentacja wybranych wyników badań dotyczących ogólnopolskiego badania "Realizacja Praw Dziecka w Polsce 2024". Miałam przyjemność być ekspertką tego badania a na wspomnianej konferencji prowadziłam z moim młodym ekspertem, radnym Rady Dzieci i Młodzieży BRPD panel zatytułowany: "Wiem, mówię, decyduję. O mądrym uczestnictwie dzieci i młodzieży". Spotkanie obfitowało w obecność młodzieży, w samym naszym panelu były dwie nastoletnie osoby, w drugim panelu podobnie. Młodzież w wieku "chłopaków z poprawczaka". Różnił ich tylko inny start życiowy, miejsce przyjścia na świat i - czasami bolesne-  tego konsekwencje. Dlatego osoby na konferencji były zaangażowane zwykle w działania aktywistyczne, samorządne, samorzecznicze. Poza tym wszystko tak samo. Otwartość, garnienie się do osób dorosłych, marzenia, chęć mówienia o sobie i swoim życiu, rozmowy o planach, celach życiowych, decyzjach, brak granic w zmienianiu świata. Osobiste historie, pragnienie bycia zauważonym i wysłuchanym. Na konferencji była Jagna, dziewczynka znana z wystąpień medialnych, wolontariuszka WOŚP. Jagna porusza się wózkiem. To był powód, aby zaproponowano jej odstąpienie od egzaminów 8- klasisty. Jagna powiedziała jedno: "po moim trupie". Zdała! Na konferencji mało mówiłam, dużo słuchałam. Cały czas czułam zachwyt autentycznością młodzieży, otwartością, szczerością, prawdą i mądrością. 

    Na zewnątrz również uczestniczyłam niedawno w wyjazdowym szkoleniu dla młodych aktywistek i aktywistów z organizacji pozarządowych, realizowanym w ramach KAPOK- Krakowskiej Akademii Porozumienia Organizacji i Kooperacji. Ja akurat byłam odpowiedzialna za warsztat dotyczący mediacji rówieśniczych jako certyfikowana mediatorka niemniej dwa dni spędziłam w różnych sytuacjach z młodymi, może już nie dziećmi w dosłownym sensie lecz jeszcze nastolatkami lub młodymi dorosłymi. Zachwyt mi nie mijał. To samo uczucie, co w zakładzie poprawczym i na konferencji w Warszawie. Ta sama postawa: pytam, słucham, obserwuję i patrzę. Na dziecko. Ogrom wiedzy tej młodzieży, ich kompetencje i świadomość, posługiwanie się językiem angielskim, dzięki czemu można było swobodnie komunikować się z wolontariuszami z centrum integracji z różnych krajów, o różnym kolorze skóry, z różnych kultur i religii...to musiało we mnie wzbudzić zachwyt. Wróciłam padnięta z powodu intensywności lecz jakże zadowolona i przepełniona nadzieją i zachwytem.

    Ze wszystkich trzech spotkań wróciłam z ogromnymi skrzydłami. W dwa dni nauczyłam się więcej, niż miesiąc słuchając polityczek i polityków a słucham uważnie żonglując programami publicystycznymi (na oglądanie na mam czasu). Nauczyłam się głównie pytając, słuchając, obserwując i patrząc. Jeszcze tak sobie myślę, że bardzo bym chciała te dwie grupy młodzieży kiedyś ze sobą spotkać. Sądzę, że czujecie z jakiego powodu?

*Imiona chłopaków zmieniam

"NIC O NICH BEZ NICH"

   czyli jak otwarłam  pierwszą w Polsce agorę (i to na uniwersytecie!), w której nieletnich pyta się o zdanie na temat procesu resocjalizac...