piątek, 18 lipca 2025

CZYM RÓŻNI SIĘ "PANI Z PRZEDSZKOLA" OD NAUCZYCIELA/KI WYCHOWANIA PRZEDSZKOLNEGO?

 o górnikach w pedagogice już było, lecz...
   
    obecnie mamy w Polsce do czynienia z kuriozalną i trudną do racjonalnego wytłumaczenia sytuacją, kiedy to Ministerstwo Edukacji Narodowej stworzyło projekt zatrudniania w przedszkolach osób bez kwalifikacji czyli bez kierunkowego wykształcenia związanego z osiągnięciem tytułu magistra w zakresie bycia nauczycielem/ką edukacji przedszkolnego. Zapewne można by to ogłosić skandalem niemniej samo nazwanie w ten sposób sytuacji nie wyjaśni nikomu, o co tak naprawdę chodzi a wprowadzi jedynie awanturniczą reakcję. Problem w tym jednak, że argumentów racjonalnych, opartych na wiedzy i wynikach badań naukowych oraz osiągnięciach rozwoju dyscypliny naukowej jaką jest pedagogika mało kto w tym kraju słucha lub jeśli słucha, rzadko bierze pod uwagę. My sobie- "oni" sobie. "Razem" jest tylko w kampaniach wyborczych i w dzień wyborów. Później to "razem" rozmywa się w festiwalu ego i rozdawnictwie krzesełkowym od sasa do lasa wszak aby być polityczką/ wiem, nie trzeba mieć nawet wykształcenia lub jeśli już, nie musi być ono kierunkowo związane z resortem. Jeśli lekarz może kierować armią, górnik pracować z dziećmi w kryzysie wieloaspektowej przemocy, inżynierka- informatyczka kierować resortem edukacji a sutener być prezydentem, to dlaczego z dziećmi w przedszkolu ma pracować wykwalifikowany nauczyciel/ka wychowania przedszkolnego? W głowach nam się poprzewracało chyba na tych uczelniach. Problem jednak jest ogromny i nie dotyczy on braku kadry, jak próbuje nam się wmówić, ponieważ co roku mury uniwersytetów opuszczają znakomicie przygotowani absolwenci i absolwentki edukacji przedszkolnej i wczesnoszkolnej a sporo z nich już po 3 roku studiów i odbytych praktykach podejmuje się pracy zawodowej w instytucjach edukacyjnych. Wiem to, bo mam z nimi kontakt na co dzień. Wiem, na jakim poziomie zdają egzaminy, jak przykładają się do zajęć, jak ciężko pracują i jak obszerną mają wiedzę. Jeden z problemów natomiast to karygodny brak odpowiedniego przygotowania osób tego rodzaju projekty tworzących. Ktoś nieprzygotowany w mojej opinii oznacza, że nie ma wiedzy z danego zakresu co skutkuje tym, że nie wymaga również tej wiedzy od innych. Na tym polega ignorancja. Taka sytuacja oczywiście w pewnym sensie stawia ludzi w jednym szeregu, jesteśmy równi i na jednym poziomie a to, że niskim, to już inna kwestia. Nie wystarczy jak się okazuje być w tzw. opozycji (do kogo? czego?). Trzeba jeszcze, pełniąc pewne stanowisko czy kolokwialnie rzecz ujmując siedząc na konkretnym krześle, mieć o nim wiedzę. W przeciwnym razie znacznie obniża to standardy i tak już ledwo zipiącego państwa w niemal wszystkich zakresach jego funkcjonowania. W sytuacji natomiast, kiedy chodzi o osoby słabsze, jest również zagrożeniem ich bezpieczeństwa i naruszeniem ich praw. Ta konkretna propozycja, która jest przedmiotem mojego pisania, oznacza drastyczne obniżenie standardów edukacji przedszkolnej oraz wyrzucenie w błoto dotychczasowych osiągnięć w zakresie kształcenia kandydatek/ów do zawodu i generalnie do pracy z dziećmi. Tak! Mowa o edukacji. Nie opiece. Nie zabawie. Nie pompowaniu baloników, wycieraniu smarków, zakładaniu śliniaków i pomocy w ubraniu kurteczki, choć to ważne czynności, lecz EDUKACJI. Znowu chciało by się zacytować Jamesa Carville;a parafrazując go lekko: "Edukacja głupcze!". 
    Dzieci to nie są słodkie bąbelki ani też nie są to dorośli ludzie, jak niektórzy by chcieli myśleć i zapewne myślą. Henryk Goldszmit mówiąc, że "nie ma dzieci są ludzie" nie miał na myśli negowania dzieciństwa jako okresu życia lecz przywracanie mu godności. Dla przypomnienia, początek XX wieku to czas uznania dzieciństwa jako konstruktu społecznego, odseparowanie myślenia o dzieciach w kategoriach dorosłych, pierwsze momenty upominania się o ich prawa i ogłoszenie go wiekiem dziecka. Zresztą również i czasy były inne i inny był kontekst. Dzieci to osoby ludzkie na pewnym etapie rozwoju, który powoduje, że w wielu kwestiach są zależne od nas, osób dorosłych. Tak jest w zakresie opieki, troski, ochrony, wychowania i socjalizacji. Dzieci to również osoby mające swoje emocje, uczucia, lęki, upodobania, przyzwyczajenia, cechy charakteru oraz prawa. Prawa te są uniwersalne i przynależą wszystkim dzieciom niezależnie od pochodzenia, koloru skóry, miejsca zamieszkania czy stanu zdrowia. Jednym z praw dziecka jest prawo do edukacji. Rozumiemy to tak, że zapewniamy dziecku edukację kierując się swoją najlepszą wiedzą i najnowszymi osiągnięciami nauki wynikłymi z badań nie zaś stosując tzw. widzimisię, bo nam się wydaje, że tak będzie ok, bo nasze babcie i ciocie tak robiły a sąsiadka ostatnio powiedziała, że to jest ok. 
    Jasne, że projekt ministerialny zakłada zatrudnienie każdego za zgodą kuratora oświaty, dodatkowo dyrekcja przedszkola ma zorientować się w kompetencjach i umiejętnościach zatrudnianej osoby. Po pierwsze to znakomita taktyka cedowania odpowiedzialności a po drugie jak to robić i co to w ogóle oznacza? Dyrekcje przedszkoli nie mają co do zasady narzędzi do oceny kompetencji, nie prowadzą również skomplikowanych i wieloetapowych procesów rekrutacyjnych. Stąd dyplom ukończenia konkretnych studiów wyższych ewentualnie podyplomowych (studiów, kursów specjalistycznych, itp.) z aneksem w postaci wypisanych przedmiotów, osiągniętych efektów kształcenia i zdefiniowaną sylwetką absolwenta pozwala na taką, choć jedynie formalną, to jednak weryfikację. Jeśli projekt ministerialny przejdzie (w poniedziałek 21 lipca pierwsze czytanie na Komisji Edukacji i Nauki), osoba pracująca jako sprzedawca/czyni, kierowca/czyni, księgowa/wy, dozorczyni/ca, piekarz/rka, krawiec/owa, itd. będą mogli pracować z dziećmi w przedszkolu. Przecież na pewno większość ma dzieci więc się zna, a i do przedszkola zapewne niejedna osoba chodziła. To oznacza dalej, że osoby te będą mogły: dokonywać wczesnej diagnozy zaburzeń i nieprawidłowości rozwojowych, prowadzić gimnastykę, ćwiczyć małą i dużą motorykę, stosować najnowsze metody pracy z dziećmi w procesie ich indywidualizowania i wsparcia rozwoju. Inaczej: kierowca lub dozorczyni będzie czuwać nad rozwojem waszego dziecka, diagnozować je, realizować z nim ćwiczenia gimnastyczne w tym korekcyjne, ćwiczyć zręczność, pracować nad lateralizacją, indywidualizować proces edukacji i wychowania. W sytuacji trudnej uczyć rozwiązywania konfliktów grupie rówieśniczej, wyłapywać sygnały nieprawidłowości rodzinnych czy też przemocy, pisać opinie warunkujące dalsze etapy edukacji waszego dziecka, diagnozować predyspozycje, rozwijać potencjały. Jak wam to brzmi? A jak wam brzmi to, że od jutra zaczynam przeprowadzać operacje na otwartym sercu i cesarskie cięcia? Albo nie, będę podłączała wam instalację elektryczną i naprawiała piecyki gazowe? Też nie? to może zapiszę się do reprezentacji polski w piłce nożnej? Nie?
    W sylwetce absolwenta 5- letnich studiów magisterskich z edukacji przedszkolnej i wczesnoszkolnej na Uniwersytecie Jagiellońskim możemy przeczytać m. in. o tym, że absolwent charakteryzuje się wszechstronnym przygotowaniem do pracy z dziećmi, posiada wiedzę teoretyczną i praktyczną z psychologii rozwojowej, pedagogiki, metodyki nauczania oraz umiejętności diagnozowania i wspierania rozwoju dziecka, zna prawa dziecka, potrafi projektować i realizować programy edukacyjne dostosowane do potrzeb dziecka, posiada umiejętności skutecznej komunikacji interpersonalnej z dziećmi (dostosowane do ich rozwoju), rodzicami i personelem, posiada umiejętność prowadzenia zajęć edukacyjnych i dydaktycznych, opiekuńczych i wychowawczych. To tylko fragment (do całości odsyłam na stronę Instytutu Pedagogiki UJ) lecz zapewniam, ze nigdzie nie ma poruszanej kwestii umiejętności zmiany pampersa czy też ubrania bucika i obtarcia zasmarkanego nosa. Dlaczego? Ponieważ edukacja przedszkolna to coś dużo, dużo więcej choć oczywiście i tulimy (Tak! tulenie dziecka nie jest napaścią seksualną!) i wycieramy nosy. Ja sama na tym kierunku prowadzę zajęcia dotyczące profilaktyki zachowań ryzykownych, diagnozy i specyfiki funkcjonowania dzieci z zaburzeniami w zachowaniu, metodyki pracy z dzieckiem w kontekście kryzysu rodziny, metodyki pracy z dzieckiem zagrożonym wykluczeniem. 
    Przedszkole wbrew temu, jak bywa traktowane, również niestety czasami przez rodziców, to nie jest przechowalnia dla dziecka z trzema posiłkami z kateringu. To pierwsza w jego życiu placówka edukacyjna, w której pod okiem profesjonalnie przygotowanego personelu zdobywa najważniejsze i kluczowe w życiu umiejętności oraz kompetencje takie, jak funkcjonowanie w grupie rówieśniczej, kontrola złości i wyrażanie agresji w sposób akceptowany społecznie, społecznie akceptowane komunikowanie swoich potrzeb i emocji, proszenie o pomoc, zachowanie w sytuacjach społecznych, udzielanie pierwszej pomocy, pomoc bliźniemu, troska o zwierzęta. W przedszkolu odbywa się nauka szeroko rozumianego funkcjonowania w środowisku przyrody, świecie norm społecznych i radzenia sobie ze sobą w sytuacji trudnych emocji czy braku umiejętności ubrania bucika czy trafienia łyżką do buzi. Jeśli zgodnie z pewnymi normami rozwojowymi dziecko ma z tym problem i tym samym mam problemy z koordynacją, wykształcona osoba posiadająca specjalistyczną wiedzę zareaguje, zasugeruje rodzicom udanie się do neurologa, poradni psychologiczno- pedagogicznej, psychologa, itd. Dziecko w przedszkolu również po raz pierwszy w życiu przebywa tak długo poza domem bez rodziców, uczy się zatem radzenia sobie z tęsknotą i samodzielnego funkcjonowania bez mamy i taty. Dodatkowo w obecnym stanie rozwoju wiedzy i dostępności do wyników badań naukowych mamy możliwość wczesnej diagnozy i wstępnego rozpoznania wielu rozwojowych nieprawidłowości, zaburzeń, neuroatypowości a nawet poważnych schorzeń czy chorób. Tego wszystkiego uczą się osoby studiujące przez 5 lat na studiach wyższych. Również uczą się prawidłowo i zgodnie z prawem reagować w sytuacjach kryzysowych, identyfikować sygnały i objawy przemocy domowej, uczą się procedur reagowania, algorytmów postępowania w sytuacji udzielania pierwszej pomocy czy zgłaszania nadużycia wobec dziecka odpowiednim służbom a także zasad profilaktyki zachowań ryzykownych. Praca z dziećmi w wieku przedszkolnym bowiem to nie tylko oddanie i empatia jak chcieliby niektórzy, to nawet nie umiejętności plastyczne i muzyczne, chociaż również. Mogłabym tak długo wymieniać, ponieważ praca z dzieckiem w wieku przedszkolnym to odpowiedzialność za kluczowe dla jego rozwoju momenty życia. Doprawdy nie wiem, czemu niektóre osoby pracujące w Ministerstwie Edukacji Narodowej tego nie wiedzą? A może nie rozumieją? Jeśli nie mają wiedzy, to z kim konsultują pomysły? Z pewnością nie ze środowiskiem nauczycieli wychowania przedszkolnego i z pewnością nie z osobami nauczycieli tych uczącymi bowiem wszyscy jak jeden mąż bądź żona sprzeciwiamy się temu projektowi. Po mediach społecznościowych krążą petycje, które podpisujemy i wysyłamy. Czy to ma sens? Czy tak ma wyglądać społeczna konsultacja i rozmowy z ekspertami/ tkami od edukacji wczesnoszkolnej? Jeśli tak, to mało, że jesteśmy w czarnej dziurze. My się w niej urządzamy. Albo lepiej- próbuje nas tak urządzić Ministerstwo. Powtórzę: nie wystarczy być w tzw. opozycji, ponieważ podjęcie pewnych decyzji, jeśli dotyczą ludzi, szczególnie od nas słabszych i zależnych, nie może być motywowane robieniem na złość przeciwnikom politycznym, popisywaniem się swoim ego i "stawianiem na swoim". 
    Lekarz może być lekarzem dopiero po studiach i po odbyciu wybranej specjalizacji- to tak najogólniej, ponieważ ilość kursów, staży, itd. do zrobienia jest ogromna. Adwokat może być adwokatem po studiach i zrobieniu aplikacji zakończonej egzaminem, dodatkowo musi spełniać pewne warunki formalne przynależności do danego oddziału adwokatury, jego praca jest kontrolowana, ewaluowana, weryfikowana. To samo prokuratorzy, sędziowie. elektryk musi mieć przysłowiowe papiery i uprawnienia, aby nam podłączył prąd, to samo pracownik gazowni nie mówiąc o tym, że osoba kierująca pojazdem musi mieć prawo jazdy a ratownik medyczny w karetce odpowiednie studia i kursy. Psychologowie walczą o ustawę o psychologach, chcą usankcjonować zawód psychoterapeuty. Z pedagogiki natomiast nadal robi się żarty i heheszki albo co najmniej traktuje niepoważnie. Nas pedagożki i pedagogów, w tym wychowawców i nauczycieli traktuje się, jak "panie" od dzieci, "panie z przedszkola", "przedszkolanki", te z powołaniem, z misją, te, które malują dzieciom buźki i klaskają w rytm pioseneczek o kole graniastym. Celowo piszę formy żeńskie, ponieważ mężczyzna pedagog, nauczyciel wychowania przedszkolnego lub wczesnoszkolnego jest niemal nie do pomyślenia, budzi często jeszcze większe kpiny i żarty, jest traktowany jeszcze mniej poważnie, niż kobieta. Wyjątkiem są nauczyciele przedmiotowi, szczególnie w prestiżowych liceach, oni to co innego. Tam sytuacja się zmienia diametralnie, nauczyciel mężczyzna ma większe poważanie. Tak na marginesie. My, nauczycielki akademickie często słyszymy: "a czego ty uczysz tych studentów skoro przecież każdy może pracować z dzieckiem bo dzieci są fajne?". Kiedyś opowiem czego uczę. 
    Oczywiście rozumiem argumenty, że w Polsce jest mnóstwo nauczycieli i pedagogów po studiach lecz bez kompetencji i bez podejścia do dzieci. Pełna zgoda. Z tym, że jak kierowca spowoduje wypadek i nie ma uprawnień do kierowania pojazdem, jest to argument do nałożenia na niego dodatkowej kary a nawet odebrania mu możliwości dożywotniego kierowania pojazdami. Jeśli lekarz popełni błąd w sztuce lub kieruje się światopoglądem a nie osiągnięciami medycyny i nauki, jest pociągany do odpowiedzialności i karany dyscyplinarnie, często odsuwany od zawodu. Jeśli osoba pracująca z dziećmi i mająca formalne kwalifikacje popełni błąd, narazi dziecko na niebezpieczeństwo, zaniecha czynności związanych z ratowaniem jego zdrowia i życia, w tym nie zgłosi podejrzenia o przemocy, może być dyscyplinarnie ukarana lub co najmniej wszczyna się wobec niej postępowanie dyscyplinarne lub/ i karne. Jeśli uczyni tak osoba bez kwalifikacji, co do której dyrekcja przedszkola lub kurator oświaty "na oko" stwierdził, że ma kompetencje, bo się uśmiecha i prowadziła w podstawówce scholę, nikt nie może nic zrobić. Przecież nie miała wykształcenia, nie nabyła pewnej wiedzy określonej przez nota bene Ministerstwo Edukacji Narodowej w standardach kształcenia w odpowiednich rozporządzeniach, skąd zatem mogła wiedzieć, że tak się robi lub nie robi? 
    Wiem, że wszyscy mamy domowe sposoby leczenia grypy a wiadomość o nowotworze uruchamia u wielu telefony do znachorów i ziołoleczników. Wiem, że na chore zatoki wiele osób wciska sobie świeczki do ucha. Wiem również, że dla coraz większej ilości mieszkańców Polski w szczepionkach są chipy zainstalowane przez kosmitów, ziemski talerz podtrzymują smoki a na zewnątrz najlepiej wychodzić jest w folii na głowie. Mało kto i ktosia robi regularnie okresowe badania lekarskie a później narzeka, że studenci medycyny z Norwegii oglądali jej wycinki raka szyjki macicy bo w Skandynawii już dawno go nie ma. Podobnie zresztą oglądają u polskich dzieci próchnicę zębów bo u siebie mogą sobie co najwyżej zdjęcia pooglądać. Coś takiego jak próchnica zębów tam już nie istnieje. Wiedza, wyniki badań, odpowiednie działania i profilaktyka spowodowały wyeliminowanie tych i wielu innych schorzeń, zaniedbań i chorób. W Polsce nadal wielu uważa, że wystarczy mieć dzieci lub być kiedyś dzieckiem, aby mieć umiejętność wieloaspektowej opieki nad nimi. W latach po II wojnie światowej w Polsce, kiedy zakładano zakłady poprawcze dla nieletnich, mógł pracować w nich każdy. Tak zatem zatrudniano jak leci kierowców, elektryków, ludzi bez zawodu, kompetencji i pracy a praca była wówczas obowiązkowa. Na efekty nie trzeba było długo czekać. Już po dekadzie Stanisław Jedlewski opisywał pierwsze efekty tych ministerialnych pomysłów. Getta bezradności, przemocy, zemsty, skrajnych patologii w zakresie zachowań pseudo wychowawców w stosunku do młodzieży. W Polsce obecnie mamy multikryzysową sytuację w obszarze edukacji, wychowania, socjalizacji, przekazu norm i wartości, wieloproblemowych sytuacji rodzinnych. Raporty: "Powerty Watch 2024" oraz "Biedańsk"- raport o biedzie Szlachetnej Paczki 2024 wskazują na około pół miliona dzieci w Polsce doświadczających ubóstwa i głodu. Około 30 dzieci rocznie ginie zakatowanych na śmierć przez najbliższych w swoich domach, nie wspominając o regularnie bitych i maltretowanych, również psychicznie. Samotność dzieci, łamanie ich podstawowych praw, zaniedbania, kryzysy psychiczne i brak wystarczającej odporności (resilience), zagrożenia przemocą realną i cyberprzemocą, samobójstwa. Do tego, jak czytam w jednym z tygodników, ogromne zmęczenie rodziców wychowaniem czy też w ogóle posiadaniem dzieci (sic!), roszczeniowość w stosunku do państwa w zakresie zbyt (sic!) niskiego świadczenia "800+", coraz większa niewydolność w zakresie wychowania, możliwości przekazywania elementarnych norm i wartości, koncentracja na materialnej sferze życia, kompensowanie nieobecności materializmem szeroko pojętym, niewydolność rodzicielska, ubóstwo moralne. Przesadzam? Ot, zwichnięcie zawodowe, sorki. Dołóżmy do tego pomysł Ministerstwa Edukacji Narodowej i przypadkowe osoby przebywające z waszymi dziećmi 8- 9 godzin dziennie w przedszkolu. Pedagodzy specjalni i resocjalizacyjni oraz psychiatrzy dziecięcy podziękują wkrótce pięknie za nieograniczone perspektywy rozwoju swojego zawodu i pewność pracy w przyszłości.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

"NIC O NICH BEZ NICH"

   czyli jak otwarłam  pierwszą w Polsce agorę (i to na uniwersytecie!), w której nieletnich pyta się o zdanie na temat procesu resocjalizac...