Czyli ile punktów jesteśmy warci i kto nas robi w slota?
Najcześciej obecnie słyszanym pytaniem w moim środowisku w sytuacji szukania miejsca do publikacji artykułu naukowego jest: a za ile punktów? Nie, nie. Nie jest to pytanie o to, o czym jest tekst, jak bardzo się nad nim napracowałam i czy w zespole oraz czy ktoś mi pomógł. Albo czy robię badania naukowe i z kim oraz kto mi finansuje miejsce pracy i sprzęt, na którym tekst ów piszę. Nie jest to również pytanie o to, czy moje badania i opracowania poprawią komuś jakość życia, ułatwią dostęp do jedzenia i edukacji, czy uda mi się prosto wytłumaczyć to, czemu jakiś świr wjeżdża w ludzi ciężarówką i zabija dziecko oraz co możemy zrobić, aby skończyć tę cholerną wojnę w Ukrainie i konflikt w Palestynie. W przypadku książek sprawa jest prostsza o tyle, że niezależnie od tego, ile książka ma stron i jaka jest jej wartość i treść, w tej grze dostajesz 100 pkt. I tu zaczyna się matematyka, teoria gier i kalkulacja opłacalności. Strategie kalkulacyjne są różne a wiem to, ponieważ 25 lat w resocjalizacji spowodowało, że znam strategie kalkulacji stosowane na przykład przez przestępców. Inna sprawa, że nie bardzo w nie umiem. Teorię gier studiowałam przy okazji pisania habilitacji. Wchodzisz na planszę? Twoja wartość rośnie dodatkowo, jak tekst jest w języku angielskim. To nic, że dotyczący problemu kryzysu edukacji w Polsce lub śmierci dzieci w wyniku przemocy domowej albo poruszający lokalny problem zmuszania dzieci cudzoziemskich do używania języka, którego nie znają, zakończony rekomendacjami i próbą odpowiedzi na rozpaczliwe pytania nauczycieli czy pedagogów: co my mamy robić? No to się nie dowiedzą i tyle. Ty wprawdzie może i odpowiadasz na to pytanie w tekście, lecz po pierwsze nie każdy zna biegle angielski - naukowy angielski (sic!), a po drugie tekst jest skrzętnie upchany w jakiejś elektronicznej bazie cyfrowej, zakodowanej hasłami i aby się do niego dostać i sobie ściągnąć, musisz pokonać kilka bramek jak w Pentagonie. Prościej jest dostać się do darkroomu w Internetach. Serio. Acha! Czasami jeszcze musisz zapłacić. No ok, piszesz również o problematyce międzynarodowej lub takiej, która faktycznie może zainteresować międzynarodowe środowisko naukowe a Tobie poszerzy krąg znajomych, "zaistniejesz na międzynarodowej arenie nauki". Tutaj jednak jest kolejne pole do przejścia. Jak już udało Ci się szczęśliwie dotrzeć po kilku latach do etapu: gratulujemy, Twój tekst zostanie opublikowany i jesteś wart te 100 punktów lub nawet 140, musisz jeszcze być cytowany. Bez cytowalności nie ma nauki. To nic, że dzięki Tobie kilkoro dzieci zostało nakarmionych, nauczycielka odzyskała wiarę w swoją moc i dostała nowe narzędzie do pracy z dziećmi w kryzysie uchodźczym lub psychicznym, samorząd lokalny zyskał pomysły na zminimalizowanie wykluczenia dzieci, młodzieży i seniorów, w zakładzie karnym osadzeni nie nudzą się już bo mogą pracować na rzecz powodzian i pomachać sobie łopatą a nie tylko hantlami, ich dzieci natomiast co jakiś czas mogą ich odwiedzać. Nie masz cytowalności, artykuł jest w języku polskim i w "polskimnieprestiżowymczasopiśmie" i tylko za 70 punktów. Nie oczekuj za wiele i nie bądź taki fifa rafa. Na pewno nie uprawiasz nauki. Poważnej nauki i nauki prawdziwej. Widzisz ja na przykład może bym i napisała dobry podręcznik dla osób studiujących, mam nawet kilka pomysłów, lecz słyszę, że mi "się to nie opłaca bo nic z tego nie ma" (czytaj: punktów).
A teraz coś z innej beczki. Jak myślisz, ile czasu pisze się książkę naukową? Taką solidną, na powiedzmy 500 stron, z przypisami, bibliografią, analizą wyników badań i materiałów, po które jeździsz własnym samochodem za własne pieniądze do archiwów, w których wysiadujesz całymi dniami? Musisz też czasami gdzieś spać i coś zjeść. Później umawiasz się z bohaterami książki na wywiady, nagrywasz je, robisz transkrypcje, opracowujesz zgodnie z prawidłami metodologii nauk, zbierasz literaturę, dopytujesz, konfrontujesz, konsultujesz. Sam. Nie przez czat GPT. Wiem wiem, już słyszę, że możesz pisać grant a AI jest fajna bo robi rzeczy za Ciebie. Grant do enceenu, choć one już są mało fancy. Później czekasz rok na ocenę, dwa lata poprawiasz, bo recenzje są negatywne gdyż nie masz na ten temat publikacji w języku angielskim...ok koło się zamyka. Ale przecież nie możesz mieć publikacji w języku angielskim w czasopiśmie za 200 punktów, ponieważ pracujesz nad tematem, który jest nowy, dotyczy historycznych działań na gruncie lokalnym w Polsce, itd, itp. Dobra. Piszesz tę książkę, piszesz, mija rok, drugi- bo pisanie książki to nie tylko dosłowne pisanie lecz mnóstwo innych działań. Procedura wydawnicza w toku, recenzje, poprawki, szczotki wydawnicze, w końcu jest! Śliczna, pachnąca, ponad 500 stron, zawierająca mnóstwo przypisów, ilustracji, wyników badań, tabel, materiałów źródłowych. No jednym słowem solidne naukowe opracowanie. Padasz z dumy. Co więcej, książka w momencie, jak się okazuje, zmienia życie co najmniej kilku osób, kolejnym je przedłuża a w ogóle do wydawnictwa płyną prośby o dodruk. Dostajesz listy od ludzi i bohaterów książki, telefony, nowe historie. Nie nie, nie! Nie dostajesz z tego pieniędzy! Dostajesz punkty. Bingo! 100 punktów dokładnie. Słownie: STO punktów.
A teraz coś z jeszcze innej beczki. W jednym z "czołowychpolskichczasopismzastopunktów" czytasz, że ktoś podjął ten temat, który Ty opracowałeś w tej książce. Kilkadziesiąt miesięcy pracy, ponad 500 stron, 100 punktów. Ok dobra, osoba autorska cytuje Cię. To ważne, pamiętaj wszak o cytowaniach. Artykuł ma 16 stron z bibliografią (małą, bo oprócz Ciebie jest tam garstka autorów), głównie składa się z cytatów z Twojej książki i ze źródeł, które w swojej książce analizujesz, jakiś komentarzy i zakończenia. Jeszcze raz: 16 stron za 100 punktów. Słownie: SZESNAŚCIE STRON ZA STO PUNKTÓW. A niektórzy wciąż piszą książki, choć "się nie opłaca". Jest taki polski pedagog i uczony, Zbyszko Melosik, który w jednej ze swoich książek zatytułowanej "Dyscyplina naukowa i tożsamość naukowca" (UAM, 2024) pisał o tym, że dla uczonych pisanie książek jest to złoty standard nauki. Zresztą ładnie pisze o tych książkach. Że trzeba się napracować oraz że można ich dotknąć i pięknie pachną.
I jeszcze jedna beczka. Wczoraj na Facebooku u koleżanki przeczytałam, że pewien gość yyyy sorry naukowiec prawdziwy opublikował: 700 artykułów w czasopismach, 150 rozdziałów w książkach, edytował 25 książek i dodatkowo napisał 10 jakiś tam nazwijmy to artykulików. W rok! Na pewno dostanie nagrodę bo widać, że jest najlepszy, nie? Można? Pisałam przecież coś wcześniej o strategiach kalkulacji. Naukowcze.
Acha, jeszcze wyjaśnienie z podtytułu bo ja też do kiedyś nie wiedziałam: SLOT to taka miara udziału autora w publikacji. Jak napiszesz samodzielnie jedną publikację (nieważne, czy na 16 stron czy na 500- w końcu ilość nic nie znaczy), otrzymujesz 1 slot. A liczy się to tak: U= P/Pcx1/k, gdzie P to przeliczeniowa wartość punktowa publikacji naukowej, Pc to całkowita wartość punktowa publikacji naukowej a k to liczba współautorów będących OSOBAMI (tako rzece Ustawa o szkolnictwie wyższym paragraf 11 ust. 1), którzy upoważnili ewaluowany podmiot do wykazania publikacji naukowej jako osiągnięcia naukowego w danej dyscyplinie naukowej. Koniec cytatu.
Czego nie rozumiesz i dlaczego wciąż mnie pytasz o to, czemu w Polsce dzieci zabijane są przez dorosłych w swoich domach i czemu nie możemy zrobić czegoś, aby dzieci z niepełnosprawnościami miały godne warunki edukacyjne a seniorzy należytą opiekę? Przecież wiesz, że ja zapytam Ciebie: a za ile punktów?
Właśnie przez te wszystkie ,,punkciki" nauka traci swoją prospołeczną wartość. Ciekawe kto ze ,,zwykłych śmiertelników" będzie czytał te wszystkie artykuły za 100, 140, 200 pkt, oczywiście indeksowane w bazie Scopus ( może to żart, ale mnie już kazano to robić przed rekrutacją do Szkoły Doktorskiej) i komu z tych zwykłych śmiertelników pomoże w lepszej jakości życia, poradzeniu sobie z problemami. Z perspektywy swojej dyscypliny, czyli pedagogiki wolę jako doktoranta publikować za 40, 70 punktów, ale za to mieć czas na popularyzację nauki, szczególnie wśród dzieci i młodzieży, studentów, którzy być może kiedyś też będą doktorantami (oczywiście, dla nauki nic z tego nie ma, bo dzieci i studenci mnie nie zacytują). Żałosne jest też to, że już na starcie naukowym niektórzy ludzie ryli mi banię scopusami, web of ,,sciencami" itp...
OdpowiedzUsuńBardzo dziękuję za ten ważny komentarz. Największym chyba faktycznie absurdem jest wymaganie od kandydatów i kandydatek na doktorat dorobku naukowego. Dodatkowo mam taką tezę, że jednym z czynników kryzysu w edukacji w Polsce było oderwanie się naukowczyń i naukowców od praktyki, ucięcie dostępu do publikacji praktykom, schowanie się za murem tych wszystkich paramentryzacji, umiędzynarodowień. Straciliśmy kontakt i ziemię pod nogami. Pamiętam żal bohaterów mojej książki, jak część ich życia opisałam po angielsku do artykułu- oni tego nie mogli przeczytać a było to o ich życiu, ich historii, ich sprawach. Nie mogli zrozumieć, czemu ja to zrobiłam?
Usuń