... "bo to nie my zabiłyśmy Kamilka"
Fundacja Dajemy Dzieciom Siłę szacuje, że rocznie w Polsce ginie około 30 dzieci doznając śmierci w wyniku doświadczania przemocy domowej. To znaczy umiera. Na zawsze. Konkretniej- jest zabijanych przez najbliższych w miejscu zamieszkania lub pobytu, często wcześniej bardzo cierpiąc, doświadczając tortur, bólu fizycznego, lęku i psychicznej degradacji oraz emocjonalnego chaosu. Przy Rzeczniczce Praw Dziecka działa zespół do analizy zdarzeń, na skutek których małoletni poniósł śmierć lub doznał ciężkiego uszczerbku na zdrowiu. W najgorszej sytuacji są najmłodsze dzieci czyli te od urodzenia do 3 roku życia, nie objęte opieką żłobkową, przedszkolną lub jakąkolwiek inną formą zorganizowanej opieki typu klubik malucha. Często zdarza się, że dzieci te znajdują się zupełnie poza systemem, gdyż z jakiś powodów rodzice bądź opiekunowie nie realizują podstawowych obowiązków ustawowych wynikających z nakazu troski o dziecko i unikają bilansów rozwojowych w ośrodku zdrowia czy też szczepień. Te 30 dzieci rocznie to mali ludzie rzucani o piec, kaloryfer, ścianę lub w najlepszym razie o łóżko, torturowani wykręcaniem rąk, bici przedmiotami domowymi typu but, kabel, pasek, sprzęty kuchenne, np. tłuczek do mięsa. Są również przyduszani, oblewani wrzątkiem, bici po głowie i twarzy, głodzeni lub nieprawidłowo odżywiani, zostawiani bez opieki na noc lub na kilka dni, godzinami nie przewijani z brudnych pieluszek, uczestniczą w libacjach alkoholowych. Moja koleżanka pracująca w policji twierdzi, że co do części śmierci łóżeczkowych niemowląt, do których jest wzywana z patrolem, ma podejrzenia, że śmierć łóżeczkowa to wcale nie była. Kto dorosłemu udowodni, że przydusił dziecko celowo bo płakało? Na dniach media doniosły, że pięcioletnia dziewczynka trafiła do szpitala pobita przez dorosłego człowieka. Partnera matki. Wiecie, co jej robił? Wpychał do buzi prysznic i wlewał wodę każąc ją łykać, rzucał o ścianę, kazał jeść papier. Matka musiała to widzieć...choć "nic nie wiedziała". Raptem kilka tygodni temu inna dziewczynka trafiła do szpitala niemal zagłodzona na śmierć bo jej rodzice sobie ubzdurali, że przeżyje na samych winogronach. W obu przypadkach media donoszą, że oficjalnie ani sąsiedzi ani nikt inny nic nie widział, nic nie słyszał a w ogóle to rodzina była porządna i taka po prostu normalna. Ojciec wywoził dziecko w wózku na spacer tylko jakoś tak dziwnie je ukrywał. Może sobie nie życzył spojrzeń sąsiadek albo nie daj boże bał się uroku rzuconego na dziecko. Czasami też ludzie twierdzą, że wprawdzie zdarzało się, że za ścianą było głośniej i słychać było, że coś się dzieje, ktoś krzyczy, może odgłosy jakiś imienin. No ale przecież wszyscy jesteśmy ludźmi to wiadomo, każdy tam sobie krzyknie lub walnie w dziecko kapciem, już bez przesady. W weekend w jednym z kurortów na basenie pan zakłócał spokój więc zwróciłam mu uwagę prosząc o ciszę, na co on z pretensją, że przecież krzyczy na swoje dziecko, więc o co mi chodzi. upominam zatem pana, że nie wolno krzyczeć na dzieci. Z dezaprobatą kiwał głową w moją stronę szukając zaczepki. Hotel przy recepcji miał wywieszone standardy ochrony małoletnich. Nikt nie reagował i nie widział również złamanej ręki Kamila z Częstochowy, zabezpieczonej gipsem oraz rozbitej wargi. Miejsce zamieszkania chłopca to był obraz nędzy i rozpaczy, typowy jak ja to mówię "pierdolnik" czyli grzyb na ścianie klatki schodowej, odrapane ściany, na ścianach wielkimi literami napisane: "jebać cweli" i "Elka to szmata" oraz "CHWDP". Przed kamienicą trampolina z pokrzywionymi rurkami, popsute plastykowe zabawki, wózek dziecięcy bez kółka, kupka piasku, błoto i dróżka z luźno rzuconych w nie płyt chodnikowych. Przecież to normalne podwórko każdy to wie a ja się czepiam. Normalna rodzina, normalne zabawki i normalnie dzieckiem o piec rzucano. Rzucał konkretnie partner matki. Matka musiała to widzieć choć również "nic nie wiedziała". Sąsiedzi podobnie, nic nie widzieli i nic nie słyszeli. Głodzona winogronami dziewczynka podobno jeszcze kilka dni przed zatrzymaniem rodziców normalnie się bawiła, mówiła, skakała. Tak twierdzi jej dziadek. Przecież był i widział. Nagle coś się musiało stać, ale co? Pomyślmy.
Prokuratura w Gdańsku umorzyła sprawę przeciwko reprezentantom instytucji pomocowych, pod opieką których był Kamil z Częstochowy i jego rodzina. Hajs się zgadzał, papiery też. A to, że czasami ktoś trzepnie dziecko lub nawet da klapsa, to nie ma o co robić hałasu. Ta rodzina już taka po prostu jest. Słyszałam to setki razy jako kuratorka sądowa, mediatorka, wychowawczyni w świetlicy, pedagożka, akademiczka, trenerka prowadząca szkolenia. Kiedyś również obliczyłam, że do przeciętnej rodziny będącej pod opieką pomocy społecznej w miesiącu przychodzi około 5 osób: kurator sądowy, asystent rodzinny, pracownik socjalny, pracownik powiatowego centrum pomocy rodzinie, czasami wpada dzielnicowy lub patrol na interwencję. Niemal wszyscy głusi i ślepi. Kryteriami przyjęcia do pracy są przecież cechy trzech małpek buddyjskich: nie widzieć zła, nie słyszeć zła, nie mówić zła. Dziecko w wieku szkolnym czasami jednak chodzi do szkoły. Tam spotyka się z nauczycielami i pozostałym personelem szkolnym, rówieśnikami, ich rodzicami. Ci również jakby głusi i ślepi. Dzieci czasami widzą siniaki na ciele kolegi, lecz rodzice w domu komentują: aaa tam u tego- nazwijmy go- Kamila to patusy, nieroby, "pincety", pijaki. Nie zadawaj się z nimi. I tak to się kręci.
Pamiętam, jak po śmierci Kamila z Częstochowy non stop dzwonili do mnie dziennikarze. Wywiady, rozmowy, komentarze. Zawsze się komuś naraziłam. A to napisał do mnie maila policjant z Podkarpacia, że jestem niesprawiedliwa bo mówiłam w radio, że policja czasami nie przyjmuje zgłoszeń kobiet bagatelizując je i tym samym pan komendant poczuł się urażony, bo on zawsze przyjmuje. Nie było sensu tłumaczyć, że to nie o nim, więc pogratulowałam efektywności działań i pożyczyłam dalszych sukcesów. Innym razem napisała nauczycielka z pytaniem, jak mi nie wstyd bronić bandytów i morderców, bo chciałam wiedzieć coś o dzieciństwie mordercy Kamila- jego ojczyma. Bo tak sobie myślę oraz wiem z nauki, którą uprawiam, że z dnia na dzień nagle człowiek nie zostaje mordercą dziecka. Że przyczyny są środowiskowe, czyli rodzinne i lokalne oraz indywidualne, czyli np. organiczne zaburzenia centralnego układu nerwowego i wysoka reaktywność, osobowość dyssocjalna, itd., dziedziczone genetycznie uwarunkowania. Brak reakcji bliskich i sąsiadów i bycie ofiarą przemocy w dzieciństwie. Fachowo i profesjonalnie używając języka naukowego to mikro i makro czynniki egzogenne i endogenne. To tak w skrócie. Niemniej ostrożnie, bo nie raz się dowiedziałam, np. będąc kuratorką sądową, że jestem przeteoretyzowana i nie znam prawdziwego życia a tylko teorie. No tak...Innym znowu razem zaatakował mnie dziennikarz, kiedy to mówiłam, że obowiązujące przepisy legislacyjne są na tyle wystarczające, że pozwalają na ochronę dzieci, wystarczy tylko ich przestrzegać. Według owego dziennikarza jest inaczej, skoro dzieci są zabijane. No ok, jego logika wskazywałaby, że przepisy ruchu drogowego są niewystarczające bo ludzie powodują wypadki a prawo podatkowe jest do kitu bo ludzie oszukują urząd skarbowy. No nie panie dziennikarzu. Po prostu czasami ludzie oszukują, kłamią i łamią inne przepisy bo tacy już są. Nawet jeśli za kradzież jabłka ze straganu będzie kara śmierci, znajdą się tacy, co po to jabłko sięgną. Ostatecznie przepisy zaostrzono i wprowadzono zmiany, m. in. standardy ochrony małoletnich. Najogólniej chodziło o to, aby miejsca, w których przebywają dzieci, dostosować do ich bezpieczeństwa i ochrony oraz dać dzieciom znać, że mogą na tę ochronę liczyć podobnie, jak na odpowiedzialnych dorosłych. Chodziło też o to, aby ci dorośli zaprosili dzieci do tworzenia standardów na terenie miejsc ich wspólnego przebywania tak, aby to dziecko powiedziało, co będzie dla niego ok a co narusza jego granice, co jest bezpieczne a co powoduje dyskomfort. I co ja słyszę? "Jeszcze tego brakowało aby dzieci nam mówiły, co mamy robić". "A co dzieci mogą wiedzieć?". "Jak to dzieci mają dyktować nam warunki?". "Izolują nas od dzieci". "Nie możemy dotykać dzieci". "Nie możemy rozmawiać z dziećmi". "Nie możemy pomagać dzieciom się ubierać na basenie i w szatni szkolnej". Serio? W między czasie firmy prywatne robiły niezły biznes na tworzeniu standardów ochrony małoletnich, niektóre nawet się w tym wyspecjalizowały robiąc "kopiuj- wklej" ze stron internetowych za dobrą kasę. Wystarczyło, że firma zatrudniła prawnika. Bez diagnozy placówki, bez jej specyfiki i kontekstu. Od osób mających kontakt z dziećmi zaczęto wymagać zaświadczeń o niekaralności. Normalka na zachodzie. Dosłownie dwa kliknięcia, drobny przelew i ściągasz sobie zaświadczenie o niekaralności, które może się przydać w różnych sytuacjach. Szybko, prosto, nie wychodząc z domu i nie koczując w śpiworze od czwartej rano pod sądem. I co ja czytam na Facebooku? "nie będziemy dostarczać żadnych zaświadczeń. bo to nie my zabiłyśmy Kamilka". I znowu pytam: serio? Bo czytam i nie wierzę. Czy naprawdę dorosły człowiek o przeciętnym ilorazie inteligencji, który ukończył 5- letnie studia magisterskie na kierunku pedagogicznym, nauczycielskim czy też pomocowo- społecznym (no dobrze, 3- lata licencjatu też są ok) nie jest w stanie podjąć próby zrozumienia istoty standardów ochrony małoletnich i chociaż raz ze zrozumieniem przeczytać ten dokument? Widocznie nie jest podobnie, jak ów krzyczący na basenie człowiek, mający do mnie pretensję o to, że się wtrącam a on przecież na swoje dziecko krzyczy więc o co mi chodzi. Tu tylko krzyk, tam tylko klaps. Miało być lekko a dziecko nie żyje. Dobre bo polskie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz