niedziela, 27 kwietnia 2025

NOWORODEK W REKLAMÓWCE, DZIECI Z ULICY I "CHŁOPAKI Z POPRAWCZAKA"

"niech mi pani powie, co tu jest nie tak?"

    To pytanie zadał mi pewien przedsiębiorca wysłuchawszy mojego wykładu o "niewidzialnych dzieciach" w Polsce żyjących w skrajnym ubóstwie. Skrajne ubóstwo oznacza, że dziecko nie spożywa dziennie choć jednego ciepłego, pełnowartościowego posiłku, nie ma odzieży adekwatnej do pory roku i nie ma swojego miejsca do spania, zabawy i odrabiania lekcji. To tak z grubsza i ogólnie. Z przedsiębiorcą rozmawiałam o tonach marnowanego w Polsce jedzenia, o zasiłku "800+" i innych zasiłkach, o bankach żywności, systemie pomocy i opieki społecznej, niebieskiej karcie, rencie dla alkoholików. Takie tam. Chętnie rozmawiam z ludźmi spoza mojej bańki zawodowej, lubię spojrzeć na świat z ich perspektywy i jestem ciekawa ich widzenia rzeczy a że w moim nomadyzmie sporo podróżuję, mam również sporo ku temu okazji. Raptem tydzień temu jechałam sobie rano do zaprzyjaźnionego poprawczaka. Formalnie to Zakład Poprawczy i Schronisko dla Nieletnich w Raciborzu. Nieletni w polskim prawie to osoba niepełnoletnia, która z powodu złamania prawa trafiła orzeczeniem sądu do Zakładu Poprawczego właśnie. Innymi słowy to właśnie te wszystkie "młode bandziory", "gangusy" i "patusy". Zanim taki "bandzior" trafi do zakładu poprawczego, przebywa w schronisku dla nieletnich, odpowiedniku aresztu śledczego dla dorosłych. Także wiecie rozumiecie, lekko nie ma, czekał mnie dzień z patusami, gwałcicielami, mordercami i złodziejami. Trudno, tak sobie wybrałam drzewiej to tak mam. Dzień zapowiadał się pięknie, słonecznie, o 9 rano temperatura wskazywała 15 stopni, zieleń wybuchała zapachem świeżości, dobrze było jechać bocznymi drogami z otwartym oknem. Jak to jest, że nie mogłam doczekać się spotkania z chłopakami i personelem? Spróbujcie sobie to wyobrazić: miejsce jak na końcu świata, za nim już tylko pola uprawne i lasy, koniec drogi, mur otoczony concertiną (taką samą jak na granicy polsko- białoruskiej, to wymóg ministerstwa sprawiedliwości) i bramę. Brama ma wizjer jak w każdym zakładzie poprawczym i karnym. Dzwonicie. Po chwili się otwiera. Za wami jednak szybko zamyka z charakterystycznym dźwiękiem, kto był ten wie. To symboliczny moment zawsze mocno przeze mnie przeżywany. W głowie dudni wam Jim Morrison "nikt nie wyjdzie stąd żywy". Brama po drugiej stronie jednak ma namalowane skrzydła anioła, budynek poprawczaka otoczony jest rabatami z kwiatami a na ścianie bocznej widnieje wielki mural. Przy wejściu stoi rower w formie ozdoby z zawieszonymi doniczkami pełnymi kwiatów. Jak zajrzycie na tyły budynku, zobaczycie drzewa owocowe, sadzonki pomidorów, oczko wodne, boiska i bieżnię. Coś wam nie gra? Mi wszystko gra. Wiem, gdzie wchodzę. Dzisiaj ma odbyć się Dzień Wolontariusza i wychowankowie mają otrzymać upominki za pomoc powodzianom. Jakie upominki i jaka pomoc? 90% społeczeństwa chce tych chłopaków zamknąć na zawsze w kamieniołomach a nie dawać im prezenty. Sprawy mają się jednak tak: na progu wita mnie ubrany na galowo w garniturze Adam*, podaje mi rękę i prowadzi do auli. W auli witają mnie dyrektor zakładu i dyrektor szkoły. Witają oznacza, że po prostu się do siebie przytulamy "na misia". Po chwili wchodzi Patryk Galewicz** i wita mnie tuląc się "na misia". Wzruszenia, słowa miłości człowieczej, radość, endorfiny. Ledwo uwolniłam się od uścisków Synka, wchodzi psycholożka- moja serdeczna koleżanka. Witamy się przytuleniem i dobrym słowem przepełnionym radością a na popołudnie umawiamy się na spotkanie w placówce wsparcia dziennego typu podwórkowego (to ta od dzieci ulicy i streetworkerów), chcę moim dzieciom zrobić niespodziankę. Do poprawczaka na uroczystość z okazji Dnia Wolontariusza przyszedł również wice prezydent Raciborza. Skończył resocjalizację. Jeździ na rowerze. Wie, o co chodzi z chłopakami, może dlatego wita się z nimi serdecznie podając im rękę a w przemówieniu nazywa ich Bohaterami. Oglądamy wspólnie filmik zatytułowany: "Niepoprawnie Pracowici". Na nim grupa chłopaków po pas w szlamie z łopatami. Odgarniają błoto, ludzie się do nich uśmiechają, jakaś pani przynosi drożdżówki i tuli chłopaków. Jej mąż wzrusza się do łez. Mówi coś o dobrym wychowaniu i resocjalizacji. Widok chłopaków z łopatami zapewne spełnia oczekiwania tego 90% społeczeństwa wysyłającego "młodych bandziorów" do kamieniołomów, kopania rowów i sprzątania ulic. Dla mnie jednak ważniejsze jest, jak widzę, że "nasze chłopaki" uśmiechają się na słowa: "dobry", "bohater", "pomocny", "silny". 90% z nich, jak wykazały badania do pracy magisterskiej mojej studentki pochodzi z miejsc skrajnego ubóstwa, z rozbitych rodzin pełnych przemocy, alkoholu i narkotyków. Są tacy, którzy kradli, aby nakarmić głodne rodzeństwo, inni w obronie matki byli w stanie śmiertelnie ranić ojczyma. Ulica dawała im bezpieczeństwo i wytchnienie. Historii jest wiele, są długie i smutne. Dzisiaj jednak mamy dzień radości i cieszenia się tym, że RAZEM możemy próbować to zmienić i pokazać chłopakom, że inne życie istnieje a wokół mają odpowiedzialne i mądre osoby dorosłe, którym można zaufać. Bo pomyślcie: trzeba mieć silę, aby nie ufając ludziom i ich nie lubiąc jechać i pomagać im sprzątać zalane domy. Trzeba mieć determinację, aby nie mając swojego domu pomagać remontować cudzy. Trzeba mieć odwagę, aby wspierać rodziny w powodzi w sytuacji, gdy nigdy nie miało się swojej. Po uroczystości Patryk Galewski pokazuje mi miejsce, w którym powstaje pracownia kulinarna i w której będzie działał z chłopakami. Oni sami wpatrzeni są w niego jak o obrazek. Sponiewierany życiem i więzieniem, jako dziecko często głodny, użerający się z pijanym ojcem, skrajnie zaniedbany dzisiaj "mówi Johnnym". W oczach ma jasność i miłość a wszyscy czujemy, że Janek Kaczkowski gdzieś tu miedzy nami jest. Zresztą chłopaki również uczą się fachu barbera, przyjeżdża do nich Sebastian Karczewski i uczy ich "dobrego cięcia". Wszak nożyczkami można kogoś zranić lecz i zrobić mu fryzurę. Nożem można zabić lecz i pokroić chleb. Dlatego "nasze niepoprawne chłopaki" mają super modne fryzury i są nakarmione, może pierwszy raz w życiu. Umówiłam się z nimi na trening boksu i wycieczkę rowerową w maju, jemy obiad i jadę do moich dzieci z ulicy. To znaczy na ulicy niechybnie by były gdyby nie super ekipa streetworkerek/ów i pedagożek/gów prowadzących Strefę czyli placówkę wsparcia dziennego typu podwórkowego lub jak inni wolą- świetlicę. Czasami zajęcia są w Strefie, czasami na ulicy i podwórku. Jednak zawsze dzieci są nakarmione ciepłym posiłkiem, zaopiekowane i zatroszczone. W ten dzień akurat poszliśmy na łąkę zbierać jajeczka czekoladowe zostawione tam przez zająca. Chociaż dzieci twierdziły, że nie wierzą w zająca ja tam nie wiem bo ja nawet w św. Mikołaja wierzę. Wierzę również w anioły i mam pewność, że każde z tych dzieci ma swojego. Ponieważ znając ich historie wiem, że niektóre statystycznie i z dużym prawdopodobieństwem biorąc pod uwagę realia ich dzieciństwa nie miały prawa przeżyć. A jednak. Dlatego ja po prostu czasami lubię sobie tak z boku popatrzeć na uśmiechy chłopaków i umorusane jedzeniem buźki naszych dzieci. Nie muszę nawet nic mówić, nie muszę nic robić. Po prostu być i patrzeć. Zmęczona i szczęśliwa wracałam o domu. W głowie miałam wiadomość z radia, którą usłyszałam rano: "przypadkowy przechodzień w Łodzi usłyszał kwilenie w pustostanie, udał się za głosem i odkrył noworodka w reklamówce. Dziewczynka miała nieodciętą pępowinę i wyziębienie ciała". Pomyślałam: "o kur...a". Przypomniał mi się komunikat sprzed tygodnia z Krakowa, kiedy to niespełna dwutygodniowa dziewczynka, odpępniona, przebywała w pustostanie z bezdomnymi. Jej rodzice byli poszukiwani listem gończym przez policję za przestępstwa. Dziewczynka z Łodzi została znaleziona w centrum miasta, na starych Bałutach. Realizowałam tam badania naukowe wiele lat temu. Byłam przekonana, że tych miejsc już nie ma. Podobno powoli są rewitalizowane. Kraków stara się o markę nadawaną przez Unicef Poland w programie "Miasta przyjazne dzieciom". Patryk Galewski opowiadał mi, jak to władze Sopotu są niechętne jego działaniom na rzecz wykluczonych dzieci, ponieważ Sopot to kurort. A pamiętacie, jak kilka lat temu w Gdańsku w namiocie na koczowisku osób bezdomnych przebywała dziewczynka z matką? Zapytałam kiedyś nastoletnią, bardzo mądrą dziewczynkę na Bobrku w Bytomiu: "Powiedz mi, gdybyś miała władzę, co byś tu zrobiła?". Odpowiedziała mi bez zastanowienia: "Pani, ja bym to miejsce zniknęła. Nas tu nie powinno być". A zatem: co tu jest nie tak?

* imiona chłopaków zmieniam rzecz jasna
** imienia Patryka nie zmieniam bo to Synek Johnnego Kaczkowskiego, osoba publiczna, znana i kochana; bohater filmu "Johnny" o księdzu Janie Kaczkowskim w reżyserii Daniela Jaroszka i książki "Synek Kaczkowskiego" Piotra Żyłki. 

niedziela, 13 kwietnia 2025

MIĘDZYNARODOWY DZIEŃ DZIECI ULICY

 ..."bo wiesz co się liczy? Szacunek dzieci ulicy"

    Usłyszałam kiedyś takie oto słowa tekstu hip hopowego rymowane przez dzieci w projekcie realizowanym gdzieś w Polsce. Mam je w sobie na zawsze oraz ilekroć wychodzę w teren realizować czynności badawcze. 12 kwietnia obchodzimy ustanowiony w 2011 roku Międzynarodowy Dzień Dzieci Ulicy. Ustanowiło go The Consortium for Street Children, międzynarodowa sieć organizacji działających na rzecz praw dzieci ulicy na świecie. 

    Oficjalnie w Polsce nie ma dzieci ulicy choć ja poznałam ich sporo, wiele o nich już powiedziałam i napisałam. Lubię mówić o niewidzialnych dzieciach i o pedagogach ulicy czyli o zawodzie, który tak naprawdę nie istnieje. Brzmi nieźle, jak niedorzeczność z ust zakręconej profesorki, która w dodatku widzi w Polsce dziecięce i młodzieżowe gangi. Zastanówmy się jednak, jak to jest? 

    W ubiegłym tygodniu w Krakowie została znaleziona w pustostanie 2-tygodniowa dziewczynka. Przebywała w nim z rodzicami w kryzysie bezdomności i innymi bezdomnymi. Rodzice byli poszukiwani listem gończym za popełnienie przestępstw, po wyroku sądowym czekali na odsiedzenie kary pozbawienia wolności. Przecież to dziecko gdzieś musiało się urodzić? Wiemy, że w szpitalu. Ktoś matkę z dzieckiem z tego szpitala musiał wypisać. Lecz już nikt nie dowiedział się, gdzie ją wypisuje i czy ma ona dokąd wrócić z noworodkiem. 

    Niespełna dwa lata temu w Gdańsku, w namiocie na koczowisku z osobami bezdomnymi mieszkała z matką czteroletnia dziewczynka. Długo nikt ze służb społecznych nie miał o tym pojęcia. 

    Pytam kiedyś Sylwii Góry, autorki książki o bezdomnych kobietach w Polsce: - "Sylwia, czy spotkałaś zbierając materiały do swojej książki, kobiety w ciąży albo takie, o których wiesz, że urodziły dziecko na ulicy?". - "Na ulicy może nie lecz na klatce schodowej, na strychu, w pustostanie tak".

    Kamil z Częstochowy często noce spędzał poza "domem", np. na przystanku autobusowym. 

    Nazwijmy go Adaś- spotkany w mojej badawczej przestrzeni chłopiec woli przesiadywać na ulicy lub na klatkach kamienic, bo boi się ojczyma.

    "Pani, ja cały czas jestem na ulicy, nawet jak jestem chora. Na ulicy szybciej się zdrowieje"- mówi mi dziewczynka ze Śląska z miejsca, które dawno nie powinno istnieć.

    "Nie mam domu bo wujek od mamy nas wywalił jak robił awanturę i mieszkam teraz z mamą w ośrodku (czytaj: placówce dla ofiar przemocy) ale nie lubię tam być bo jest głośno i baba z mopsu o wszystko mnie pyta"- Piotruś*.

    Placówka wsparcia dziennego typu podwórkowego w mieście X, około godziny 14.00: - "Kur...a zjesz wszystkie tosty a one są dla wszystkich nie tylko dla ciebie, pani mówiła, że jesteś mało bo nie mamy sponsorów!". - "Ale ja od rana nic nie jadłem i umieram z głodu, ostatni raz jadłem wczoraj wieczorem chipsy". - "Co robiłeś od rana? Nie byłeś w szkole?". - "Nie bo tata z mamą się darli i pili wódkę i nie miałem jak się uczyć  i spać to nie poszłem dzisiaj do szkoły tylko siedziałem w parku".

    Nazwijmy ją Ania: "Wolę siedzieć na ulicy bo tu jest fajnie i nie śmierdzi tak jak w domu bo ojczym pali a mamy i tak ciągle nie ma bo musi pracować a jak jest to pije. Wódkę pije, wie pani. Z wujkiem".

    "Najfajniej jest jak idziemy do kanałów, tam jest cicho i ciemno. Szczury są".

    "Tu mamy bazę. Można palić i sobie siedzieć. Trochę rymujemy i sobie gadamy".

    "Pani, tam są bezdomni w tych ruinach. Kiedyś jeden zaje...ł gołębia ale i tak lubimy z nimi siedzieć bo są jaja i jest śmiesznie. Tylko jeden kiedyś też denaturat wylał niechcący i podpalił. My nie pijemy tego z nimi"

       Placówka wsparcia dziennego typu podwórkowego w mieście Y: "Ja pier...lę mam przypał na chacie stara mnie wkurwia bo znowu się naje...ła niech mnie pani nie wku..ia nie zjem tego gó..na".

    Placówka wsparcia dziennego typu podwórkowego w mieście Z: "Sie ma pani, gdzie pani spała, tutaj?". "Tak". "Spoko ku...wa to znaczy no". 

    "Pawełku, ty nie masz kurtki? Ta bluza jest cienka, dzisiaj jest na minusie przecież". -"Pani, cały rok tak chodzę, mi jest zawsze gorąco". - "Ok to ja ci przywiozę na następny raz kurtkę i ona tu będzie sobie leżała. Będziesz chciał, weźmiesz." (W bucie dziura, skulony, za chudy jak na swój wiek, włosy tłuste, brud za obgryzionymi paznokciami, bluza z kapturem i napisem: Urban ghetto"). 

    Nazwijmy go Frankiem. Franek bawi się w gangstera. Ma kominiarkę kupioną (?) w lumpeksie. Kradnie komórki w szkole, ale tylko obcym dzieciom. Swoich się nie kroi przecież.

    Rodzeństwo: 6 letni chłopiec i 2 letnia dziewczynka mają tatę w więzieniu (a właściwie tatę dziewczynki i ojczyma chłopczyka, bo jego tata nie wiadomo, gdzie jest) i uzależnioną od heroiny i alkoholu mamę. Mama wzięła raz dzieci i uciekła z nimi. Po prostu poszła w świat bo ją nosiło. Za długo była trzeźwa. Kilka zimowych miesięcy tułała się po melinach i pustostanach. Znalazła ją policja. Dzieci poszły do placówki opiekuńczej. rozdzielone. Podobno w jednej jest przemoc, pani krzyczy i wmawia chłopcu, że jest niegrzeczny, bo płacze za siostrą. 

    System? Jaki system? W Polsce z takimi dziećmi może pracować każdy. Dosłownie. Nie musi być przygotowany do pracy z nimi, do interwencji, pomocy, współpracy lokalnej, diagnozy, planowania działań pomocowych. Nie musi znać prawa i nie musi mieć wiedzy o metodyce pracy z dzieckiem, jego specyfice rozwoju i specyfice potrzeb, jego zabezpieczeniu prawnym i psychopedagogicznym, jego prawach, itd. Nie musi mieć żadnych studiów pedagogicznych lub/i psychologicznych choć lubi nazywać się streetworkerem lub nawet pedagogiem ulicy. Streetworkerem tym łatwiej jest się nazywać, że nikt za bardzo nie wie, o co chodzi. Nie ma w Polsce studiów kształcących w tym kierunku, chociaż doskonale wiemy my, realizujący programy studiów na uczelniach, że streetworking to tylko lub aż metoda pracy z osobami w przestrzeni ich środowiska, na przykład ulicy. Oraz, że jest częścią pracy socjalnej lub/ i pedagogiki społecznej- środowiskowej. To oznacza, że jednak trzeba mieć przedmiotowe przygotowanie do pracy z dziećmi w bardzo trudnych warunkach, z bardzo wymagających środowisk. Trzeba o nich wiedzieć bardzo dużo. O ich specyfice, niepełnosprawnościach, specyficznych potrzebach, kontekście rodzinnym i środowiskowym. A tymczasem czasami nawet osób wychodzących do dzieci na ulicy nie obowiązują go Standardy Ochrony Małoletnich. Nazywają się trenerami, coachami, samozwańczymi animatorami lub pedagogami bez pedagogicznego wykształcenia. Są również wolontariusze. Jak to jest? Jak to możliwe? Po prostu któregoś razu ktoś postanawia, że będzie pracować z dziećmi ulicy, bo ma misję lub po prostu chce lub nie ma co zrobić ze swoim życiem. Zakłada organizację pozarządową, bo każdy może taką założyć. Nikt o nic nie pyta. Nikt nic nie sprawdza. Nie pyta również dlatego, że w Polsce oficjalnie nie ma dzieci ulicy.  

*Oczywiście imiona dzieci zmieniłam

sobota, 12 kwietnia 2025

DOSTĘPNA, NOWOCZESNA I EMPATYCZNA AKADEMIA

 czyli o głosie nastolatka i dziecku w chuście tworzących UNIVERSITAS

    W piątek 11 kwietnia odbyło się koordynowane przeze mnie seminarium metodologiczne, połączone z grupowym badaniem fokusowym pt: "Mapowanie obszarów problemowych w badaniach społecznych z udziałem dzieci". Seminarium udało się zorganizować dzięki pomocy osób studiujących i działających w Kole Naukowym Pedagogów Resocjalizacyjnych UJ. Patronat merytoryczny nad seminarium objął flagowy lab Wydziału Filozoficznego UJ- Behaviour in Crisis a patronatem honorowym wydarzenie odjęła Rzeczniczka Praw Dziecka Monika Horna- Cieślak. Spotkanie zgromadziło badaczki i badaczy z całej Polski, realizujące/cych badania naukowe z udziałem dzieci w obszarach nauk społecznych, głównie pedagogiki, psychologii i socjologii. Przyjechały osoby współtworzące Interdyscyplinarny Zespół Badań nad Dzieciństwem Uniwersytetu Warszawskiego, członkinie i członkowie Sekcji Badań Dziecka i Dzieciństwa Polskiego Towarzystwa Socjologicznego, Dyrektorka Zespołu Badawczego Biura Rzeczniczki Praw Dziecka wraz z zespołem, Radny Rady Dzieci i Młodzieży w Biurze Rzeczniczki Praw Dziecka, osoby eksperckie działające w Zespole ds. Etyki Badań z Udziałem Dzieci w Polsce działający przy wymienionym wyżej biurze. Zależało mi na tym, aby spotkać ze sobą osoby realnie prowadzące badania z udziałem dzieci i zapraszające dzieci do badań, stworzyć przestrzeń interdyscyplinarną, zsieciować ze sobą badaczki i badaczy, spędzić czas w życzliwej atmosferze działając w merytorycznej przestrzeni, która ma szansę wygenerować nową jakość. Seminarium miało dwie części: ogólną, merytoryczną, otwartą dla wszystkich oraz badawczą. W tej drugiej udało się zrealizować dwa grupowe badania fokusowe, prowadzone przez wybitną badaczkę - specjalistkę od fokusów dr Katarzynę Archanowicz-Kudelską, z którą znamy się od lat z Transdycyplinarnego Sympozjum Badań Jakościowych. Część ogólna dotyczyła prezentacji kulis badawczych ogólnopolskiego projektu badawczego "Realizacja Praw Dziecka w Polsce 2024", głównie w kwestii organizacji badań i ich kontekstu etycznego. Prezentowała ją dyrektorka Biura ds.Badań RPD mgr Katarzyna Makaruk. Odbyło się również spotkanie autorskie z autorką książki "Metodologia badań otwarta na dzieci" Aleksandrą Zalewską- Królak oraz prezentacja przez Franciszka Papciaka wyników sondy zrealizowanej przez młodych ekspertów z BRPD połączona z dyskusją. To tyle sprawozdawczo. 

    Seminarium to jednak było czymś o wiele większym, lepszym, szerszym i głębszym, jakościowo wartościowym, łączącym i sieciującym, nowoczesnym, bogatym, dającym oddech i skrzydła, tworzącym nową jakość i generującym nową wiedzę. Było czymś, co spowodowało, że tak właśnie chcę widzieć nowoczesną, dostępną akademię realizującą wartość universitas czyli wspólnoty, tworzącą przestrzeń życzliwości, szacunku, czasu dla drugiego człowieka, refleksji i bardzo wysokiego poziomu merytorycznego tworzącego interdyscyplinarną refleksję ponad podziałami dyscyplinarnymi. Na zaproszeniu osoby otrzymały informację o tym, że w razie specyficznych potrzeb mogą je porostu wcześniej zgłosić, a my w miarę możliwości postaramy się stworzyć przestrzeń do ich bezpiecznej realizacji. Drugą informacją było zapewnienie o bezpiecznej, życzliwej atmosferze którą chcemy stworzyć, aby wszyscy czuli się dobrze. Przy wejściu do sali seminaryjnej była kawa, herbata, ciacha oraz rozłożone były poduchy i kocyki wraz ze stosem zabawek. Obok dziecięce krzesełko. Wiedziałyśmy bowiem, że jedna osoba pojawi się z rocznym synkiem. Niby nic nadzwyczajnego i po co tyle wydziwiania-ktoś mógł pomyśleć. Poza tym jak chce sobie przyjechać z dzieckiem, to niech sobie to ogarnie. Jedno małe dziecko i tyle zachodu? Zawsze przecież można nie przyjechać, zostać w domu, miejsce dziecka nie jest na uczelni. Co za matka naraża dziecko na podróż po Polsce w takie zimno aby pracować jak nie musi bo przecież jest matką małego dziecka. O to to to. Jednak my chciałyśmy sobie powydziwiać, dlatego wiozłam z domu kocyk, studentka drugi, dodałam kilka pluszaków i maskotki szyte przez nasze mamusie z oddziału zakładu karnego, które znamy z rodzinnych widzeń. Chciało nam się oraz zrobiłyśmy to z wielką przyjemnością i dumą gdyż dzięki temu chłopczyk mógł być cały czas na sali obrad z mamą. Chciało nam się dla tego jednego dziecka właśnie. Tak rozumiem pedagogikę i takiej pedagogiki uczę. Tak również rozumiem słowo "paidagogos"- służący dziecku. Mama tego dziecka to świetna, młoda badaczka, autorka książki, która właśnie miała być promowana. Jasne, że mogłyśmy się połączyć on line. Lecz po prostu nie chciałyśmy. Chciałyśmy żywe i na żywo, face to face, z innymi uczestniczkami i uczestnikami być. Uczestniczyć. Tu i teraz. Razem. Cześć autorska seminarium lekko się opóźniała, gdyż chłopczyk pełen wrażeń i emocji nie mógł zasnąć. Wszyscy cierpliwie czekali rozumiejąc sytuację i nikt negatywnie nie skomentował marudzenia mojego najmłodszego seminarzysty. Tak również rozumiem pedagogikę. Jako czas dany drugiej osobie w takiej ilości, w jakiej go potrzebuje oraz jako cierpliwą troskę o słabszych i bardziej bezbronnych. Wpadłyśmy w końcu na pomysł, aby chłopca zachustować i prowadzić z nim spotkanie. Przy mamie, słysząc jej głos, na pewno zaśnie, co więcej, nie będzie się wybudzał a my spokojnie porozmawiamy. To miało sens i musiało się udać a jednocześnie było chyba pierwszym spotkaniem autorskim, które prowadziłam z osobą stojącą i non stop rytmicznie się kiwającą wprzód i w tył z zapakowanym w chustę, śpiącym bezpiecznie człowiekiem. Było w tym coś wzruszającego, dzikiego, pierwotnego, kojącego, normalnego. Ja siedziałam a Ola stała i się kiwała. Julian spał, widownia słuchała. W rytmie zakodowanym w DNA i danym nam przez nasze mamy, babki i prababki. Zachustowane dziecko i robota w polu. Zachustowane dziecko i zakupy na jarmarku. Zachustowane dziecko i oporządzanie gospodarstwa. Zachustowane dziecko i sprzątanie domu. Zachustowane dziecko i załatwianie spraw. Zachustowane dziecko i dzielenie się wiedzą, kiedy "ta, która wie" dzieli się nią innymi. Symboliczne ognisko tworzył bukiet wiosennych kwiatów i krąg wokół książki. To było wiedźmińskie i magiczne. Pamiętam, jak kiedyś na zajęcia zaprosiłam byłą studentkę, która odpisała mi, że nie przyjdzie, bo nie ma z kim zostawić kilkumiesięcznej córeczki. Co za problem?- pomyślałam. Przyjdź z nią. No ale wózek, schody, uczelnia. Przyjdź. Ogarniemy. Spotkanie było nad wyraz udane a malutka spała w wózku obok biurka jak susełek. Tak rozumiem pedagogikę i akademię. To moje universitas.

    Ostatnim punktem seminarium była wygłoszona przez Radnego Rady Dzieci i Młodzieży działającej przy Biurze Rzeczniczki Praw Dziecka prezentacja dotycząca wyników sondy zrealizowanej wśród jego rówieśników o doświadczeniach uczniów szkół średnich w uczestnictwie w badaniach na terenie szkół. Wyniki były interesujące lecz zarazem szokujące. Franek z kolegami, moimi młodymi współpracownikami zebrali opinię od ponad 200 osób nastoletnich tym, jak łamane są ich prawa w zakresie anonimowości, dobrowolności, ograniczania im możliwości decydowania za siebie i tego, czy chcą czy nie chcą brać udział w różnego rodzaju ankietach. O tym, jak naruszana jest ich godność i prawo do tajemnicy. Po prezentacji odbyła się bardzo cenna dyskusja, było mnóstwo pytań i otwarcia na perspektywę nastolatków. Innymi słowy tym razem to nie my uczyliśmy lecz nas uczono. Poznanie perspektywy nastolatka nauczyło mnie pokory ponieważ okazało się, że dzieci i młodzież nie zawsze chcą brać udział w badaniach a często są przymuszane. Rodzice podpisują zgodę a dziecko nie- ono ma się dostosować i podporządkować poleceniom i obowiązkom na terenie szkoły a jednym z nich jest udział badaniu i obowiązek wypełnienia ankiety. Za niewypełnienie grożą mniej lub bardziej formalne sankcje. Dzieci i młodzież nie czują się równe i traktowane po partnersku w procesie badawczym przez osoby realizujące badania, często również za udział ucznia w badaniu wynagradzani są rodzice a dzieci nawet nie są brane pod uwagę w kwestii otrzymania informacji na temat wyników badania. Problemy takie, jak pytania o sięganie po używki, negatywne zachowania rówieśników, itp. są dla uczniów bardzo niekomfortowe i zwykle w takich kwestionariuszach ankiet po prostu kłamią coraz mniej ufając dorosłym. Dla mnie to była lekcja uważności, pokory i temperowania ego. Jako wice przewodnicząca Wydziałowej Komisji Etyki Badań Naukowych i recenzentka projektów badawczych mam bardzo wiele do przekazania światu nauki i tym, które/rzy projektują i realizują badania udziałem dzieci. Do tego wszystkiego dochodzi stawiana przeze mnie wielokrotnie teza o tym, że w Polsce prawa dziecka są lukrowaną fikcją, ratyfikowana Konwencja o Prawach Dziecka uznawana przez dorosłych za fanaberię i nawet osoby realizujące badania z udziałem dzieci nie wiedzą, że dziecko ma prawo do informacji, wypowiedzi, wysłuchania, odmowy. Czy zdanie dzieci na serio brane jest pod uwagę? Czy w kraju, w którym "dzieci i ryby głosu nie mają", dorośli wiedzą lepiej co myślą dzieci, planują działania dla nich bez nich, projektują pomoc bez informacji o tym, czego tak naprawdę młodzieży potrzeba a partycypacja jest modą bez realnych odniesień możliwe są realne, etyczne i rzetelne badania z udziałem dzieci? Bo wiemy już, że to nie tylko podpisanie świadomej zgody i formułki RODO. 

    Na tym seminarium najwięcej nauczył mnie 1-roczny Julek i 17 -letni Franek choć czuję ogromną wdzięczność za obecność i wrażliwość wszystkich uczestniczek i uczestników. 

    Kiedyś rozmawiałam z Jankiem Gawrońskim - Społecznym Zastępcą Rzeczniczki Praw Dziecka i moim współpracownikiem o empatycznych wymiarach instytucji takich, jak szkoły czy uczelnie. Mam głębokie poczucie, że wczoraj taką empatyczną akademię udało nam się stworzyć. Niech to będzie cechą charakterystyczną akademii nowoczesnej i realizacji wartości universitas: dostępność i empatia. Jestem przekonana, że nie ucierpią na tym żadne procedury choć samej empatii w procedurę ubrać się nie da. 

"NIC O NICH BEZ NICH"

   czyli jak otwarłam  pierwszą w Polsce agorę (i to na uniwersytecie!), w której nieletnich pyta się o zdanie na temat procesu resocjalizac...