środa, 11 lutego 2026

"NIC O NICH BEZ NICH"

  czyli jak otwarłam pierwszą w Polsce agorę (i to na uniwersytecie!), w której nieletnich pyta się o zdanie na temat procesu resocjalizacji i co ma z tym wspólnego pedagogia Stanisława Jedlewskiego?

    Niedawno odbyła się premiera mojej nowej książki zatytułowanej: "Nieletni w pedagogii Stanisława Jedlewskiego. Refleksje (nie)domknięte" (Wyd. UJ, Kraków 2025). Przygotowując spotkanie pomyślałam, że nie chcę wiele mówić, ponieważ ja dobrze wiem, co mam do powiedzenia. Bohaterami tej książki jednak podobnie, jak całej niemal twórczości wybitnego pedagoga, naukowca, badacza i działacza profesora Stanisława Jedlewskiego są ci, których społeczeństwo najpierw skazało na doświadczanie ubóstwa czy to materialnego czy moralnego a później za to ukarało umieszczeniem w izolacji. Mowa o wychowankach zakładów poprawczych, w prawniczej nomenklaturze nieletnich, dla społeczeństwa młodych bandziorów a dla mnie "moich chłopaków". Wspomniany Stanisław Jedlewski dokonał czegoś niewiarygodnego w czasach sobie współczesnych. Wybrał się osobiście do zakładów poprawczych, porozmawiał z wychowankami- tymi zbuntowanymi, agresywnymi, zdemoralizowanymi, niszczącymi wszystko i wszystkich- a później się o nich upomniał przed społeczeństwem. W książce opierając się na studiowaniu źródeł nazwałam ten wyczyn "zwrotem uznania nieletniego", współcześni profesorowi nazwali go "szaleństwem" a w procesach demokratyzacji, tworzenia wiedzy i wprowadzania nowych jakości życia nazywa się go PARTYCYPACJĄ. Niezależnie jednak od tego wszystkiego po prostu zaprosiłam w mury Uniwersytetu Jagiellońskiego wychowanków jednego z zakładów poprawczych w Polsce. Zależało mi na tym, aby na ławie obok ekspertów i dorosłych zaangażowanych w proces resocjalizacji pojawili się i zabrali głos ci, którzy są resocjalizowani i aby powiedzieli głośno, odważnie i do mikrofonu to, czego potrzebują obecnie, czego im zabrakło w dzieciństwie i co możemy zrobić, aby za murami zakładów poprawczych czuli się w końcu bezpiecznie i mogli spokojnie się rozwijać, uczyć i robić coś dla innych. Wszak de facto robią to dla siebie. Dominik opowiadał o tym, jak z powodu błędów wychowawczych rodziców i totalnego nie rozumienia i nieogarniania życia znalazł się w zakładzie poprawczym. Obecnie uczy się, pracuje, realizuje wolontariaty, pomaga na terenach objętych w tamtym roku powodzią i nie wyobraża sobie już innego życia. Kuba powiedział, że nawet, jeśli sąd go uniewinni, będzie chciał zostać w zakładzie poprawczym, bo tam mu jest dobrze. Szok? Dopytałam, co jest dobrego. Tym bardziej, że do niedawna zakład poprawczy kojarzył się moim studentkom z zamkniętymi na klucz celami i snującymi się po korytarzu, ogolonymi na łyso chłopakami w nieco za dużych, pomarańczowych uniformach. Tak, drelichy takie faktycznie widać na filmach amerykańskich, w Polsce osadzeni noszą zielony kolor (niebezpieczni czerwony) lecz mowa o dorosłych osadzonych. Wychowankowie zakładów poprawczych chodzą w swoich ubraniach. Nie to jednak jest najlepsze dla nich. Najlepsze jest to, że w nocy mogą spokojnie spać nie budzeni odgłosami domowej przemocy, po przebudzeniu jedzą solidne śniadanie i z pełnym brzuchem idą do szkoły, gdzie nauczyciele mówią im po imieniu i indywidualnie niemal z każdym nadrabiają zaległości edukacyjne. Nagle się okazuje, że chłopaki mogą realizować obowiązek szkolny, co więcej- mają dobre oceny, biorą udział w konkursach, sami chodzą do zakładowej biblioteki prosząc o książki. Dobre jest też to, że nikt na nich nie krzyczy, personel ich słucha, z ulgą również przyjęli wiadomość, że mogą zacząć żyć życie od początku. "Jak przyszedłem do zakładu, wychowawca mi powiedział, że mam czystą kartę i mogę zacząć wszystko od początku i teraz to wszystko będzie zależało ode mnie"- powiedział Dominik. Co my tu mamy? Odzyskiwanie kontroli nad własnym życiem, możliwość decydowania o nim, w razie pytań szukanie odpowiedzi u mądrych dorosłych. A co po szkole? Dobry, ciepły, pożywny obiad. Czasami zamiast szkoły są warsztaty, praktyki zawodowe a nawet praca. Pierwsze swoje pieniądze, zarobione nie ukradzione. Pierwsze sukcesy edukacyjne, relacyjne, rówieśnicze. Bo z rówieśnikami na zakładzie nie trzeba walczyć, można się kolegować nawet, jak się jest za Lechią czy za Cracovią w jednym pokoju. Po południu wspólne gotowanie, picie kawy, rozmowy z wychowawcami, zajęcia terapeutyczne i planowanie kolejnych wolontariatów. A chłopaki mają ich sporo, bo jak nie mikołajki w przedszkolu to malowanie dzieciom buziek na dzień dziecka albo uczenie ich pierwszej pomocy przedmedycznej. Czy ktoś, kto zabił człowieka, może uczyć ratować ludzkie życie? Jeszcze dbanie o fryzury w noclegowni dla osób w kryzysie bezdomności, pomoc przy organizacji olimpiady specjalnej dla dzieci z niepełnosprawnościami, planowanie wycieczki i sprzątania gór oraz grobów kombatantów wojennych no i plany wyjazdu do powodzian. Dominik dokładnie nam powiedział, co trzeba zrobić, aby odbudować dom. Jakie to symboliczne i wzruszające. Najpierw trzeba zerwać wszystko zapleśniałe i zamokłe do fundamentów a później po kolei nakładać nowe warstwy wszystkiego czyli wylewek, płytek a między nimi uważać na instalacje. Kuba myśli, czy zostać cukiernikiem czy kucharzem specjalizującym się w owocach morza. Patrykowi się udało, dostał pracę w prestiżowym hotelu. Oliwier nie wie jeszcze czy będzie barbetem jak Kevin czy coś innego będzie robił, bo na zakładzie tyle się dzieje, że on się czasami gubi w propozycjach. W debacie brała udział reprezentantka nauki, reprezentant Ministerstwa Sprawiedliwości, wychowawcy i terapeuci chłopaków, przewodniczący Parlamentu młodych RP i ja. Po spotkaniu poszliśmy na spacer po Krakowie, zwiedziliśmy Uniwersytet Jagielloński, Collegium Maius i Wawel a na koniec biesiadowaliśmy przy pizzy z osobami studiującymi. Przecież  to rówieśnicy i rówieśniczki więc kto lepiej wzajemnie się zrozumie? Olaf pokazał nam zdjęcie swojego rocznego synka, studentki opowiadały o egzaminach, Michał- świeżo upieczony kurator sądowy również od razu znalazł wspólny język z chłopakami. Acha, jechaliśmy tramwajem. Ze społeczeństwem. Nikt nie wiedział, kim wszyscy jesteśmy. Śmieszą mnie pytania: nie boisz się? Jak to tak byli na wolności i nie uciekli? A ktoś pozwolił na to, aby ich wpuścić na uniwersytet? Nie są niebezpieczni? Na drugi dzień w Wydawnictwie UJ, które wydało moją książkę było wielkie poruszenie na mój widok. Pracowniczki nie mogły się naopowiadać, bo pierwszy raz niektóre z nich widziały nieletniego. I co? "Nic. Normalne, fajne chłopaki. A co zrobili, że trafili do zakładu?"- "Nie mogę powiedzieć lecz w większości nawet nie wiem, nigdy ich o to nie pytałam". Widzę człowieka chcącego normalnie, przyzwoicie żyć, czasami noszącego w wyglądzie ślady przeszłości. Jej już nie ma. Jest czysta karta. Jest szkoła. Są wspierający dorośli. Jest rozmowa. Jest robienie dobra dla innych. Jest życie. W końcu. Nic o was bez was chłopaki. Dziękuję!

piątek, 16 stycznia 2026

PIĄTEK TO NIE JEST DZIEŃ NA MAILE

 czyli czemu dawno nie pisałam bloga i robię to akurat dzisiaj oraz jaka magia tkwi w słowie GRANICE?

    Mam tak serdecznie dosyć laptopa i rzeczywistości cyfrowej, wszystkich tych wirtualnych wygibasów i esów floresów, że przez jakiś czas nie byłam w stanie otworzyć nawet mojego bloga. Teraz nie jest tak, że mam postanowienie noworoczne i nie tak, że muszę. W gruncie rzeczy zdaję sobie sprawę, że piszę go dla siebie, aby coś uporządkować, coś wylać, coś sobie zwerbalizować i zobaczyć. Gombrowiczowsko tworze formę własną i wyrzucam ją na zewnątrz a kształt mój rodzi się ze mnie. Ciekawe, że pamiętam tam ten cytat z czasu, gdy uczyłam się do matury. Piątek zwykle jest dniem, kiedy wszystko chcemy szybciej skończyć aby przynajmniej chwilę odpocząć. Kultura zap****olu doprowadziła do sytuacji, kiedy łatwo jest mi mieć wyrzuty sumienia z powodu tego, że w weekend chcę odpocząć bo widzę, słyszę i wiem, że przecież wszyscy wokół pracują. Pracują na urlopach, w święta, ferie i inne dni wolne od pracy, w wakacje a podczas urlopu to już na sto procent. Tylko ja jakaś taka zmęczona jestem, potrzebuję się przejść na spacer lub wsiąść na rower po wielogodzinnym sterczeniu przed ekranem, mam chore oczy, cellulit i oponkę. Zwykle wstaję o 5 rano, robię kawę i odpalam laptopa a w nim skrzynkę mailową. Trzymając się zasad Work life Balance oraz zaleceń władz uniwersyteckich, chociaż piszę maile o 5 rano, nastawiam ich wysłanie na 7.30- 8.00 bo to zwykle czas, kiedy według regulaminu pracy UJ zaczynamy działać. Pomieszanie z poplątaniem przy zadaniowym czasie pracy a i tak mało kto przestrzega tych zapisów. Ja się staram i robię to dla siebie. Dla mojego kręgosłupa, ud i oponki. Wyjazd w weekend? "Ale ty dużo jeździsz". Wyjazd na wakacje? "Eeee ja w tym roku nie miałem wakacji bo pisałem projekt". Wyjazd na święta? "W święta to ja pracuję". Serio? A ja mam tego serdecznie dosyć i dlatego właśnie piątek to nie jest czas na maile ponieważ drugą godzinę zmuszam się do otwarcia skrzynki i zerknięcia, czy na dzisiejsze napisane o 5 rano maile otrzymałam odpowiedzi. Jednak nie, nie zrobię tego dzisiaj, świat mi się nie zawali. Świat zawalił się, kiedy nastolatka zabiła koleżankę, inna wyskoczyła z nożem na seniorkę, jeszcze inna chciała skoczyć z mostu do lodowatej wody a za śmierć Kamila Mrozka z Częstochowy nadal nikt nie poniósł konsekwencji. To też jest powód, dla którego długo nie pisałam bloga. Moja lista tematów nie nadążyła za rzeczywistością. Coraz więcej publikujemy, zbieramy punkty, wyścigujemy się na granty lub do tych bloków startowych jesteśmy zmuszani a tak naprawdę za wiele z tego nie wynika. Chcemy, aby AI projektowała nam rzeczywistość i życie w momencie, gdy dzieci to życie odbierają innym, chcą je odebrać sobie bądź je tracą. O co tu do cholery chodzi? Znowu odwołam się do swojego czasu matury, ponieważ to były wtedy moje rozkminy i jak widać, aktualnie nic się nie zmieniło i zmieniło się wszystko. W notesikach zapisywałam cytaty z "Dżumy" Camusa, "Małego Księcia" de Saint Exupery i "Ferdydurke" Gombrowicza. Jednak pytania podstawowe nadal nimi pozostały. Pozwalam sobie i ja w nich pozostać. Mam jeszcze trochę życia (chyba?) aby podążać ich drogą szukając odpowiedzi. Nie tacy jak ja szukali, wiem. Co z tego? Klęska urodzaju tematów zablokowała mnie w pisaniu. Uciekając od rzeczywistości cyfrowej założyłam kolejny z setek zeszycików i notesów, w których zapisuję rzeczywistość. Po godzinie 20.00 nie ma mnie w dostępności wirtualnej a i coraz częściej odkładam w ciągu dnia odpisywanie na smsy i wiadomości. Skrzynkę mailową mam tylko w przeglądarce, ani mi się śni zakładać aplikacji i innych elektronicznych smyczy. Nie odbieram telefonów od nieznanych i nie zapisanych numerów. Mimo tego kto chce, ma ze mną kontakt a najważniejsze jest to, że mam kontakt ze sobą. Obłożona książkami i kotami pragnę wrócić do rzeczywistości analogowej, radia i papierowej gazety. W dzień pracować i sobie żyć a w nocy spać. To takie proste. W moim noworocznym notesiku napisałam dwa słowa- motta: "POWOLI", "PO KOLEI", "ZWOLNIJ". Trzecie brzmi: "REALIZUJĘ TYLKO SWOJE CELE". Nieskończone możliwości kontaktu spowodowały to, że świat się rozbuchał. Ile to razy już powiedziałam w ubiegłym roku, że co chwilę każdy coś ode mnie chce? Nie wchodząc w szczegóły tutaj wiem już, że często realizowałam cudze cele i cudze marzenia. W tym roku chowam się trochę cyfrowo i głębiej oddycham. Już działa. Układam ważne zagadnienia i tematy, robię plany, definiuję cele, kartkę dzielę na pół na zielono zaznaczając te fragmenty rzeczywistości, które chcę mieć w swoim świecie a na czerwono te niekoniecznie. Tak, są tam też ludzie ponieważ czasami w ludziach również trzeba zrobić porządek kreśląc granice i definiując ich miejsce na planszy. Działa. Na początku roku akademickiego kierując się doświadczeniem z poprzedniego stworzyłam dla moich magistrantek (same kobiety cis płciowe więc języka z tą formą używam świadomie) kontrakt z dokładnymi deadline'ami w kwestii poszczególnych etapów pisania pracy magisterskiej. Doświadczenie, o którym piszę, było nad wyraz negatywne. Ja, zwykle otwarta na osoby studiujące, bez problemu łapiąca z nimi wspólny język, pomagająca jak tylko to możliwe, doświadczyłam porażki. Trzy osoby nie przystąpiły do obrony prac magisterskich, bo: nie chodziły regularnie na zajęcia i konsultacje, unikały spotkań lub przychodziły z pretensją, nie odpowiadały na maile, nie przyjmowały żadnych moich uwag. Pretensje dotyczyły tego, że one "muszą" studiować i pisać pracę magisterską, że ja im przeszkadzam w pracy zawodowej i w życiu, że one mają mnóstwo problemów życiowych a ja coś od nich chcę. Koniec końców jedna z nich powtarza rok, dwie odeszły z seminarium wcześniej skarżąc na mnie dyrekcji ponieważ w wakacje i podczas urlopu nie odpowiedziałam na maila a tam były "prace". Oczywiście "prace" to za dużo powiedziane niemniej podziękowałam paniom za współpracę. Nie wiem, co robią obecnie. Wiem jednak, co robią moje aktualne magistrantki. Systematycznie pracują nad pracą magisterską i są ze mną w kontakcie. Spowodował to wspomniany kontrakt, który na początku roku studentki miały przeczytać i podpisać. Ostatnio jedna z nich mi podziękowała za niego mówiąc, jak bardzo jej pomaga systematycznie pracować i trzyma w ryzach. Dwie prace mgr są już prawie gotowe chociaż obrony dopiero w czerwcu, inne studentki mają skończoną część teoretyczną i metodologiczną, skonstruowane narzędzia i realizują badania naukowe. Cóż. Ja od zawsze sama sobie organizowałam pracę, widać obecne pokolenie studenckie potrzebuje dostać tę logistykę z zewnątrz. Całe to przedsięwzięcie z kontraktem mocno mnie stresowało gdyż jak to ja mam mówić dorosłym ludziom, co mają robić. Myślałam, że studentki odbiorą to jako kontrolę i presję. Ja bym tak odebrała właśnie, zresztą w ich wieku byłam już matką i królową logistyki. Pozytywny feedback jednak wywrócił moje obawy do góry nogami. Istotą całej sytuacji jest magiczne słowo: GRANICE. Także w tym roku obok: POWOLI, PO KOLEI i ZWOLNIJ ważne są GRANICE. Dlatego nie otworzę już dzisiaj skrzynki mailowej bo piątek to nie jest dzień na maile. 

niedziela, 26 października 2025

DZIEWCZYNKI I KOBIETKI, CHŁOPCZYKI I...KRYZYS MĘSKOŚCI?

 czyli kto i z czym ma kryzys?

    Brałam wczoraj udział w organizowanej przez Urząd Miasta Krakowa konferencji dotyczącej męskości, zatytułowanej "Mężczyzna w centrum. Sytuacja chłopców i mężczyzn między przywilejem a wykluczeniem". Było to nad wyraz udane merytorycznie wydarzenie, sporo dobrych referatów popartych wynikami badań naukowych, danymi statystycznymi i faktami pozwoliło mi na ułożenie sobie w głowie kilku kwestii i zdefiniowanie fragmentów rzeczywistości. Uważnie przypatrywałam się uczestniczkom i uczestnikom, prelegentkom i prelegentom lecz i sobie, swoim reakcjom, odczuciom, myślom. Są takie kwestie, które człowiek układa sobie kilka razy w życiu, zmienia perspektywę, punkt widzenia, pogląd, rewiduje zdanie. Ja tym razem niewiele sobie w sobie zmieniłam a to dlatego, że mam poczucie, że rewolucyjne zmiany w mojej głowie mam już w życiu za sobą. Dotyczy to również kwestii płci, relacji damsko- męskich, kobiecość, męskości i wszelkich związanych z tą problematyką kontekstów. Konferencja dała mi nową wiedzę, pozwoliła poszerzyć perspektywę i to mnie bardzo cieszy, chociaż rdzeń mojego spojrzenia na problematykę pozostał nienaruszony. Jest on taki, że niezależnie od płci czasami ludzie mają ze sobą problemy, czasami są one spowodowane życiem osobistym, czasami nakłada się na nie kontekst kulturowy, cywilizacyjny, sytuacja w kraju i na świecie, a wcześniej jeszcze ukształtowanie przez wychowanie i proces socjalizacji. Koniec końców nic nie jest proste a efekt bywa piorunujący i każdorazowo wymagający indywidualizacji podejścia i dystansu. Kolejną rzeczą jest to, że dawno już przestałam reagować nadmiernie emocjonalnie na problematykę kobiecości, męskości, feminizmów i innych izmów ponieważ odnoszę wrażenie, że co mam wiedzieć to wiem a czego nie wiem to sobie doczytam a zresztą niewiele tego zostało. Temat jak każdy inny a życie toczy się dalej. Niezależnie od powyższego nurtują mnie raczej kwestie równości właśnie oraz ujmowania tego wszystkiego w kontekście praw człowieka. Dlatego bardzo mi odpowiada podejście proponowane przez Katarzynę Wojnicką w książce "Mężczyznologia" (PWN, Warszawa 2025). Autorka prezentując wybrane, najnowsze wyniki badań dotyczące mężczyzn w obszarach takich, jak m. in. związki, ojcostwo, zdrowie, praca, polityka, aktywizm, przemoc, wojna, itp. sugeruje tezę, że nie mamy do czynienia z żadnym kryzysem męskości lecz po prostu z pewną naturalną ewolucją spowodowaną kontekstami rzeczywistości. Przychylam się w pełni do tej tezy, co więcej, pozwoliła mi ona zupełnie inaczej spojrzeć na wyniki badań naukowych i przez ich pryzmat dokonać interpretacji rzeczywistości układając sobie w głowie rzeczy. Są jednak takie i tacy, którzy o kryzysie mówią i dla których ta kategoria jest ważna w próbach zrozumienia pewnych sytuacji dotyczących kobiecości i męskości. To też jest ok co nie znaczy, że nie mogę sobie od tego podejścia odejść. Ważniejsze dla mnie jest to, czego doświadczam i co obserwuję. Mam to szczęście, że w moim akurat związku kwestie damsko- męskie pływające w sosach z feminizmów, równości i innych poruszających dodatków są ułożone choć układane nigdy nie musiały być tak naprawdę. Po prostu pewne rzeczy są dla nas oczywiste i po co tracić czas na ich roztrząsanie. Jesteśmy osobami realizującymi się zawodowo z pełną satysfakcją, każde z nas robi swoją karierę, chociaż z racji przedmiotu zainteresowań zawodowych i pasji mocno nam się to wszystko przeplata i wieczorne rozmowy o kwestiach zawodowych nie są niczym nadzwyczajnym. Jasne, czasami fajniej jest porozmawiać o kolorze sukienki niż o linii postępowania w sytuacji zabójstwa nożem kolegi przez grupę młodych mężczyzn, fajniej na pewno również rozmawia się o planach wakacyjnych niż o kolejnych problemach w procesie tranzycji osoby nastoletniej. Jednak oboje mamy zgodę na to, że zawodowe rozmowy i wzajemna pomoc w rozwiązywaniu problemów z nimi związanych są ok. Jasna sprawa, jesteśmy na etapie życia z wychowanymi już dziećmi, zupki, kupki, pieluchy, szkołę i takie tam mamy niemal całkiem za sobą. Jest to nasze doświadczenie, pamiętamy je i nic z tego nie jest nam obce. Obecnie jednak dużo jeździmy bo taką mamy pracę, wspólnie odpoczywamy i nikomu nic do tego chociaż zawsze znajdą się osoby przekraczające granice i czepiające się naszego stylu życia lub go komentujące. Nie nasz to problem chociaż nic mnie tak nie irytuje, jak przekraczanie granic damsko- męskich. A kto wiesza pranie? Ktoś, kto akurat ma je pod ręką do powieszenia, kompletnie nie robimy z tego problemu. Nie ma też problemu z robieniem porannej kawy czy czegoś do jedzenia, zresztą najczęściej kupujemy gotowce bo nie mamy czasu więc odchodzą gary w zmywarce i różne takie. Zmierzam do tego, że co do zasady zafundowaliśmy sobie spokój oparty na wiedzy i rozumieniu kwestii damsko- męskich i rzeczy błache i kuchenne nie są naszym problemem. Rozumiem jednak, że nie wszędzie, nie zawsze i nie u wszystkich tak jest. Tylko czy my musimy ponosić tego konsekwencje? Nie dalej jak rok temu w Gdańsku odbył się kolejny Kongres Kobiet. Ucieszyłam się z zaproszenia, miałam prowadzić panel, tak zresztą się stało niemniej zamieszanie i chaos wokół jego organizacji a później przebiegu w różnych kontekstach relacji, związków- rozwiązków i niepoukładania sobie życia przez innych skutecznie mnie zniechęcił do tego wydarzenia i myślę, że raz na zawsze. Nie wchodząc w szczegóły sytuacja, której doświadczyłam, była na tyle kuriozalna, że nadal nie do końca mogę uwierzyć w to, co się wydarzyło. Otóż na Kongresie Kobiet zostałam agresywnie, werbalnie i niemal fizycznie zaatakowana przez młodego mężczyznę. Piszę "niemal fizycznie" gdyż w pewnym momencie stał nade mną oparty w bojowej pozycji o stolik i krzyczał. Zaatakował, bo śmiałam upomnieć się o to, że panel, w którym ów wspomniany mężczyzna brał udział, znacznie się przedłużał a on miał jeszcze tyle do powiedzenia, że nie mógł skończyć o czasie. Rozumiecie ten powód, jakże popularny w sytuacjach debat, kiedy to panowie dominują często w dodatku pouczając kobiety? Ja znam i to nie tylko z Facebooka i telewizora. Nie mówię, że kobiety nie pouczają kobiet lecz pominę to milczeniem bo dla mnie to dno. Nie mamy jednak kobiecego odpowiednika pojęcia mansplainingu, nie wiem czemu. Nie wierzycie, że to się wydarzyło? To jeszcze nic. Najlepsze było później, kiedy to nie kto inny jak kobiety- w większości współorganizatorki wydarzenia zaczęły agresora bronić i to do tego stopnia, że nawet dzień później niepokoiły mnie telefonami i mailami, które w dbaniu i trosce o siebie przestałam po prostu odbierać. Ciotki Gilead, strażniczki patriarchatu przekonywały mnie, że młody mężczyzna miał prawo mówić a poza tym on jest aktywistą, działa na rzecz młodych mężczyzn i nie może być tak, że mężczyzna mówi a kobieta go prosi aby skończył tylko dlatego, bo czas mu minął a następnie prosi organizatorki o zakończenie przedłużającego się panelu, bo kolejne panelistki czekają na swój panel a poza tym mają również swoje prywatne życie, zaplanowany dzień i różne takie. To co się dziwię, że pan się zdenerwował? No właśnie. Ważne jest to, co dodam, że dwie moje koleżanki prawniczki zareagowały na sytuację pisząc do mnie z troską, czy wszystko u mnie w porządku. Nie, nie były to organizatorki. Tomek z identyfikatorem "uczestniczka" (bawiło nas to sympatycznie i rozczulało) całą sytuację obserwował, notował zdarzenie i ufał, że sobie poradzę niemniej był obok, co mi dawało wsparcie. To nie zraziło jednak młodzieńca do robienia afery, zresztą krzyczał również na moje koleżanki- uczestniczki panelu. To był mój ostatni, jak się domyślacie Kongres Kobiet, jestem bowiem kobietą świadomie decydującą o swoim dobrostanie i potrafię siebie ochronić nie tylko używając umiejętności nabytych na treningach boksu. Na marginesie w stosunku do agresywnego młodego mężczyzny zastosowałam dokładnie te rozwiązania, których nauczyłam się na dwóch stopniach kursu Wen Do- samoobrony i asertywności dla kobiet i dziewcząt. Rozwiązania werbalne, asertywne, chroniące siebie. Nomen omen kurs Wen Do został sprowadzony do Polski przez feministki, z których niektóre były na kongresie. W tym roku Kongres Kobiet odbywał się w Katowicach. Jeśli myślicie, że ktosia się do mnie odezwała, szczególnie z pouczających mnie ciotek Gilead i strażniczek patriarchatu, to jesteście w błędzie. Napisała jedna tylko z koleżanek, czy będę. Odpowiedziałam, że nie- nie pytała o powody. Niemniej to był moment, gdy byłam gotowa zacząć o nich głośno mówić i pisać, co ostatecznie znajduje odzwierciedlenie tu i teraz bo o tym czytacie. Czy przestałam być feministką? Nie. Czy zaczęłam nienawidzić mężczyzn? Nie. Czy przestałam lubić kobiety? Nie. Bo zupełnie nie o to w tym wszystkim chodzi. Chodzi o to, aby chronić się przed ludźmi, którzy wam jakkolwiek szkodzą i trzymać relacje z tymi, którzy powodują, że odczuwacie satysfakcję z kontaktu. Tyle. Płeć nie ma tu nic do rzeczy podobnie jak włosy pod pachami czy kolczyki w nosie. To wy decydujecie i tylko wy. Tak też ja zadecydowałam o sobie. Martwi mnie jednak coś innego i tu wrócę do wczorajszej konferencji. Był sobie wczoraj pan, który przyszedł z książką i epatował nią bardzo twierdząc, że tylko on dzisiaj ma ze sobą książkę. Łatwo się domyślać mojej miny i tego, jak zareagowałam, zresztą w śmiechu wtórowała mi koleżanka, pod której krzesłem leżała torba książek. Pan w wielkim skrócie zaczął opowiadać, że jego fundacja promuje czytelnictwo u chłopców, bo chłopcy nie czytają a książki nie są do nich dostosowane ponieważ są o emocjach a nie o wojnie, broni i majsterkowaniu. Dowiedziałam się, że chłopiec musi mieć książkę o byciu inżynierem na przykład, musi być w niej dużo obrazków i krótkie teksty dużymi literami, nie może być o emocjach i dziewczynach a w ogóle to żaden chłopiec nie przyjdzie na targi książki, jak nie będzie na nich czołgu. Nie wiem dlaczego, w tym właśnie momencie przypomniało mi się, że niedawno był obchodzony Dzień Dziewczyn i pamiętam, że na słowa Ministry Edukacji zwrócone do dziewczyn nazywanych właśnie "dziewczynkami" zareagowałam dokładnie tak, jak na tego pana. Moje ciało zaszalało wielkim poruszeniem więc wiedziałam, że coś tu jest nie tak. Zirytowałam się, zresztą podobnie, jak siedząca obok mnie wczoraj koleżanka. Po głowie tłukło mi się jedno pytanie, a mianowicie: po co ta cała wiedza, którą mamy, po co takie konferencje, spotkania, wyniki badań i mnóstwo innych działań, jak jako społeczeństwo wciąż tkwimy w tak dużej ignorancji i w tak głębokim patriarchacie jako systemie mentalnym i związanym z przemocą symboliczną, że nie mam zielonego pojęcia, jaka maszyna może nas z tego wyciągnąć. Może faktycznie czołg? Pojęcie "dziewczynki" jest tak upupiające jak tworzenie artefaktów socjalizacyjnych mówiących o tym, że każdy chłopiec pragnie być żołnierzem. Zresztą również na słowo "kobietki", szczególnie z męskich ust mam drgawki. Kiedyś pamiętam, jak na jednej z obron doktoratu wstał pewien człowiek i zapytał: "czy jeśli w prezentacji wyników badań używamy słowa "dziewczynki" to analogicznie powinnismy używać słowa "chłopczyki"? Jak to państwu brzmi? Mamy tak zryte głowy patriarchatem, że oczywiście "dziewczynki" brzmią ok a "chłopczyki" nam zgrzytają. Podobnie, jak niektórym zgrzytają słowa takie, jak doktora, profesora, ministra, prezeska, premierka lecz już sprzątaczka, służąca i za przeproszeniem prostytutka nikomu nie zgrzyta. Czujecie to? Kilka dni temu jedna z gazet opublikowała wielki tytuł "feministka może najbardziej na świecie pragnąć dziecka" wywołując tym sensację, emocjonalne dyskusje, akty nienawiści cyfrowej i jakieś kompletnie dla mnie niezrozumiałe reakcje. A czemu niby feministka nie mogłaby chcieć mieć dziecka? Jak chce to niech ma a jak nie chce to niech nie ma. Jak dokładnie każda inna osoba z macicą. Czy to jest kryzys? Nie. To jest stan mentalności uwikłanej w patriarchat. Bo kryzys oznacza stan potencji do zmiany, rozwoju, tworzenia czegoś nowego a ja odkąd pamiętam i odkąd zaczęłam się interesować właśnie feminizmem, czyli już jakieś 30 lat, wciąż słucham tego samego i czytam to samo. A raczej już nie słucham i nie czytam chyba, że znajdzie się jakaś interesująca faktycznie książka jak ta Katarzyny Wojnickiej. Dlatego też z wielkim dystansem pojechałam wczoraj na tę konferencję i na szczęście byłam bardzo mile zaskoczona i podbudowana szczególnie postawą tych osób, niezależnie od płci, które chciały słuchać, rozmawiać, pytać i szukać wspólnie odpowiedzi a dominującymi kontekstami była kategoria równości i praw człowieka nie zaś to, kto kogo bardziej nienawidzi i co zrobić, aby było gorzej. Ponieważ wszyscy czasami stosujemy przemoc i jej doświadczamy, czasami lubimy o emocjach a czasami o przygodach z błotem na ubraniu, czasami płaczemy a czasami chcemy się bić (no ok chodzi mi o sztuki walki!), czasem cierpimy a innym razem czujemy szczęście, jesteśmy wrażliwi lecz i gruboskórni oraz fajnie, jak wspieramy słabszych i upominamy się o ich prawa, staramy się być sprawiedliwi jako ludzie a jeśli ktoś ma kryzys, szukamy rozwiązania. Razem. Acha, no i  chyba nikt nie lubi wojny i wszyscy się jej boimy?


piątek, 5 września 2025

MUSISZ SOBIE ZAUFAĆ KASIA...PO PROSTU SOBIE ZAUFAJ

Kasiu!
Zawsze nam się wydaje, że mamy tyle czasu...

To ona? Zapytałaś kolegi, kiedy się pojawiłam. Nie miałam Kasia pojęcia, że otrzymam tę nagrodę i że to Ty mi ją wręczysz. To był trudniejszy czas, niby po pandemii lecz nadal byliśmy pochowani w domach. Postanowiłam jednak przyjechać do Warszawy bo pomyślałam sobie aaaa co tam, spotkam się ze znajomymi, pewnie kogoś poznam, będzie super. Ty pojawiłaś się pierwsza, pamiętasz? Chociaż wciąż mówiłaś to jednak milczałaś znacząco i ani słówkiem nie pisnęłaś, że dostanę nagrodę Janusza Korczaka i że to Ty mi ją wręczysz. Miałaś czerwoną sukienkę. Gala rozpoczęła się sympatycznie i po jakimś czasie usłyszałam, że jest w Polsce badaczka, która realizuje badania naukowe w terenie i nie napisała ani jednego słowa o dziecku ulicy nie patrząc mu wcześniej w oczy. "To o mnie, o Boże!" powiedziałam dosyć głośno z ostatnich rzędów teatru. Przecież w życiu bym nie przypuściła Kasia, że to o mnie mówisz i że to ja zasłużyłam na jakąkolwiek nagrodę w życiu. Tacy ludzie jak ja raczej nie dostają nagród. Uwierzysz, że nie miałam ułożonej tej mowy? Wiesz... to wszystko o tej zupie pomidorowej, którą nakarmiłam dziecko holocaustu, to był free style. Serio! A w swoim życiu nakarmiłam zupą pomidorową dziecko holocaustu na prawdę i było to tak, że miałam sąsiadkę, która jako mała, żydowska dziewczynka była ukrywana przez Polaków, wcześniej przewinąwszy się przez Krochmalną u Korczaka. Pani Elunia jako już sędziwa staruszka zapukała pewnego dnia do moich drzwi i zapytała, czy mam coś do jedzenia bo jest głodna. Miałam w lodówce zupę pomidorową, odgrzałam i nakarmiłam panią Elunię, moją żydowską dziewczynkę. Wniosek jest taki i wciąż aktualny: zawsze miejcie w lodówce zupę bo nigdy nie wiadomo, kogo przyjdzie wam karmić! Brawa. Byłam tak oszołomiona. Wręczyłaś mi statuetkę i gdy schodziłam ze chodów, bardzo oślepiało mnie światło. Zeszłam z nich prosto w ramiona siostry Małgorzaty Chmielewskiej, która powiedziała: "zawsze mówiłam, że w Polsce są dzieci ulicy i nikt mi nie wierzył". Później było bardzo miło. Zdjęcia, rozmowy, przekąski. Pamiętasz rozmowę z Wandą Traczyk - Stawską? A nasze selfie? Ile tam było silnych kobiet. Wiedźmuchy.
Kasia, dziękuję Ci za zaproszenie do audycji w Radio Trójka. Wiesz, że łykałam łzy jak Hania nas uczyła o tym, że każdy człowiek zasługuje na uwagę i wsparcie? Kasia! Mamy cudowne zdjęcie, jak w naszych dorosłych dłoniach trzymamy dłoń Hani. To jest dopiero siła sióstr! Dziękuję Ci, że poznałaś mnie z Hanią. Została moją nauczycielką. Poszłyśmy później na kawkę a ja uczyłam Cię po drodze czytania miasta, kibolskich wlepek, haseł i barw. Pamiętasz ten rower, z którego panu wypadł kwiatuszek? Umówiłyśmy się wtedy na buszowanie po mieście i szwendanie po ulicach oraz czytanie miasta. Chciałaś się uczyć ode mnie ulicy. Chciałaś poznać metodę czytania miasta. Dla dzieci. 
Kasia, dziękuję Ci za to, że uczyniłaś mnie ambasadorką programu "Dzieci mają głos". Kurcze powiem Ci, że one naprawdę mają głos. Pamiętasz tego chłopca, który Ci mówił, abyś zaufała? Napisałaś mi wtedy, że w kilka minut ustawił Ci serce. Odpowiedziałam Ci, że to nauczyciel, guru, co z sanskrytu oznacza "ciężki od wiedzy". Takie były te nasze pogaduchy. Ostatnio doszłyśmy do wniosku, że czas najwyższy znowu się spotkać, bo mamy zaległe tematy, chwile, rozmowy...tyle zaległości. Czas je uzupełnić. Kasiu..
Dziękuję Ci za wsparcie Ewelinki. Dla niej byłaś jedną z najważniejszych osób w życiu, bo jej nie przekreśliłaś i doceniałaś. Ewelinka jest tego warta i Ty to wiedziałaś.
Dzisiaj rozmawiałam z Anią i mówiłyśmy o tym, że będziesz prowadziła panel na Kongresie Kobiet, na który ja się nie wybieram. Miałam Ci opowiedzieć, czemu. Ania już wiedziała. Rozłączyłyśmy się bo Ania była w pociągu i rwało jej zasięg. Kliknęłam zakończenie rozmowy. Drugi klik był na fb. Odruchowo. Wyszło mi Twoje zdjęcie. Na czarno- biało. Kasia...
Daj znać, czy to jest prawda, że tam jest dużo dzieci, ok? I daj znać, co takiego mówią. Koniecznie. Proszę. Kasiu..acha i pamiętaj: po prostu sobie zaufaj. Nasze spotkanie aktualne Kochana!
Kasia...


TAK ZWANY SYSTEM UKARAŁ DWÓJKĘ DZIECI ZA TO, ŻE NIE OGARNIA SAM SIEBIE...

i co zaginięcie nastolatki z dzieckiem ma wspólnego z "edukacja zdrowotna Gate"?

    Będzie o nastolatce, której rodzina, społeczeństwo a w efekcie tak zwany system najpierw zepsuli życie a później zepsuli je jeszcze bardziej i chyba na zawsze. Minęło trochę czasu od momentu, kiedy wszyscy czytaliśmy z emocjami informację o poszukiwaniu 17- letniej matki i jej kilkumiesięcznego synka. Narracja w alertach była różna, początkowo przeważała raczej piętnująca nastolatkę traktując ją, jak porywaczkę własnego dziecka, co samo w sobie jest absurdalne, na przykład: "Poszukiwana jest 17- latka, która zabrała z placówki prowadzonej przez pieczę zastępczą swojego 5- miesięcznego synka". Rozumiecie? Poszukiwana. Zabrała. Inny przykład: "Zaginął 5- letni chłopiec zabrany przez swoją 17- letnią matkę z pieczy zastępczej". Zaginął. Zabrany. Celowo podkreślam te słowa aby uwypuklić kilka spraw. Pierwsza to kwestia nastoletniego macierzyństwa. O ile jeszcze niecałe sto lat temu było ono swoistą normą i na dobrą sprawę nasze babki w tym wieku bez problemu rodziły pierwsze dzieci, o tyle obecnie jest ono potępiane, naznaczane, tabuizowane. Nie znaczy to, że jestem zwolenniczką nastoletniego macierzyństwa, w obecnej sytuacji kulturowo- cywilizacyjnej i specyfice rozwoju dzieci i młodzieży spokojnie można sobie to odłożyć na późniejszy etap życia. Z naciskiem na spokojnie, to znaczy bez potępiania, lęku, niepotrzebnych emocji. Obecnie potępiane jest nie tyle samo wczesne macierzyństwo co nastoletnia, w tej sytuacji niemal pełnoletnia matka. Kulturowo, cywilizacyjnie i religijnie niejako automatycznie przychodzi społeczeństwu stygmatyzowanie nastoletniej matki, bo przecież skoro ma dziecko, musiała uprawiać seks a skoro go uprawiała to znaczy, że się puszczała, dawała każdemu, prowokowała, uwodziła, nosiło ją. Ciekawe jest to, że w setkach komentarzy mowa była niemal wyłącznie o dziewczynie. Narracji z podtekstem o niepokalanym poczęciu i czystości dziewic nie było w stanie przebić nic. Przecież Polacy nie uprawiają seksu a jeśli już, to tylko w celach prokreacyjnych, usankcjonowany, czysty, pozbawiony przyjemności i paradoksalnie bliskości. Tak? No nie ha ha ha. O tacie dziecka nikt nie wspominał no, chyba że w kontekście oburzenia o to, że nastolatki w Polsce uprawiają seks a ojciec dziecka jest na pewno uzależnionym patusem. Wniosek jest taki, że jeśli już nastolatki uprawiają seks to muszą pochodzić ze środowisk wykluczanych, ubogich i patologicznych a ich zachowanie jest zdemoralizowane, brudne, niemoralne. Zakładając, że zgodnie z naukowymi raportami medycznymi, na całym świecie wiek inicjacji seksualnej to średnio 17 lat, w Polsce ma ona miejsce średnio w wieku 15- 17 lat czyli zasadniczo nie odbiegamy od danych światowych*, to każda zdrowa, normalnie rozwijająca się osoba nastoletnia po prostu myśli o seksie a część z nich ten seks zaczyna uprawiać niezależnie od pochodzenia. Czasami z aktu seksualnego powstają dzieci, taka prawda. Wiem, że w kontekście ogromnej afery "edukacja zdrowotna Gate" brzmi to jak herezja i treść zakazana. Wracając do nastoletniej porywaczki własnego dziecka, druga kwestia jest taka, że 17- latka z punktu widzenia prawa również jest dzieckiem. Kategoria dzieci od około 13-18 roku życia zachodzi na kategorię młodzieży, lecz tylko w aspekcie socjologicznym, nie prawnym, a od 11- 19 roku życia mamy nastolatki, jednak te do 18 roku życia to dzieci. Upominając się o nastoletnią dziewczynę i jej prawa jako dziecka dowiedziałam się w komentarzach, że jestem "czubem". Pisząc o tym, że w akcie seksualnym bez zabezpieczenia może dojść do zapłodnienia i tym samym po 9 miesiącach rodzi się dziecko, zadano mi natomiast pytanie: "A skąd masz takie lewackie mądrości?". Wkrótce narracja o poszukiwaniach dwójki zaginionych zmieniła się i m. in. na moją sugestię zaczęto pisać: "Zaginęło dwoje dzieci, 17- letnia matka i jej 5- miesięcy synek". Tutaj już jak widać nie mamy porywaczki zabierającej dziecko, lecz nastolatkę która razem ze swoim biologicznym dzieckiem zaginęła i nie wiemy, gdzie przebywa. Brzmi lepiej, prawda? Ucięło to również część negatywnych komentarzy pod adresem dziewczyny bo zapewne część komentariatu zdała sobie sprawę z tego, że oto szukamy dwoje dzieci, które nie wiadomo, gdzie przebywają i w jakim są stanie, a mija już druga doba. Koniec końców dziewczyna się odnalazła cała i zdrowa a wraz z nią synek. Sąd rodzinny momentalnie, jakby miał przygotowane papiery, pozbawił ją wszelkich praw do swojego dziecka, odizolował w młodzieżowym ośrodku wychowawczym, dziecko odebrał i nie wiadomo gdzie przebywa a już z pewnością ona jako matka długo się tego nie dowie. Pojawiła się nowa narracja o dziewczynie. O tym, że od dziecka były z nią problemy bo rodzina patologiczna, alkohol, agresja, matka zmarła, siostra w roli pieczy zastępczej nie mogła sobie poradzić z szalejącą nastolatką. Alkohol, środki odurzające, towarzystwo. Znowu piętno. Rodzina zastępcza wypowiadała o dziewczynie same negatywy, m. in. że nie potrafiła się dobrze zająć dzieckiem. Ręka w górę wszystkie nastolatki, które potraficie dobrze zająć się dzieckiem? A więc to tak. A nie mówiliśmy? Jednak dziewczyna okazała się zdemoralizowana i puszczalska. Ku uciesze gawiedzi dobrze jej tak, że sąd jej zabrał dziecko. Nie zdarzyło mi się jednak w ani jednym komunikacie, narracji, komentarzu przeczytać o tym, czy sąd wysłuchał nastolatki w obecności psychologa lub innej osoby uprawnionej? Czy w ciągu 17 lat życia dziewczyna usłyszała o sobie coś dobrego? Czy miała przespane noce? Czy miała przy sobie dorosłą osobę, na której mogła polegać i zaufać na tyle, aby nie mylić pragnienia miłości i bliskości z drugim człowiekiem z seksem ze swoim kolegą? Czy ktoś jej dał do torebki prezerwatywę? Czy ktoś z dorosłych zechciał poznać jej chłopaka, wziąć ich na kawę i porozmawiać oraz oczywiście również jej chłopakowi wpakować do ręki prezerwatywę? Czy ktoś był z nią jak rodziła? Czy ktoś porozmawiał z tym chłopakiem, że zostanie ojcem i co to znaczy dla nich, dzieci pochodzących ze środowiska, gdzie ojciec albo jest pijany, albo bije matkę albo siedzi w więzieniu albo jest NN bo sobie poszedł w świat lub matka nie chce ujawnić, kto nim jest? Niegdyś wybitny pedagog Stanisław Jedlewski powiedział ważne dla mnie słowa walcząc o młodzież pozbawioną dobrych szans życiowych: "system to ludzie". W tej sytuacji, sytuacji nastoletniej dziewczyny będącej matką system ukarał nie tylko ją lecz i jej dziecko, ponieważ zespół zaburzonych więzi (Reactive Attachment Disorder) chłopiec ma gratis w pakiecie. W dwójkę zostali ukarani za to, że praktycznie od początku ich życia system nie potrafił sobie dobrze, mądrze i zgodnie z osiągnięciami nauki czy też zgodnie z wiedzą o dobrych praktykach poradzić z troską, opieką, wychowaniem dwójki a może i trójki nawet, biorąc pod uwagę ojca chłopczyka, dzieci. System to ludzie. Z tym, że niektórzy nie potrafią nazwać części ludzkiego ciała i procesów w nim zachodzących, odróżnić owulacji od menstruacji, nie potrafią nauczyć się jednego podręcznika do psychologii rozwojowej czy też pedagogiki, aby zrozumieć procesy, mechanizmy, uwarunkowania, tendencje, związki przyczynowo- skutkowe. Najgorsze jest to, że to właśnie ci ludzie decydują o losie najsłabszych i zwykle niestety są to decyzje piętnujące, potępiające i karzące a u ich podstaw leży ignorancja. Problem nastoletniego macierzyństwa w Polsce jest ogromny, znaczący i nie rozwiązany zarówno na gruncie prawnym jak i opiekuńczym, jednak praktyki innych krajów pokazują, że możliwy do objęcia działaniami. Większym problemem dla mnie jest zabetonowana mentalność niektórych dorosłych, z nią bowiem niewiele zrobimy a część osób kierujących się wiedzą i działających na rzecz praw dzieci najsłabszych społecznie, niewidzialnych, pozbawionych dobrych szans życiowych będzie nadal uważana za "czubów". 

*Raport "Wiedza na temat zachowań seksualnych młodzieży w Polsce i na Białorusi" 2024, dr. n.med. i n. o zdr. Agnieszka Szyszko- Perłowska, prof. hab. dr. n. med. Elżbieta Krajewska- Kułak, dr hab. n. o zdr. Andrzej Szpakow.

piątek, 22 sierpnia 2025

NA MIŁY BÓG DLACZEGO NIE MÓWIMY O TYM CO NAS BOLI OTWARCIE?*

 a później zostają po tobie teksty...

    Po mnie zostaną książki, dlatego je piszę. Wiem i robię to celowo. Bo tak. Bo chcę. Z premedytacją bo jak szlag trafi Internet to wszystkie te artykuły za milion punktów pochłonie czarna dziura. Chcę zostawić coś, co kiedyś powie ludziom, że byłam. Takie jakby graffiti tylko nie na murze lecz w bibliotece. Znak, że oddychałam, myślałam, płynęłam pod prąd. Zawsze. Bo tylko zdechłe ryby płyną z prądem. Ha! A ja czasem dobra, czasem zła, czasem z ludźmi lecz częściej obok, lecz istniałam. To nie będzie jak widać wpis o Staszku Soyce, chociaż może trochę? Staszek Soyka był ze mną od bardzo dawna. Był, odkąd pamiętam. Pewnie to doświadczenie generacyjne, bo to samo powiedział rano Tomek: "był, odkąd pamiętam". No ja pamiętam naigrywanie się z niego dorosłych w moim- nie moim życiu. Dziwak. Dziwnie śpiewa. Robi miny. A ja Staszka Soykę lubiłam słuchać, bo był cały muzyką. Dlatego w moim życiu był. To znaczy dokładnie była jego muzyka, wiadomo, lecz ja jak to ja, wchodzę cała w życie i na sto procent. Moja koleżanka powiedziała kiedyś: "ty to jesteś tak po całości w życiu". No więc jak była muzyka to i Staszek był. Pierwsza kaseta, cztery chwyty na gitarę i "Tolerancja" spod moich palców wybrzmiewała, gdzie tylko się dało. Na ognisku klasowym, na komersie, w szkole muzycznej, na oazie. Później mnie z niej wyrzucono, bo ha ha ha byłam niegrzeczna i się buntowałam. Jak ja się teraz cieszę, że wyleciałam z oazy. "Na miły Bóg!" Co to była za destrukcja i patologia i to w najmniej witkacowskim znaczeniu. W harcerstwie też mnie nie było bo nie dałam się zamundurować. Zresztą byłby ze mną ogromny problem. Zaczęłam jednak pewnego dnia kminić teksty Staszka Soyki. Żyć nimi. Wiecie: kaseciak, w gotowości ołówek bo ten mój kaseciak z komunii to ciągle żarł taśmę. Tekst " Tolerancja" był najbardziej obecny, bo jakoś tak czułam, że coś w tym świecie nie kombi. Widzę w telewizorze wojnę a ludzie mówią, że o pokój walczą. Widzę nienawiść a oni, że z miłości. Widzę przemoc a słyszę, że czasami jest usprawiedliwiona. Widzę nażartych ludzi mówiących o głodzie na świecie i płaczące dzieci z komentarzem o prawach dziecka. Coś nie halo świecie się tu odbywa. I ja jak to ja, patrz wyżej, na sto procent i po całości. Zaczęłam się zastanawiać, ale właściwie to dlaczego nie mówić tego, co mnie boli, otwarcie? A mnie bolało wiele, oj wiele. Wszystko mnie bolało. Życie mnie bolało. Niesprawiedliwość, wykluczanie, głupota, przemoc. To była późna podstawówka. Taka się już urodziłam. Jak nauczycielka miała problem, mówiłam: "problemy moje, twoje, nasze boje, polityka"**. Oczywiście sypały się negatywne oceny z zachowania bo pyskowałam. Rozumiecie poziom ignorancji? Ja jej cytat Mistrza a ona, że Michelówna pyskuje. Z drugiej strony grałam na gitarze i śpiewałam, więc to jakoś wyrównywało bilans i nadawało balans, choć i tak zwykle nikt nie wiedział w szkole, co ze mną zrobić. Bardzo zdolna ale bardzo niegrzeczna. Mądra ale krzykliwa i wulgarna. Niby gra na tej gitarze i dobrze się uczy lecz pyskuje. Swoją drogą tak między nami niemal wcale się nie uczyłam bo nie miałam na to po prostu czasu. Szkoła była dla mnie bardzo nudna i totalnie nie potrafiłam się tam odnaleźć no a później już nie chciałam bo to była część mojego dziecięco- nastoletniego manifestu. Czytałam sobie za to książki, szwendałam się po parku i po lesie, rozmawiałam egzystencjalnie i filozoficznie z kim tylko mogłam, słuchałam muzyki, grałam i śpiewałam. Szkoda, że w nauczycielach nie miałam zwykle partnerów do tych rozmów. Trudno. W szkolnych podręcznikach nie było dla mnie za bardzo nic ciekawego, za to w książkach z biblioteki wiele. Panie z biblioteki już przymykały oko na to, co pożyczam, bo to wymykało się wszystkim i w pewnym momencie przestały pytać, do której chodzę klasy. To nie miało sensu. Wiele było też w tekstach muzycznych Staszka Soyki, Ryśka Riedla, Marcina Świetlickiego. Chłonęłam je, spisywałam do notesików, podkreślałam cytaty, nuciłam na lekcjach. No to słyszałam "Michelówna nie śpiewa" i pyk ocena negatywna z zachowania. Tak przygotowywałam się do matury. Na tych tekstach czytając opracowania z lektur na studia, które podesłała mi koleżanka z I roku filologii polskiej. Zresztą zdałam na celujący analizując jakieś tam zagadnienie dotyczące egzystencjalizmu, cytując Sartre'a, Camus, Kierkegaarda, Witkacego, Gombrowicza i Riedla. Tego Riedla. Ryśka. Na nich budowałam tożsamość i śmiało mogę powiedzieć, że zrobiłam maturę z tekstów Ryśka Riedla i jeszcze kilku freaków. Nie było tego durnego klucza gdyż to były jeszcze te czasy, kiedy ceniono samodzielne myślenie nastolatków i wspierano ludzi twórczych, nie zaś niewolników systemu. Polska tyle co odzyskała wolność i wtedy jeszcze ją szanowano. Zresztą i tak bym nie pisała matury zgodnie z kluczem. O zgrozo! Byłam przekleństwem polskiej edukacji. Nadal jestem. "Na moim podwórku blues..."***.

    Dzisiaj rano dotarła do mnie wiadomość o Staszku Soyce. Wstaję bardzo wcześniej, oczywiście dla niektórych ponieważ dla mnie to jest bardzo ok, czyli o 5.00. Mój tryb funkcjonowania to 5.00-22.00 i jak mi ktoś to zaburza to nie ręczę za siebie. Trochę to pobudka jogowa a trochę taka po prostu lecz najważniejsze, że dostosowana do mojego funkcjonowania. Cudze mnie w tym wypadku średnio interesuje. Noc jest od spania, dzień od działania i kropka. W tym porannym budzeniu też jest taki Staszkowo- Sojkowy "cud niepamięci". Cały niemal świat jeszcze śpi a ja już nie i doświadczam, jak "budzi się z nocy nowy dzień, nieskalany, czyta niebo, co było wczoraj odeszło w cień.."****. W szkole jak mi coś nie pasowało bo było niesprawiedliwe, to mówiłam: "wszyscy równi wobec czasu i płomienia"*****. Oczywiście znowu obniżone zachowanie Michelówna. No i dzisiaj rano wstałam sobie i czytam, że Staszek Soyka umarł. Nie żyje. Odszedł. Jego dusza opuściła ciało. Już go nie ma. Staszka nie ma bo ciało jest. Jeszcze. W tym roku na wyprawie rowerowej to mnie męczyło. Bo jazda na rowerze może być medytacją. Dla mnie jest. I kręcę w myślach: jak to jest, że jesteś i nagle Cię nie ma? Moment. Jak cię nie ma to gdzie jesteś? Może za chwilę mnie nie będzie? A może Tomka? Większość ludzi załatwia sobie te odpowiedzi wiarą. Co to, to nie ja. Większość dzieci i nastolatków o tym rozmyśla. Na szczęście. I co? I załatwia im się to wiarą. Lecz to przecież nie jest takie proste i nie każdy da sobie wcisnąć różne opowieści bo problem zostaje: co się z nami dzieje, jak nas już nie ma? Wiem, wiem, nie tacy jak ja zadawali sobie to pytanie. Niemniej ja zadawałam je sobie obsesyjnie kręcąc na rowerze. No bo po co to wszystko? To znaczy jest tak: jedziesz, już sobie myślisz, co masz do zrobienia po powrocie, ile zaległości i w ogóle a tu nagle pyk i cię nie ma. I wtedy nie masz nic, ale i świat nic nie ma z ciebie. Było minęło. To może odpuścić? I kręcę dalej. I tak codziennie i w kółko. To po co robimy to, co robimy? Czy ma nam być przyjemnie i "tu i teraz", czy może mamy jakiś jeszcze cel? A co będzie, jak umrę? Jak się rozchoruję? Jaki sens będzie miało to wszystko niedokończone, na przykład w pracy? Awanse, "niuanse, sensacyjne seanse"*****. Dotarliśmy rowerami do zamku Kronborg w Helsingor w Danii. Nasz kamping był niespełna kilometr od niego i tam rozbiliśmy namiot. Hamletowskie pytanie o to, czy być czy może nie być wywiercało mi dziurę w głowie. 

    Zwykle za mówienie otwarcie tego, co mnie boli, obrywałam. Obrywam nadal i pewnie obrywać będę. To obnaża dualizm ludzkiej natury. Kocham słowo "demaskuje". De- maskuje. Obdziera z maski. Zdziera z człowieka maskę. Król jest nagi. Dualizm systemu wartości, norm, zachowań. Fałsz jest immanentną cechą człowieka. Bo człowiek zrobi bardzo dużo, aby konformistycznie przypodobać się grupie. Wtedy nie mówi. Albo mówi nie tym, co trzeba. Albo mówi jednym na drugich. Nieliczni tylko mówią co myślą, i za to obrywają. To chyba jest dla mnie jedna z odpowiedzi na pytanie z piosenki Staszka Soyki o to, "dlaczego nie mówimy o tym, co nas boli, otwarcie?". Bo obrywamy. Jesteśmy wykluczani. Uciszani. Upominani. Spychani na margines. Izolowani. Zostawiani sami sobie. Wybór i ryzyko z tym związane zależą od nas. Ja już wybrałam, więc na pytanie o to, "dlaczego nie mówimy o tym, co nas boli otwarcie?" odpowiadam: a dlaczego nie? I mówię. 

Staszku Soyko! Dziękuję Ci. Za kasety. Za cztery chwyty na gitarę. Za to, że mnie podjudzałeś do myślenia i buntu. Za ten koncert jak miałam 19 lat. Za Twoje miny. Za przeżywanie muzyki. Za "cud niepamięci" bo "są na tym świecie rzeczy, których nie można kupić"******. Puszczam ci oko Staszku Soyko, bo ty już wiesz, że są.


*Parafraza tekstu "Tolerancja" Staszka Soyki

** Fragment piosenki "Tolerancja" Staszka Soyki

***Fragment piosenki "Cud niepamięci" Staszka Soyki

*** *Tamże.

***** Tamże.

***** Fragment piosenki "Jestem Bogiem" Paktofoniki, śpiewa Magik

*******Fragment piosenki "Są na tym świecie rzeczy" Staszka Soyki

środa, 20 sierpnia 2025

POLSKI "ROSZCZENIZM" A SKANDYNAWSKIE HYGGE

    czyli "za co moje dziecko ma jechać na wakacje i czemu to ja mam je utrzymywać?"

    W te wakacje kilkakrotnie natknęłam się w mediach na artykuły o tym, jak to rodzice w Polsce narzekają na to, że nie stać ich na wakacje dla ich własnych dzieci. Nie stać ich również na wczasy i w ogóle na życie ich nie stać skromne a co dopiero na to, aby własne dziecko utrzymać. Rodzice są dodatkowo wypaleni rodzicielstwem, zmęczenie generuje brak motywacji i czują się bezradni wobec braku pomocy ze strony państwa. Po przeczytaniu pierwszego tekstu przymknęłam oko niemniej po trzecim zaczęłam się zastanawiać, o co właściwie chodzi? Tym bardziej, że mowa była zwykle o rodzinach z przeciętnymi dochodami, z dwójką pracujących rodziców i nie rzadko jedynakiem. Przed wyjazdem na wyprawę rowerową do Skandynawii miałam w sobie taką myśl i konkluzję, że wygląda na to, iż obowiązki rodzicielskie w Polsce sprowadzają się do coraz popularniejszego narzekania, że "osiemset plus to za mało". Tym samym podstawową funkcją rodziny stała się funkcja roszczeniowa z pretensją do świata o to, że rodzice muszą wychowywać i utrzymywać swoje dzieci. Funkcji roszczeniowej rodziny jeszcze nikt w żadnym podręczniku nie opisał co nie oznacza jak widać, że nie istnieje. Przyznam również, że z lekkim zażenowaniem czytałam komentarze niektórych obywatelek i obywateli pod jednym z moich komentarzy wyrażających niezrozumienie dla tej roszczeniowości w kontekście wiedzy o świadczeniach, które każda rodzina z dziećmi otrzymuje od państwa to znaczy dokładnie od nas i z naszych podatków. Pomijam kwestie językowe czy sposób komunikacji, obecnie coraz częściej spuszczam na to zasłonę milczenia. Jeśli połowa Polek i Polaków popiera przestępców oraz zachowania na granicy prawa, prezentuje postawy takie jak rasizm i promuje nienawiść, nie dziwi mnie sposób komunikacji. Zresztą i mnie czasami wyrwie się coś niecenzuralnego w obronie przed draństwem. Komentarz mój ten konkretny związany był z opisywaną w jednej z gazet sytuacją, w której to rodzice kilkulatka, domniemywam- jedynaka, skarżą się na to, że nie stać ich, aby dziecko spędziło wakacje na obozie a jeśli nawet, to obóz i tak trwa tylko 10 dni, maksymalnie dwa tygodnie a wakacje dwa miesiące. Oni wezmą kolejne dwa tygodnie urlopu aby jechać na wczasy i co dalej? Pytają zrozpaczeni. Babcia nie chce, aby jej "podrzucić" wnuka i koniec końców jest to powód pretensji i roszczeń do państwa. Czyli do kogo i o co konkretnie? O to, że świadczenie "osiemset plus" to stanowczo za mało, wakacji jest za dużo i czemu państwo nie zajmie się ich dzieckiem w te wakacje? Pomijam fakt, że dziecko nie jest rzeczą, stąd raczej się go nie "podrzuca" lecz co najwyżej zawozi, przyprowadza. Przypomina mi to sytuację, kiedy jedna ze znajomych mi mam pokazuje mi smsy od ojca swojego dziecka z prośbą o "wydanie" dziecka zgodnie z nakazem sądu na weekend. Dziecko to nie obiad, nie trzeba go wydawać, można po prostu zawieść lub przyprowadzić na spotkanie. Mój komentarz związany był z odpowiedzialnością rodzicielską i wyrażeniem zdumienia faktem, że rodzice jednego dziecka, w dwójkę pracujący i otrzymujący co miesiąc świadczenie na dziecko, roszczą sobie pretensje. Dla przypomnienia, celem tego świadczenia nie jest wyręczanie rodziców w utrzymaniu dziecka, nie jest nim również fundowanie rodzicom darmowego dla nich wywiązywania się z obowiązku materialnego zabezpieczenia dziecka. Celem tego świadczenia jest wsparcie rodziny z dzieckiem, ma ono ponadto charakter motywacyjny. I zaczęło się. Że nie wiem, ile kosztuje dziecko. No nie wiem, bo nigdy nie kupowałam dziecka, swoje urodziłam. Dalej- że tak to jest, jak się nie ma dzieci, jak się jest oderwanym od rzeczywistości, jak się nie wie, ile kosztuje jazda konna, chiński, szermierka, balet, kład i wakacje w Egipcie. Faktycznie jestem oderwana mocno od rzeczywistości, ponieważ nie wiem tego wszystkiego. 

        Zniesmaczona i zmęczona opuściłam Polskę a wraz z nią wszystkie te społecznościówki pełne nagonek, hejtu, pretensji i polskiego "roszczenizmu". Tak go sobie nazwałam, lubię tworzyć słowa. Ulga. Różnicę poczułam i zobaczyłam już na promie. Duńska mama na podłodze pokładu czytała dzieciom książkę. Trójka rodzeństwa jak dzieci z Bullerbyn, rozczochrane, w skarpetkach bez butów, wtulone w mamę. Widok ten znałam już sprzed roku lecz zawsze mnie rozczula. Inni rodzice spacerowali z dziećmi za rękę, coś tam tłumaczyli, pokazywali, wspólnie jedli posiłek w bufecie. Jakaś babcia rozmawiała w wnukiem, grupka skautów coś sobie czytała. Jak to możliwe, że na tak wielkim promie nikt sobie nie przeszkadzał, nie krzyczał, nie upijał się, nie rozrabiał? Nieopodal czytającej mamy siedziała polska rodzina. Tata z telefonem komórkowym w dłoni, mama z nosem w telefonie komórkowym, kilkuletni synek z telefonem komórkowym w dłoni i zaglądająca mu przez ramię młodsza siostra. Tata co jakiś czas wydawał z siebie odgłosy, coś pomiędzy rozkazem a warczeniem: "idę", "chodź", "zostaw", "połóż". Mama milczała. Przez dwa tygodnie wyprawy rowerowej na campingach, plażach, w parkach, sklepach i wszędzie indziej spotykaliśmy rodziny z dziećmi. W Niemczech, Danii i Szwecji. Rodziny z dziećmi pod namiotami, w kamperach lub w samochodach przystosowanych do podróżowania z rozkładanym spaniem, maluchy w rowerowych przyczepkach lub krzesełkach, na małych rowerkach, w nosidłach. Zawsze wiedzieliśmy, które dziecko jest skandynawskie a które polskie, podobnie było z rodzicami. To nie jest żadna generalizacja ani nagonka, bo są w Polsce super rodzice i wiem to, lecz naprawdę wiedzieliśmy zwykle niemal od razu, skąd pochodzi rodzina. Uwielbiam skandynawskie dzieci, ich wiatr w rozczochranych włosach, ciekawość świata, swobodę komunikacji i wygląd przywodzący na myśl sytuację, kiedy rano otwierasz szafę i z jeszcze zamkniętymi oczami losujesz bądź co i ubierasz to na siebie. Do tego skarpetki, niekoniecznie do pary i jak zauważył mój znajomy, często tylko jedną. Lub wcale. Skandynawskie dzieci gonią boso. Po trawniku, piachu, chodniku, podłogach. Brudne i szczęśliwe. Jakieś takie uważne, ciche chociaż roześmiane, spokojne i rozluźnione chociaż non stop skaczą i biegają. Na rowerach zawsze są w kaskach. Polskie dzieci najpierw słyszymy. Jeśli nie trzymają nosów w telefonach, są bardzo głośne lecz nie jest to odgłos zabawy a szarpania się z dorosłym. Zawsze o coś chodzi i zawsze jest krzyk, sprzeciw, bunt, coś nie tak. Zawsze też nad dzieckiem sterczy rodzic i czegoś chce. Wydaje rozkazy, polecenia, warczy, upomina, ma pretensje. Jest jakiś taki spięty, podenerwowany, niespokojny. Wiem, że to kompletnie nie jest wina dzieci. Dzieci są wszędzie na całym świecie takie same, otwarte oraz chętne do działania, współpracy i przestrzegania zasad. Tylko muszą te zasady znać podobnie jak reguły gry ze światem i czuć się z dorosłym bezpiecznie. W takiej atmosferze jednak, jaką serwują dzieciom Polacy z ich polskim "roszczenizmem" nie ma odpoczynku, nie ma wakacji, nie ma hygge*. Jest ciągłe napięcie, stres i oczekiwanie na to, że coś się wydarzy. Polscy rodzice są ciągle na coś obrażeni, matki milczą a ojcowie są gdzieś obok z nosami w telefonach lub zaciskają usta źli na świat. Rzadko się uśmiechają. Jeśli widziałam tatę skaczącego na trampolinie na kampingu, wiedziałam, że nie jest Polakiem. Nie chcę być niesprawiedliwa, widziałam też super rodziców i spokojne dzieci z Polski, jednak nie często a najczęściej byli to ci, którzy w Skandynawii mieszkali. Wracając do kraju byliśmy świadkami rodzinnej, trudnej sytuacji przy fast foodzie na stacji benzynowej. Przypuszczam, o co chodziło jednak ważniejsze dla mnie było to, co zobaczyłam. Nadąsana mama siedziała cicho w dystansie, smutna i obrażona. Tata z zaciśniętymi ustami i ciągłymi do niej pretensjami próbował się gdzieś dodzwonić, wymachiwał rękami i rzucał telefonem lub coś burczał. Za nimi z tyłu siedziała kilkulatka z nosem w telefonie. Nikt z nikim nie miał kontaktu i nikt zn nikim nie rozmawiał. Zero relacji, zero interakcji, zero wakacyjnej atmosfery. 

    Te doświadczenia i obserwacje powodują, że łączą mi się kropki pozornie od siebie odległe. Bo co ma wspólnego pretensja do państwa o brak pomocy w utrzymaniu dziecka i opiece nad nim z pretensją do całego świata o wszystko, co kumuluje się na dziecku nie uzbrojonym w żadne mechanizmy obronne? Uważam pretensje do państwa są niesprawiedliwe i nieprawdziwe jak również nie w porządku wobec osób płacących podatki a nie mających dzieci bądź mających je już dorosłe. Obowiązkiem rodzica jest bowiem utrzymać dziecko i zapewnić mu jak najlepsze warunki do rozwoju, troskę i opiekę. Jeśli państwo pomaga, to idealnie. Dziecko jednak to nie jest projekt, nie jest również kolejnym planem po samochodzie i domku na raty oraz wczasach w kurorcie. Dziecko to pełnoprawny, żywy i czujący członek rodziny, którą osoby świadomie mniej lub bardziej zakładają a jeśli tak nie jest, lepiej niech nawet nie próbują. Dlatego bez względu na to, jak bogate lub biedne jest państwo, funkcje rodziny i obowiązki rodziców wszędzie są takie same. Nikt nie powiedział, że dziecko musi jechać na obóz za tysiące a wczasy muszą być w kurorcie. Przykład Skandynawii pokazuje, że rodzina może być szczęśliwa w lesie czy na łące, śpiąc w namiocie lub na materacu w samochodzie, jedząc na śniadanie samodzielnie zrobione kanapki i goniąc boso bez firmowych butów za tysiące. Za to z rodzicem, który odłożył telefon na bok, bo jest z dzieckiem, jemu poświęca czas i uwagę, jemu służy i dla niego jest obecny. Bez pretensji a dążąc do hygge niezależnie od stanu posiadania. Jedne z najbogatszych krajów świata takie, jak Dania czy Szwecja inwestują nie we wczasy w kurortach i konsumpcjonizm lecz w edukację w zakresie społecznych i rodzicielskich oraz obywatelskich kompetencji, w uczenie  dzieci empatii i wolontariatów, zrównoważonego życia i prawo każdego obywatela do natury i spokoju. Może dlatego Duńczycy, jak wskazują raporty ONZ, są na drugim miejscu wśród najszczęśliwszych narodów świata. Według tych samych raportów Polacy mają 40 miejsce. 

Ps. Wróciłam z wyprawy rowerowej po Skandynawii. Wczoraj przeczytałam kolejny tekst o rozpretensjonowanej mamie, że nie stać jej na firmowy plecak dla dziecka a przecież musi mieć firmowy bo dostało się do dobrego liceum. Serio?

*hygge to rodzaj skandynawskiej, głównie duńskiej filozofii, pewnego sposobu i stylu życia polegającego na tym, aby cieszyć się rzeczami małymi, czerpać radość życia z drobiazgów, czuć komfort w sferze niematerialnej, otaczać się rzeczami miłymi i dającymi wytchnienie, również życzliwymi osobami. Hygge jest wszystko, co spokojne i łagodne, miękkie, milutkie i cieplutkie. 

poniedziałek, 21 lipca 2025

CIEMNOSKÓRY HINDUS PRZYGARNIA SETKI BIAŁYCH, POLSKICH, CHRZEŚCIJAŃSKICH DZIECI

 ..czyli historia o tym, jak to babu maharadża uratował polskie dzieci i czy coś z tego dla Polaków obecnie wynika?

    Niewiele z was zapewne wie, że niegdyś wydarzyła się magiczna i zaczarowana historia, choć nie była to bajka. Ta historia wydarzyła się naprawdę. Opisałam ją w książce "Pałacowe dzieci. Rzecz o pedagogii Stanisława Jedlewskiego na podstawie funkcjonowania Państwowego Zakładu Wychowawczo- Naukowego im. Tadeusza Kościuszki w Krzeszowicach w latach 1946-1950". Mowa o historii, która dotyczy  dzieci uchodźczych, często o innym kolorze skóry, mówiących dziwnym, niezrozumiałym językiem, mających inne, definiowane przez tubylców jako zdziczałe i nienormalne zachowania i obyczaje. Pewnie się zdziwicie lecz mowa jest tutaj o polskich dzieciach. Naprawdę! Tysiące z nich dla niektórych narodów podczas II wojny światowej i tuż po niej było dziwakami, były inne, brudne, dzikie. A jednak mieszkańcy tych narodów postanowili się tymi dziećmi zaopiekować. Praca nad wspomnianą książką była dla mnie ogromną przygodą i chociaż ukazała się w 2020 roku, pracuje nadal we wszechświecie i co rusz dotykają mnie efekty tej pracy. Dość wspomnieć, że na podstawie zaprezentowanych w niej wyników moich kilkuletnich badań naukowych nadal rodziny odnajdują swoich przodków. Tak było ostatnio, gdy zwróciła się do mnie jedna z fundacji badająca losy dzieci polskich wywiezionych na Sybir. Tak było również, kiedy to w jednym z Krakowskich szpitali posądzono starszego człowieka o demencję i brednie, ponieważ opowiadał, jak to dzieciństwo po II wojnie spędził w jakimś pałacu i jadł pomarańcze. Jedna z lekarek zorientowała się, o jaki pałac może chodzić, przywiozła do szpitala moją książkę a pacjent ujrzawszy ją i zamieszczona w niej zdjęcia wykrzyknął: "a nie mówiłem? to jest mój pałac, mój dom! Tam się wychowałem!". 
    Historia, o której chcę poniżej opowiedzieć jest prawdziwa i prawdziwie będzie opowiedziana, surowo i bez sentymentów a dotyczy ot bagatelka 5 000 (słownie: pięciu tysięcy!) polskich dzieci, które upchane w bydlęcych wagonach zostały wywiezione z Polski i transportowane były najpierw do Kazachstanu lub na Syberię, później zaś przebyły jeszcze jedną podróż. Ta uratowała im życie ale po kolei oraz polecam zerknąć na mapę świata, to da nam obraz wędrówek tych nieszczęsnych polskich, małoletnich obywateli, których nikt nie chciał. Dzieci w Polsce podczas II wojny oddzielane były często od swoich rodziców, z których część wywieziono wcześniej do łagrów. Zresztą zachęcam do poczytania na temat losów wojennych dzieci, o których pisze między innymi profesor Wiesław Thaiss. Te dzieci, o których chcę opowiedzieć, były brudne, śmierdzące, głodne, chore, skrajnie zaniedbane i wyczerpane a niektóre umierające. Rodzice niektórych zmarli na Syberii, zaginęli, zostali rozstrzelani w Katyniu. Świat nie bardzo wiedział, co zrobić z taką ilością polskich dzieci? W 1941 roku czyli jeszcze w czasie działań wojennych Generał Władysław Sikorski w Londynie podpisał z sowieckim ambasadorem pewien układ, na mocy którego Józef Stalin zgodził się, aby osierocone polskie dzieci zostały wywiezione ze Związku Radzieckiego. W sumie po co komu brudne, głodne i wyczerpane dzieci? Do pracy się nie nadawały a trzeba było je karmić i o nie dbać. Najlepiej było się ich pozbyć. Wraz z armią Generała Władysława Andersa polskie dzieci dostały się tymi bydlęcymi pociągami do Persji a tuż przy granicy z Iranem utworzono jeden z polskich sierocińców. Ktoś musiał dzieci nakarmić, otulić od zimna, opatrzyć rany, zbić gorączkę, nauczyć hymnu Polski i modlitwy "ojcze nasz". W akcjach ratowania, transportu i pomocy polskim dzieciom udział brała Hanka Ordonówna. Piosenkarka, aktorka i autorka tekstów. Część z wożonych po świecie polskich dzieci ostatecznie znalazła schronienie w Nowej Zelandii a ich potomkowie żyją tam do dziś. Co stało się z resztą? Ogromna gromada z pociągu przesiadła się na statek i popłynęła aż do Indii! Od teraz przenosimy się do baśni z tysiąca i jednej nocy, bowiem wyobraźcie sobie, że polskimi dziećmi: brudnymi, głodnymi, śmierdzącymi, mówiącymi w dziwnym języku i mającymi dziwaczne zachowania zainteresował się prawdziwy książę! Był to dziedzic księstwa Nawanagar w zachodnich Indiach, maharadża Jam Saheb Digvijay Sinhji. Wszystkim dzieciom, które żywe opuściły pokład statku, indyjski książę udzielił bezpiecznego schronienia w pobliżu swojej letniej rezydencji w Balachadi (obecnie stan Gudżarat) i wybudował dla nich Polish Children Camp. Dzieci po podróży przez Iran i Pakistan były wykończone, wycieńczone głodem, zdziesiątkowane chorobami, chore, majaczące w gorączce, obdarte, skrajnie zaniedbane, tęskniące za rodzicami. Maluchy płakały. W podróży starsze dzieci jak mogły opiekowały się młodszymi. Było z nimi kilka opiekunek, które cudem przeżyły łagry choć i one nie były w najlepszym stanie. W Indiach na polskie dzieci czekało sześćdziesiąt malutkich, uroczych domków pokrytych czerwonym dachem a na środku placu stał maszt z powiewającą dumnie flagą biało- czerwoną. W ich nowym domu dzieci powitał we własnej osobie książę w turbanie z pawim piórem, cały przyodziany w szaty z brylantów i złota. Człowiek ten pokochał dzieci miłością wielką, ludzką i bezwarunkową. Wykarmił je, wytulił, wyleczył z chorób a one mówiły do niego babu czyli tatusiu, ojczulku. Co rano dzieci budził krzyk pawi i małp, kto był w Indiach ten wie, o czym piszę. Po ulicach chodziły prawdziwe słonie a z wysokich palm spadały kokosy z pysznym, słodkim mleczkiem i kokosową galaretką. Brzmi jak bajka? Tak. Lecz taka, która wydarzyła się naprawdę. Starsze dzieci zaczęły chodzić do szkoły, zorganizowano im polską edukację tak, aby nie zapomniały polskich liter i języka oraz hymnu. Maluchami opiekowały się ocalałe w łagrach kobiety. Wśród nich była właśnie Hanka Ordonówna. Wyobraźcie sobie jednak sztab ludzi, którzy zagonieni byli do pomocy polskim dzieciom. Trzeba je było nakarmić, umyć, przebrać i tak codziennie. Maharadża Jam Saheb, babu, chętnie osobiście przychodził na organizowane przez dzieci teatrzyki a po spektaklach zapraszał je na indyjskie słodycze do swojego pałacu. Kto kiedykolwiek jadł indyjskie słodycze temu teraz kapie ślinka, wiem to. Maharadży pomagali inni bogaci książęta indyjscy i w sumie udało się ocalić tysiące polskich dzieci, z których większość po II wojnie światowej wróciła do Polski. Jednak około 200 zostało na zawsze w założonym polskim miasteczku Valivade. Polski Czerwony Krzyż pomagał szukać ich rodziców lub bliskich, których czasami udało się odnaleźć w Polsce, w obozach przejściowych lub innych odległych zakątkach globu. Niektóre z dzieci osiągnąwszy pełnoletność podjęły decyzję o wyjeździe z Indii do Kanady lub Ameryki i tam się osiedliły. Historia dzieci wywiezionych do Nowej Zelandii jest równie wzruszająca choć może ze względu na klimat pozbawiony prawdziwych książąt mniej barwna. 
    Warto pamiętać o tych historiach, kiedy czytamy o kolejnych atakach białych, prawdziwych Polaków na cudzoziemskie dzieci uciekające ze swoich krajów przed wojną lub o innych podłych akcjach mających na celu niszczenie kobiet w ciąży lub rodzin z dziećmi na polskich granicach lub w obozach dla uchodźców tylko dlatego, że mają inny kolor skóry i mówią dziwnym dla nas językiem. Warto o tym pamiętać przy okazji kolejnych wyjść polskich bandyckich ugrupowań faszystowskich za przyzwoleniem władz na nasze wspólne ulice. Warto o tym pamiętać, gdy w tłumie tych rasistowskich bojówek zobaczymy nastoletnie dzieci, uczniów polskich szkół. Warto o tym pamiętać, kiedy prawdziwi Polacy uczą w domach swoje dzieci, że mają nękać w szkole ukraińskich kolegów "za Wołyń". Warto o tym pamiętać...tak w ogóle. Dla człowieczeństwa. 

    Pełne historie polskich dzieci uciekających przed wojną i dzieci uchodźczych przeczytacie w:
* Biskup M., Śladami zapomnianych bohaterów, Vesper, Poznań, 2011.
* Kowaleczko- Szumowska M., Bapu, opowieść o dobrym maharadży, wydawnictwo Literatura, 2024.
* Michel M., Pałacowe dzieci. Rzecz o pedagogii Stanisława Jedlewskiego na podstawie funkcjonowania Państwowego Zakładu Wychowawczo- Naukowego im. Tadeusza Kościuszki w Krzeszowicach w latach 1946-1950, Wyd. UJ, Kraków, 2020.
* Thaiss W., Sieroctwo wojenne polskich dzieci (1939- 1945), Zarys problematyki, "Przegląd Pedagogiczny, 2012, nr 1: Dziecko w Polsce w XX wieku.
* Polskie dzieci maharadży. Indyjskie losy sierot uratowanych ze Związku Radzieckiego (https://historia.interia.pl/polska-walczaca/news-polskie-dzieci-maharadzy-indyjskie-losy-sierot-uratowanych-z,nId,1411399).

piątek, 18 lipca 2025

CZYM RÓŻNI SIĘ "PANI Z PRZEDSZKOLA" OD NAUCZYCIELA/KI WYCHOWANIA PRZEDSZKOLNEGO?

 o górnikach w pedagogice już było, lecz...
   
    obecnie mamy w Polsce do czynienia z kuriozalną i trudną do racjonalnego wytłumaczenia sytuacją, kiedy to Ministerstwo Edukacji Narodowej stworzyło projekt zatrudniania w przedszkolach osób bez kwalifikacji czyli bez kierunkowego wykształcenia związanego z osiągnięciem tytułu magistra w zakresie bycia nauczycielem/ką edukacji przedszkolnego. Zapewne można by to ogłosić skandalem niemniej samo nazwanie w ten sposób sytuacji nie wyjaśni nikomu, o co tak naprawdę chodzi a wprowadzi jedynie awanturniczą reakcję. Problem w tym jednak, że argumentów racjonalnych, opartych na wiedzy i wynikach badań naukowych oraz osiągnięciach rozwoju dyscypliny naukowej jaką jest pedagogika mało kto w tym kraju słucha lub jeśli słucha, rzadko bierze pod uwagę. My sobie- "oni" sobie. "Razem" jest tylko w kampaniach wyborczych i w dzień wyborów. Później to "razem" rozmywa się w festiwalu ego i rozdawnictwie krzesełkowym od sasa do lasa wszak aby być polityczką/ wiem, nie trzeba mieć nawet wykształcenia lub jeśli już, nie musi być ono kierunkowo związane z resortem. Jeśli lekarz może kierować armią, górnik pracować z dziećmi w kryzysie wieloaspektowej przemocy, inżynierka- informatyczka kierować resortem edukacji a sutener być prezydentem, to dlaczego z dziećmi w przedszkolu ma pracować wykwalifikowany nauczyciel/ka wychowania przedszkolnego? W głowach nam się poprzewracało chyba na tych uczelniach. Problem jednak jest ogromny i nie dotyczy on braku kadry, jak próbuje nam się wmówić, ponieważ co roku mury uniwersytetów opuszczają znakomicie przygotowani absolwenci i absolwentki edukacji przedszkolnej i wczesnoszkolnej a sporo z nich już po 3 roku studiów i odbytych praktykach podejmuje się pracy zawodowej w instytucjach edukacyjnych. Wiem to, bo mam z nimi kontakt na co dzień. Wiem, na jakim poziomie zdają egzaminy, jak przykładają się do zajęć, jak ciężko pracują i jak obszerną mają wiedzę. Jeden z problemów natomiast to karygodny brak odpowiedniego przygotowania osób tego rodzaju projekty tworzących. Ktoś nieprzygotowany w mojej opinii oznacza, że nie ma wiedzy z danego zakresu co skutkuje tym, że nie wymaga również tej wiedzy od innych. Na tym polega ignorancja. Taka sytuacja oczywiście w pewnym sensie stawia ludzi w jednym szeregu, jesteśmy równi i na jednym poziomie a to, że niskim, to już inna kwestia. Nie wystarczy jak się okazuje być w tzw. opozycji (do kogo? czego?). Trzeba jeszcze, pełniąc pewne stanowisko czy kolokwialnie rzecz ujmując siedząc na konkretnym krześle, mieć o nim wiedzę. W przeciwnym razie znacznie obniża to standardy i tak już ledwo zipiącego państwa w niemal wszystkich zakresach jego funkcjonowania. W sytuacji natomiast, kiedy chodzi o osoby słabsze, jest również zagrożeniem ich bezpieczeństwa i naruszeniem ich praw. Ta konkretna propozycja, która jest przedmiotem mojego pisania, oznacza drastyczne obniżenie standardów edukacji przedszkolnej oraz wyrzucenie w błoto dotychczasowych osiągnięć w zakresie kształcenia kandydatek/ów do zawodu i generalnie do pracy z dziećmi. Tak! Mowa o edukacji. Nie opiece. Nie zabawie. Nie pompowaniu baloników, wycieraniu smarków, zakładaniu śliniaków i pomocy w ubraniu kurteczki, choć to ważne czynności, lecz EDUKACJI. Znowu chciało by się zacytować Jamesa Carville;a parafrazując go lekko: "Edukacja głupcze!". 
    Dzieci to nie są słodkie bąbelki ani też nie są to dorośli ludzie, jak niektórzy by chcieli myśleć i zapewne myślą. Henryk Goldszmit mówiąc, że "nie ma dzieci są ludzie" nie miał na myśli negowania dzieciństwa jako okresu życia lecz przywracanie mu godności. Dla przypomnienia, początek XX wieku to czas uznania dzieciństwa jako konstruktu społecznego, odseparowanie myślenia o dzieciach w kategoriach dorosłych, pierwsze momenty upominania się o ich prawa i ogłoszenie go wiekiem dziecka. Zresztą również i czasy były inne i inny był kontekst. Dzieci to osoby ludzkie na pewnym etapie rozwoju, który powoduje, że w wielu kwestiach są zależne od nas, osób dorosłych. Tak jest w zakresie opieki, troski, ochrony, wychowania i socjalizacji. Dzieci to również osoby mające swoje emocje, uczucia, lęki, upodobania, przyzwyczajenia, cechy charakteru oraz prawa. Prawa te są uniwersalne i przynależą wszystkim dzieciom niezależnie od pochodzenia, koloru skóry, miejsca zamieszkania czy stanu zdrowia. Jednym z praw dziecka jest prawo do edukacji. Rozumiemy to tak, że zapewniamy dziecku edukację kierując się swoją najlepszą wiedzą i najnowszymi osiągnięciami nauki wynikłymi z badań nie zaś stosując tzw. widzimisię, bo nam się wydaje, że tak będzie ok, bo nasze babcie i ciocie tak robiły a sąsiadka ostatnio powiedziała, że to jest ok. 
    Jasne, że projekt ministerialny zakłada zatrudnienie każdego za zgodą kuratora oświaty, dodatkowo dyrekcja przedszkola ma zorientować się w kompetencjach i umiejętnościach zatrudnianej osoby. Po pierwsze to znakomita taktyka cedowania odpowiedzialności a po drugie jak to robić i co to w ogóle oznacza? Dyrekcje przedszkoli nie mają co do zasady narzędzi do oceny kompetencji, nie prowadzą również skomplikowanych i wieloetapowych procesów rekrutacyjnych. Stąd dyplom ukończenia konkretnych studiów wyższych ewentualnie podyplomowych (studiów, kursów specjalistycznych, itp.) z aneksem w postaci wypisanych przedmiotów, osiągniętych efektów kształcenia i zdefiniowaną sylwetką absolwenta pozwala na taką, choć jedynie formalną, to jednak weryfikację. Jeśli projekt ministerialny przejdzie (w poniedziałek 21 lipca pierwsze czytanie na Komisji Edukacji i Nauki), osoba pracująca jako sprzedawca/czyni, kierowca/czyni, księgowa/wy, dozorczyni/ca, piekarz/rka, krawiec/owa, itd. będą mogli pracować z dziećmi w przedszkolu. Przecież na pewno większość ma dzieci więc się zna, a i do przedszkola zapewne niejedna osoba chodziła. To oznacza dalej, że osoby te będą mogły: dokonywać wczesnej diagnozy zaburzeń i nieprawidłowości rozwojowych, prowadzić gimnastykę, ćwiczyć małą i dużą motorykę, stosować najnowsze metody pracy z dziećmi w procesie ich indywidualizowania i wsparcia rozwoju. Inaczej: kierowca lub dozorczyni będzie czuwać nad rozwojem waszego dziecka, diagnozować je, realizować z nim ćwiczenia gimnastyczne w tym korekcyjne, ćwiczyć zręczność, pracować nad lateralizacją, indywidualizować proces edukacji i wychowania. W sytuacji trudnej uczyć rozwiązywania konfliktów grupie rówieśniczej, wyłapywać sygnały nieprawidłowości rodzinnych czy też przemocy, pisać opinie warunkujące dalsze etapy edukacji waszego dziecka, diagnozować predyspozycje, rozwijać potencjały. Jak wam to brzmi? A jak wam brzmi to, że od jutra zaczynam przeprowadzać operacje na otwartym sercu i cesarskie cięcia? Albo nie, będę podłączała wam instalację elektryczną i naprawiała piecyki gazowe? Też nie? to może zapiszę się do reprezentacji polski w piłce nożnej? Nie?
    W sylwetce absolwenta 5- letnich studiów magisterskich z edukacji przedszkolnej i wczesnoszkolnej na Uniwersytecie Jagiellońskim możemy przeczytać m. in. o tym, że absolwent charakteryzuje się wszechstronnym przygotowaniem do pracy z dziećmi, posiada wiedzę teoretyczną i praktyczną z psychologii rozwojowej, pedagogiki, metodyki nauczania oraz umiejętności diagnozowania i wspierania rozwoju dziecka, zna prawa dziecka, potrafi projektować i realizować programy edukacyjne dostosowane do potrzeb dziecka, posiada umiejętności skutecznej komunikacji interpersonalnej z dziećmi (dostosowane do ich rozwoju), rodzicami i personelem, posiada umiejętność prowadzenia zajęć edukacyjnych i dydaktycznych, opiekuńczych i wychowawczych. To tylko fragment (do całości odsyłam na stronę Instytutu Pedagogiki UJ) lecz zapewniam, ze nigdzie nie ma poruszanej kwestii umiejętności zmiany pampersa czy też ubrania bucika i obtarcia zasmarkanego nosa. Dlaczego? Ponieważ edukacja przedszkolna to coś dużo, dużo więcej choć oczywiście i tulimy (Tak! tulenie dziecka nie jest napaścią seksualną!) i wycieramy nosy. Ja sama na tym kierunku prowadzę zajęcia dotyczące profilaktyki zachowań ryzykownych, diagnozy i specyfiki funkcjonowania dzieci z zaburzeniami w zachowaniu, metodyki pracy z dzieckiem w kontekście kryzysu rodziny, metodyki pracy z dzieckiem zagrożonym wykluczeniem. 
    Przedszkole wbrew temu, jak bywa traktowane, również niestety czasami przez rodziców, to nie jest przechowalnia dla dziecka z trzema posiłkami z kateringu. To pierwsza w jego życiu placówka edukacyjna, w której pod okiem profesjonalnie przygotowanego personelu zdobywa najważniejsze i kluczowe w życiu umiejętności oraz kompetencje takie, jak funkcjonowanie w grupie rówieśniczej, kontrola złości i wyrażanie agresji w sposób akceptowany społecznie, społecznie akceptowane komunikowanie swoich potrzeb i emocji, proszenie o pomoc, zachowanie w sytuacjach społecznych, udzielanie pierwszej pomocy, pomoc bliźniemu, troska o zwierzęta. W przedszkolu odbywa się nauka szeroko rozumianego funkcjonowania w środowisku przyrody, świecie norm społecznych i radzenia sobie ze sobą w sytuacji trudnych emocji czy braku umiejętności ubrania bucika czy trafienia łyżką do buzi. Jeśli zgodnie z pewnymi normami rozwojowymi dziecko ma z tym problem i tym samym mam problemy z koordynacją, wykształcona osoba posiadająca specjalistyczną wiedzę zareaguje, zasugeruje rodzicom udanie się do neurologa, poradni psychologiczno- pedagogicznej, psychologa, itd. Dziecko w przedszkolu również po raz pierwszy w życiu przebywa tak długo poza domem bez rodziców, uczy się zatem radzenia sobie z tęsknotą i samodzielnego funkcjonowania bez mamy i taty. Dodatkowo w obecnym stanie rozwoju wiedzy i dostępności do wyników badań naukowych mamy możliwość wczesnej diagnozy i wstępnego rozpoznania wielu rozwojowych nieprawidłowości, zaburzeń, neuroatypowości a nawet poważnych schorzeń czy chorób. Tego wszystkiego uczą się osoby studiujące przez 5 lat na studiach wyższych. Również uczą się prawidłowo i zgodnie z prawem reagować w sytuacjach kryzysowych, identyfikować sygnały i objawy przemocy domowej, uczą się procedur reagowania, algorytmów postępowania w sytuacji udzielania pierwszej pomocy czy zgłaszania nadużycia wobec dziecka odpowiednim służbom a także zasad profilaktyki zachowań ryzykownych. Praca z dziećmi w wieku przedszkolnym bowiem to nie tylko oddanie i empatia jak chcieliby niektórzy, to nawet nie umiejętności plastyczne i muzyczne, chociaż również. Mogłabym tak długo wymieniać, ponieważ praca z dzieckiem w wieku przedszkolnym to odpowiedzialność za kluczowe dla jego rozwoju momenty życia. Doprawdy nie wiem, czemu niektóre osoby pracujące w Ministerstwie Edukacji Narodowej tego nie wiedzą? A może nie rozumieją? Jeśli nie mają wiedzy, to z kim konsultują pomysły? Z pewnością nie ze środowiskiem nauczycieli wychowania przedszkolnego i z pewnością nie z osobami nauczycieli tych uczącymi bowiem wszyscy jak jeden mąż bądź żona sprzeciwiamy się temu projektowi. Po mediach społecznościowych krążą petycje, które podpisujemy i wysyłamy. Czy to ma sens? Czy tak ma wyglądać społeczna konsultacja i rozmowy z ekspertami/ tkami od edukacji wczesnoszkolnej? Jeśli tak, to mało, że jesteśmy w czarnej dziurze. My się w niej urządzamy. Albo lepiej- próbuje nas tak urządzić Ministerstwo. Powtórzę: nie wystarczy być w tzw. opozycji, ponieważ podjęcie pewnych decyzji, jeśli dotyczą ludzi, szczególnie od nas słabszych i zależnych, nie może być motywowane robieniem na złość przeciwnikom politycznym, popisywaniem się swoim ego i "stawianiem na swoim". 
    Lekarz może być lekarzem dopiero po studiach i po odbyciu wybranej specjalizacji- to tak najogólniej, ponieważ ilość kursów, staży, itd. do zrobienia jest ogromna. Adwokat może być adwokatem po studiach i zrobieniu aplikacji zakończonej egzaminem, dodatkowo musi spełniać pewne warunki formalne przynależności do danego oddziału adwokatury, jego praca jest kontrolowana, ewaluowana, weryfikowana. To samo prokuratorzy, sędziowie. elektryk musi mieć przysłowiowe papiery i uprawnienia, aby nam podłączył prąd, to samo pracownik gazowni nie mówiąc o tym, że osoba kierująca pojazdem musi mieć prawo jazdy a ratownik medyczny w karetce odpowiednie studia i kursy. Psychologowie walczą o ustawę o psychologach, chcą usankcjonować zawód psychoterapeuty. Z pedagogiki natomiast nadal robi się żarty i heheszki albo co najmniej traktuje niepoważnie. Nas pedagożki i pedagogów, w tym wychowawców i nauczycieli traktuje się, jak "panie" od dzieci, "panie z przedszkola", "przedszkolanki", te z powołaniem, z misją, te, które malują dzieciom buźki i klaskają w rytm pioseneczek o kole graniastym. Celowo piszę formy żeńskie, ponieważ mężczyzna pedagog, nauczyciel wychowania przedszkolnego lub wczesnoszkolnego jest niemal nie do pomyślenia, budzi często jeszcze większe kpiny i żarty, jest traktowany jeszcze mniej poważnie, niż kobieta. Wyjątkiem są nauczyciele przedmiotowi, szczególnie w prestiżowych liceach, oni to co innego. Tam sytuacja się zmienia diametralnie, nauczyciel mężczyzna ma większe poważanie. Tak na marginesie. My, nauczycielki akademickie często słyszymy: "a czego ty uczysz tych studentów skoro przecież każdy może pracować z dzieckiem bo dzieci są fajne?". Kiedyś opowiem czego uczę. 
    Oczywiście rozumiem argumenty, że w Polsce jest mnóstwo nauczycieli i pedagogów po studiach lecz bez kompetencji i bez podejścia do dzieci. Pełna zgoda. Z tym, że jak kierowca spowoduje wypadek i nie ma uprawnień do kierowania pojazdem, jest to argument do nałożenia na niego dodatkowej kary a nawet odebrania mu możliwości dożywotniego kierowania pojazdami. Jeśli lekarz popełni błąd w sztuce lub kieruje się światopoglądem a nie osiągnięciami medycyny i nauki, jest pociągany do odpowiedzialności i karany dyscyplinarnie, często odsuwany od zawodu. Jeśli osoba pracująca z dziećmi i mająca formalne kwalifikacje popełni błąd, narazi dziecko na niebezpieczeństwo, zaniecha czynności związanych z ratowaniem jego zdrowia i życia, w tym nie zgłosi podejrzenia o przemocy, może być dyscyplinarnie ukarana lub co najmniej wszczyna się wobec niej postępowanie dyscyplinarne lub/ i karne. Jeśli uczyni tak osoba bez kwalifikacji, co do której dyrekcja przedszkola lub kurator oświaty "na oko" stwierdził, że ma kompetencje, bo się uśmiecha i prowadziła w podstawówce scholę, nikt nie może nic zrobić. Przecież nie miała wykształcenia, nie nabyła pewnej wiedzy określonej przez nota bene Ministerstwo Edukacji Narodowej w standardach kształcenia w odpowiednich rozporządzeniach, skąd zatem mogła wiedzieć, że tak się robi lub nie robi? 
    Wiem, że wszyscy mamy domowe sposoby leczenia grypy a wiadomość o nowotworze uruchamia u wielu telefony do znachorów i ziołoleczników. Wiem, że na chore zatoki wiele osób wciska sobie świeczki do ucha. Wiem również, że dla coraz większej ilości mieszkańców Polski w szczepionkach są chipy zainstalowane przez kosmitów, ziemski talerz podtrzymują smoki a na zewnątrz najlepiej wychodzić jest w folii na głowie. Mało kto i ktosia robi regularnie okresowe badania lekarskie a później narzeka, że studenci medycyny z Norwegii oglądali jej wycinki raka szyjki macicy bo w Skandynawii już dawno go nie ma. Podobnie zresztą oglądają u polskich dzieci próchnicę zębów bo u siebie mogą sobie co najwyżej zdjęcia pooglądać. Coś takiego jak próchnica zębów tam już nie istnieje. Wiedza, wyniki badań, odpowiednie działania i profilaktyka spowodowały wyeliminowanie tych i wielu innych schorzeń, zaniedbań i chorób. W Polsce nadal wielu uważa, że wystarczy mieć dzieci lub być kiedyś dzieckiem, aby mieć umiejętność wieloaspektowej opieki nad nimi. W latach po II wojnie światowej w Polsce, kiedy zakładano zakłady poprawcze dla nieletnich, mógł pracować w nich każdy. Tak zatem zatrudniano jak leci kierowców, elektryków, ludzi bez zawodu, kompetencji i pracy a praca była wówczas obowiązkowa. Na efekty nie trzeba było długo czekać. Już po dekadzie Stanisław Jedlewski opisywał pierwsze efekty tych ministerialnych pomysłów. Getta bezradności, przemocy, zemsty, skrajnych patologii w zakresie zachowań pseudo wychowawców w stosunku do młodzieży. W Polsce obecnie mamy multikryzysową sytuację w obszarze edukacji, wychowania, socjalizacji, przekazu norm i wartości, wieloproblemowych sytuacji rodzinnych. Raporty: "Powerty Watch 2024" oraz "Biedańsk"- raport o biedzie Szlachetnej Paczki 2024 wskazują na około pół miliona dzieci w Polsce doświadczających ubóstwa i głodu. Około 30 dzieci rocznie ginie zakatowanych na śmierć przez najbliższych w swoich domach, nie wspominając o regularnie bitych i maltretowanych, również psychicznie. Samotność dzieci, łamanie ich podstawowych praw, zaniedbania, kryzysy psychiczne i brak wystarczającej odporności (resilience), zagrożenia przemocą realną i cyberprzemocą, samobójstwa. Do tego, jak czytam w jednym z tygodników, ogromne zmęczenie rodziców wychowaniem czy też w ogóle posiadaniem dzieci (sic!), roszczeniowość w stosunku do państwa w zakresie zbyt (sic!) niskiego świadczenia "800+", coraz większa niewydolność w zakresie wychowania, możliwości przekazywania elementarnych norm i wartości, koncentracja na materialnej sferze życia, kompensowanie nieobecności materializmem szeroko pojętym, niewydolność rodzicielska, ubóstwo moralne. Przesadzam? Ot, zwichnięcie zawodowe, sorki. Dołóżmy do tego pomysł Ministerstwa Edukacji Narodowej i przypadkowe osoby przebywające z waszymi dziećmi 8- 9 godzin dziennie w przedszkolu. Pedagodzy specjalni i resocjalizacyjni oraz psychiatrzy dziecięcy podziękują wkrótce pięknie za nieograniczone perspektywy rozwoju swojego zawodu i pewność pracy w przyszłości.

środa, 2 lipca 2025

JEŚLI CZEGOŚ NIE WIESZ ZAPYTAJ, SŁUCHAJ, OBSERWUJ I PATRZ NA DZIECKO

 czyli jak wiele nauczyłam się w dwa dni od młodych łobuzów i młodzieżowych osób aktywistycznych

    ...a to było tak: ostatnie dwa tygodnie to był totalny nieobliczalny lot po wysokich levelach na pełnej petardzie, bez ograniczeń i trzymanki. Zaczęło się od tego, że otrzymałam zaproszenie od kolegi, który jest dyrektorem szkoły w zakładzie poprawczym w Raciborzu i moich "chłopaków z poprawczaka" na uroczyste otwarcie pracowni kulinarnej w ramach projektu PAKA. Projekt ten realizowany jest przez Fundację im. Księdza Jana Kaczkowskiego, zatem jazdy bez trzymanki mogłam się spodziewać, bo kto jak kto, ale Johnny wiedział, jak zrobić show. Wątpliwości nie mam co do tego, że pomimo śmierci cielesnej jest z nami obecny duchem, bo w przeciwnym razie takie rzeczy by się nie działy. Johnny nie odpuszczał, co dobrze wie Patryk Galewski, jego "synek". Wiedziałam również i ja, że właśnie z Patrykiem spotkam się znowu na otwarciu pracowni i że ponownie coś uknujemy, aby najsłabszym, najbardziej wykluczonym i pozbawionym często jakichkolwiek szans dzieciom pokazać, że można spróbować żyć inaczej a najpierw wytulić mocno i ciepło. Bo taki jest Patryk Galewski: tuli wszystkich bez wyjątku. Dyrektora zakładu karnego, profesorkę uniwersytetu, sędzię rodzinną i dla nieletnich, wolontariuszkę, kuratorkę, chłopaków - wychowanków zakładu poprawczego. Ich najbardziej. Otwarcie tej pracowni było nad wyraz udane, chłopaki przygotowali profesjonalny katering o jakim mi się nie śniło. Tym samym jadłam makaroniki lepsze niż we Francji, antipasti lepsze niż we Włoszech i przede wszystkim czułam całym moim wszystkim, że tu zadziewa się coś jeszcze. Coś lepszego niż dobre, coś nadzwyczajnego, nieprzeciętnego. Ja znam życiorysy tych chłopaków. Oszczędzę wam bo człowiek ma to do siebie, że ocenia, czasami bezwiednie. A im nie jest obecnie potrzebna żadna ocena. Im potrzebna jest informacja zwrotna od reprezentantów społeczeństwa, że chcemy ich ponownie mieć wśród nas. Chcę mieć Adama*, który jest świetnym barberem. Chcę mieć Krzyśka, który znakomicie przyrządza steka z kalafiora i makaroniki. Chcę mieć Rafała, który potrafi udzielać pierwszej pomocy przedlekarskiej i Oskara, z którym mogę jechać na rowerze, iść w góry survivalowo i który w razie sytuacji trudnej chwyci odpowiedni sprzęt i uratuje ze zgliszczy powodzian a ja potrzeba, to zabawi dzieci malując im buźki. Chcę mieć Piotrka, który porozmawia ze mną o wolontariacie, celach życiowych, edukacji a jak potrzeba to naprawi rower. Bez telefonu w ręce i bez wgapiania się w ekran. Bo tego wszystkiego chłopaki nauczyli się w zakładzie poprawczym trafiając do niego czasami za naprawdę grube czyny karalne. Znam ich życiorysy, jedna ze studentek realizowała z nimi pogłębione wywiady narracyjne do pracy magisterskiej, zresztą sami mi opowiadają. Jeden zabił ojczyma nożem. W obronie matki. Wcześniej kradł, aby nakarmić głodne rodzeństwo. Inny sypiał z bratem na klatce kamienicy kiedy to matka z kolejnym wujkiem byli pijani a wujek bił młodszego brata przy wtórze śmiechu matki. Jet też cwaniaczek okradający starsze panie "na wnuczka" i wyłudzacz gotówek z parabanków. Jest gwałciciel, włamywacz, rozbójnik. Jest kilku nastoletnich ojców. I co z tego? Dużo. Bardzo dużo ponieważ paradoksalnie popełnienie tych czynów i trafienie do "poprawczaka" uratowało im życie. W zakładzie najpierw ich odkarmiono, odprano i zdiagnozowano. Często trafiając najpierw do schroniska dla nieletnich okazuje się, że mają źle dobrane leki, nikt nigdy z nimi nie pracował terapeutycznie, nikt nie podał im ręki, nikt nie nakarmił do syta, nikt nie zobaczył. Po prostu byli niewidzialni. Jak można nie widzieć dziecka śpiącego na klatce schodowej? Można. Jak można nie zainteresować się dzieckiem, które po zmroku szwenda się po ulicach lub podwórku bo boi się iść do domu? Można. Osiemdziesiąt procent tych chłopaków pochodzi z nizin społecznych, gett biedy, jest spod tak zwanego "złego adresu". Różnica jest taka, że jeśli dziecku z rodziny o przeciętnym lub wyższym statusie socjoekonomicznym ktoś zrobi krzywdę, podwinie się noga, nawet niechcący coś nabroi, ma zwykle za sobą sztab dorosłych. Dzieci o niskim statusie socjoekonomicznym nie mają takich szans, gdyż z definicji i od urodzenia są "patusami", "osimsetami", "bandziorami". Nauczyciele często nie widzą dobrego powodu, aby przebywały w szkole. Kto chce mieć w klasie głodne dziecko z brudnymi rękami, w nieświeżych ubrankach, przysypiające na lekcji lub dokuczające rówieśnikom a przy zwróceniu uwagi wyzywające nauczycielki od "szmat"? Wiadomo przecież, że "z takiego dziecka już nic nie będzie". Problem nie jest prosty, wiem. Niemniej po to mamy wiedzę, aby z niej korzystać służąc ludziom. Wracając do wspomnianego spotkania otwarcia pracowni kulinarnej doskonale wiedziałam, że najlepsze imprezy są w kuchni. Lecz nie miałam pojęcia, że można w ramach systemu i obowiązującego prawa siedzieć przy jednym stole z chłopakami przy kawie i po prostu rozmawiać. A tak robi personel tej placówki. Rozmowy były o wszystkim, jak to przy wspólnym stole w kuchni. Trochę żartów, trochę opowieści, trochę wspomnień, trochę życiowych decyzji i pytań do osób dorosłych. Czułam się zanurzona w zachwycie nad sytuacją, atmosferą, klimatem tego spotkania. Dodatkowo lepiliśmy wszyscy razem pierogi z truskawkami aby je potem w grupie zjeść ze smakiem. Ten stół nas łączył niezależnie od statusu, pozycji, wieku i zawodu. Uczta kulinarna i uczta dla podniebienia była oczywista dla mnie jednak nie spodziewałam się takiej uczty interpersonalnej, relacyjnej i komunikacyjnej. Znakomici, wygadani, merytoryczni młodzi ludzie. Niektórzy przebywają w zakładzie kilka już lat trafiając jako dzieci a wychodząc jako młodzi dorośli (generalnie zgodnie z ustawą o wspieraniu i resocjalizacji nieletnich wychowanek przebywa w zakładzie poprawczym do 21 roku życia a zgodnie z konwencją o prawach dziecka i polskim ustawodawstwem dzieckiem jest do 18 roku życia). Jest zatem dużo czasu na refleksję lecz refleksję tę ktoś musi wzbudzić. Odpowiedzialni, mądrzy, wykształceni i dobrze przygotowani do pracy dorośli są odpowiedni. Proces zaufania to również nie bułka z masłem lecz powoli z miesiąca na miesiąc zwykle się udaje. Oby ktoś na zewnątrz, za murem tego nie zepsuł. 

...a tymczasem na zewnątrz. Raptem kilka dni później uczestniczyłam w Warszawie w organizowanej przez Biuro Rzeczniczki Praw Dziecka konferencji, której celem była prezentacja wybranych wyników badań dotyczących ogólnopolskiego badania "Realizacja Praw Dziecka w Polsce 2024". Miałam przyjemność być ekspertką tego badania a na wspomnianej konferencji prowadziłam z moim młodym ekspertem, radnym Rady Dzieci i Młodzieży BRPD panel zatytułowany: "Wiem, mówię, decyduję. O mądrym uczestnictwie dzieci i młodzieży". Spotkanie obfitowało w obecność młodzieży, w samym naszym panelu były dwie nastoletnie osoby, w drugim panelu podobnie. Młodzież w wieku "chłopaków z poprawczaka". Różnił ich tylko inny start życiowy, miejsce przyjścia na świat i - czasami bolesne-  tego konsekwencje. Dlatego osoby na konferencji były zaangażowane zwykle w działania aktywistyczne, samorządne, samorzecznicze. Poza tym wszystko tak samo. Otwartość, garnienie się do osób dorosłych, marzenia, chęć mówienia o sobie i swoim życiu, rozmowy o planach, celach życiowych, decyzjach, brak granic w zmienianiu świata. Osobiste historie, pragnienie bycia zauważonym i wysłuchanym. Na konferencji była Jagna, dziewczynka znana z wystąpień medialnych, wolontariuszka WOŚP. Jagna porusza się wózkiem. To był powód, aby zaproponowano jej odstąpienie od egzaminów 8- klasisty. Jagna powiedziała jedno: "po moim trupie". Zdała! Na konferencji mało mówiłam, dużo słuchałam. Cały czas czułam zachwyt autentycznością młodzieży, otwartością, szczerością, prawdą i mądrością. 

    Na zewnątrz również uczestniczyłam niedawno w wyjazdowym szkoleniu dla młodych aktywistek i aktywistów z organizacji pozarządowych, realizowanym w ramach KAPOK- Krakowskiej Akademii Porozumienia Organizacji i Kooperacji. Ja akurat byłam odpowiedzialna za warsztat dotyczący mediacji rówieśniczych jako certyfikowana mediatorka niemniej dwa dni spędziłam w różnych sytuacjach z młodymi, może już nie dziećmi w dosłownym sensie lecz jeszcze nastolatkami lub młodymi dorosłymi. Zachwyt mi nie mijał. To samo uczucie, co w zakładzie poprawczym i na konferencji w Warszawie. Ta sama postawa: pytam, słucham, obserwuję i patrzę. Na dziecko. Ogrom wiedzy tej młodzieży, ich kompetencje i świadomość, posługiwanie się językiem angielskim, dzięki czemu można było swobodnie komunikować się z wolontariuszami z centrum integracji z różnych krajów, o różnym kolorze skóry, z różnych kultur i religii...to musiało we mnie wzbudzić zachwyt. Wróciłam padnięta z powodu intensywności lecz jakże zadowolona i przepełniona nadzieją i zachwytem.

    Ze wszystkich trzech spotkań wróciłam z ogromnymi skrzydłami. W dwa dni nauczyłam się więcej, niż miesiąc słuchając polityczek i polityków a słucham uważnie żonglując programami publicystycznymi (na oglądanie na mam czasu). Nauczyłam się głównie pytając, słuchając, obserwując i patrząc. Jeszcze tak sobie myślę, że bardzo bym chciała te dwie grupy młodzieży kiedyś ze sobą spotkać. Sądzę, że czujecie z jakiego powodu?

*Imiona chłopaków zmieniam

"NIC O NICH BEZ NICH"

   czyli jak otwarłam  pierwszą w Polsce agorę (i to na uniwersytecie!), w której nieletnich pyta się o zdanie na temat procesu resocjalizac...