piątek, 18 lipca 2025
CZYM RÓŻNI SIĘ "PANI Z PRZEDSZKOLA" OD NAUCZYCIELA/KI WYCHOWANIA PRZEDSZKOLNEGO?
środa, 2 lipca 2025
JEŚLI CZEGOŚ NIE WIESZ ZAPYTAJ, SŁUCHAJ, OBSERWUJ I PATRZ NA DZIECKO
czyli jak wiele nauczyłam się w dwa dni od młodych łobuzów i młodzieżowych osób aktywistycznych
...a to było tak: ostatnie dwa tygodnie to był totalny nieobliczalny lot po wysokich levelach na pełnej petardzie, bez ograniczeń i trzymanki. Zaczęło się od tego, że otrzymałam zaproszenie od kolegi, który jest dyrektorem szkoły w zakładzie poprawczym w Raciborzu i moich "chłopaków z poprawczaka" na uroczyste otwarcie pracowni kulinarnej w ramach projektu PAKA. Projekt ten realizowany jest przez Fundację im. Księdza Jana Kaczkowskiego, zatem jazdy bez trzymanki mogłam się spodziewać, bo kto jak kto, ale Johnny wiedział, jak zrobić show. Wątpliwości nie mam co do tego, że pomimo śmierci cielesnej jest z nami obecny duchem, bo w przeciwnym razie takie rzeczy by się nie działy. Johnny nie odpuszczał, co dobrze wie Patryk Galewski, jego "synek". Wiedziałam również i ja, że właśnie z Patrykiem spotkam się znowu na otwarciu pracowni i że ponownie coś uknujemy, aby najsłabszym, najbardziej wykluczonym i pozbawionym często jakichkolwiek szans dzieciom pokazać, że można spróbować żyć inaczej a najpierw wytulić mocno i ciepło. Bo taki jest Patryk Galewski: tuli wszystkich bez wyjątku. Dyrektora zakładu karnego, profesorkę uniwersytetu, sędzię rodzinną i dla nieletnich, wolontariuszkę, kuratorkę, chłopaków - wychowanków zakładu poprawczego. Ich najbardziej. Otwarcie tej pracowni było nad wyraz udane, chłopaki przygotowali profesjonalny katering o jakim mi się nie śniło. Tym samym jadłam makaroniki lepsze niż we Francji, antipasti lepsze niż we Włoszech i przede wszystkim czułam całym moim wszystkim, że tu zadziewa się coś jeszcze. Coś lepszego niż dobre, coś nadzwyczajnego, nieprzeciętnego. Ja znam życiorysy tych chłopaków. Oszczędzę wam bo człowiek ma to do siebie, że ocenia, czasami bezwiednie. A im nie jest obecnie potrzebna żadna ocena. Im potrzebna jest informacja zwrotna od reprezentantów społeczeństwa, że chcemy ich ponownie mieć wśród nas. Chcę mieć Adama*, który jest świetnym barberem. Chcę mieć Krzyśka, który znakomicie przyrządza steka z kalafiora i makaroniki. Chcę mieć Rafała, który potrafi udzielać pierwszej pomocy przedlekarskiej i Oskara, z którym mogę jechać na rowerze, iść w góry survivalowo i który w razie sytuacji trudnej chwyci odpowiedni sprzęt i uratuje ze zgliszczy powodzian a ja potrzeba, to zabawi dzieci malując im buźki. Chcę mieć Piotrka, który porozmawia ze mną o wolontariacie, celach życiowych, edukacji a jak potrzeba to naprawi rower. Bez telefonu w ręce i bez wgapiania się w ekran. Bo tego wszystkiego chłopaki nauczyli się w zakładzie poprawczym trafiając do niego czasami za naprawdę grube czyny karalne. Znam ich życiorysy, jedna ze studentek realizowała z nimi pogłębione wywiady narracyjne do pracy magisterskiej, zresztą sami mi opowiadają. Jeden zabił ojczyma nożem. W obronie matki. Wcześniej kradł, aby nakarmić głodne rodzeństwo. Inny sypiał z bratem na klatce kamienicy kiedy to matka z kolejnym wujkiem byli pijani a wujek bił młodszego brata przy wtórze śmiechu matki. Jet też cwaniaczek okradający starsze panie "na wnuczka" i wyłudzacz gotówek z parabanków. Jest gwałciciel, włamywacz, rozbójnik. Jest kilku nastoletnich ojców. I co z tego? Dużo. Bardzo dużo ponieważ paradoksalnie popełnienie tych czynów i trafienie do "poprawczaka" uratowało im życie. W zakładzie najpierw ich odkarmiono, odprano i zdiagnozowano. Często trafiając najpierw do schroniska dla nieletnich okazuje się, że mają źle dobrane leki, nikt nigdy z nimi nie pracował terapeutycznie, nikt nie podał im ręki, nikt nie nakarmił do syta, nikt nie zobaczył. Po prostu byli niewidzialni. Jak można nie widzieć dziecka śpiącego na klatce schodowej? Można. Jak można nie zainteresować się dzieckiem, które po zmroku szwenda się po ulicach lub podwórku bo boi się iść do domu? Można. Osiemdziesiąt procent tych chłopaków pochodzi z nizin społecznych, gett biedy, jest spod tak zwanego "złego adresu". Różnica jest taka, że jeśli dziecku z rodziny o przeciętnym lub wyższym statusie socjoekonomicznym ktoś zrobi krzywdę, podwinie się noga, nawet niechcący coś nabroi, ma zwykle za sobą sztab dorosłych. Dzieci o niskim statusie socjoekonomicznym nie mają takich szans, gdyż z definicji i od urodzenia są "patusami", "osimsetami", "bandziorami". Nauczyciele często nie widzą dobrego powodu, aby przebywały w szkole. Kto chce mieć w klasie głodne dziecko z brudnymi rękami, w nieświeżych ubrankach, przysypiające na lekcji lub dokuczające rówieśnikom a przy zwróceniu uwagi wyzywające nauczycielki od "szmat"? Wiadomo przecież, że "z takiego dziecka już nic nie będzie". Problem nie jest prosty, wiem. Niemniej po to mamy wiedzę, aby z niej korzystać służąc ludziom. Wracając do wspomnianego spotkania otwarcia pracowni kulinarnej doskonale wiedziałam, że najlepsze imprezy są w kuchni. Lecz nie miałam pojęcia, że można w ramach systemu i obowiązującego prawa siedzieć przy jednym stole z chłopakami przy kawie i po prostu rozmawiać. A tak robi personel tej placówki. Rozmowy były o wszystkim, jak to przy wspólnym stole w kuchni. Trochę żartów, trochę opowieści, trochę wspomnień, trochę życiowych decyzji i pytań do osób dorosłych. Czułam się zanurzona w zachwycie nad sytuacją, atmosferą, klimatem tego spotkania. Dodatkowo lepiliśmy wszyscy razem pierogi z truskawkami aby je potem w grupie zjeść ze smakiem. Ten stół nas łączył niezależnie od statusu, pozycji, wieku i zawodu. Uczta kulinarna i uczta dla podniebienia była oczywista dla mnie jednak nie spodziewałam się takiej uczty interpersonalnej, relacyjnej i komunikacyjnej. Znakomici, wygadani, merytoryczni młodzi ludzie. Niektórzy przebywają w zakładzie kilka już lat trafiając jako dzieci a wychodząc jako młodzi dorośli (generalnie zgodnie z ustawą o wspieraniu i resocjalizacji nieletnich wychowanek przebywa w zakładzie poprawczym do 21 roku życia a zgodnie z konwencją o prawach dziecka i polskim ustawodawstwem dzieckiem jest do 18 roku życia). Jest zatem dużo czasu na refleksję lecz refleksję tę ktoś musi wzbudzić. Odpowiedzialni, mądrzy, wykształceni i dobrze przygotowani do pracy dorośli są odpowiedni. Proces zaufania to również nie bułka z masłem lecz powoli z miesiąca na miesiąc zwykle się udaje. Oby ktoś na zewnątrz, za murem tego nie zepsuł.
...a tymczasem na zewnątrz. Raptem kilka dni później uczestniczyłam w Warszawie w organizowanej przez Biuro Rzeczniczki Praw Dziecka konferencji, której celem była prezentacja wybranych wyników badań dotyczących ogólnopolskiego badania "Realizacja Praw Dziecka w Polsce 2024". Miałam przyjemność być ekspertką tego badania a na wspomnianej konferencji prowadziłam z moim młodym ekspertem, radnym Rady Dzieci i Młodzieży BRPD panel zatytułowany: "Wiem, mówię, decyduję. O mądrym uczestnictwie dzieci i młodzieży". Spotkanie obfitowało w obecność młodzieży, w samym naszym panelu były dwie nastoletnie osoby, w drugim panelu podobnie. Młodzież w wieku "chłopaków z poprawczaka". Różnił ich tylko inny start życiowy, miejsce przyjścia na świat i - czasami bolesne- tego konsekwencje. Dlatego osoby na konferencji były zaangażowane zwykle w działania aktywistyczne, samorządne, samorzecznicze. Poza tym wszystko tak samo. Otwartość, garnienie się do osób dorosłych, marzenia, chęć mówienia o sobie i swoim życiu, rozmowy o planach, celach życiowych, decyzjach, brak granic w zmienianiu świata. Osobiste historie, pragnienie bycia zauważonym i wysłuchanym. Na konferencji była Jagna, dziewczynka znana z wystąpień medialnych, wolontariuszka WOŚP. Jagna porusza się wózkiem. To był powód, aby zaproponowano jej odstąpienie od egzaminów 8- klasisty. Jagna powiedziała jedno: "po moim trupie". Zdała! Na konferencji mało mówiłam, dużo słuchałam. Cały czas czułam zachwyt autentycznością młodzieży, otwartością, szczerością, prawdą i mądrością.
Na zewnątrz również uczestniczyłam niedawno w wyjazdowym szkoleniu dla młodych aktywistek i aktywistów z organizacji pozarządowych, realizowanym w ramach KAPOK- Krakowskiej Akademii Porozumienia Organizacji i Kooperacji. Ja akurat byłam odpowiedzialna za warsztat dotyczący mediacji rówieśniczych jako certyfikowana mediatorka niemniej dwa dni spędziłam w różnych sytuacjach z młodymi, może już nie dziećmi w dosłownym sensie lecz jeszcze nastolatkami lub młodymi dorosłymi. Zachwyt mi nie mijał. To samo uczucie, co w zakładzie poprawczym i na konferencji w Warszawie. Ta sama postawa: pytam, słucham, obserwuję i patrzę. Na dziecko. Ogrom wiedzy tej młodzieży, ich kompetencje i świadomość, posługiwanie się językiem angielskim, dzięki czemu można było swobodnie komunikować się z wolontariuszami z centrum integracji z różnych krajów, o różnym kolorze skóry, z różnych kultur i religii...to musiało we mnie wzbudzić zachwyt. Wróciłam padnięta z powodu intensywności lecz jakże zadowolona i przepełniona nadzieją i zachwytem.
Ze wszystkich trzech spotkań wróciłam z ogromnymi skrzydłami. W dwa dni nauczyłam się więcej, niż miesiąc słuchając polityczek i polityków a słucham uważnie żonglując programami publicystycznymi (na oglądanie na mam czasu). Nauczyłam się głównie pytając, słuchając, obserwując i patrząc. Jeszcze tak sobie myślę, że bardzo bym chciała te dwie grupy młodzieży kiedyś ze sobą spotkać. Sądzę, że czujecie z jakiego powodu?
*Imiona chłopaków zmieniam
czwartek, 12 czerwca 2025
DZIECI POLUJĄCE NA ULICACH W IMIĘ WIELKIEJ (POLSKI) SAMOTNOŚCI
czyli oblicza polskiej RADYKALIZACJI w świetle danych wywiedzionych z badań a nie "widzimisię" i mody na eksperckość
Niektórym pali się w rękach robota, inni za fetysz uznali dzierżenie w dłoniach gaśnic. Z przerażeniem spojrzałam dzisiaj na statystyki dotyczące moich wpisów na blogu i trochę siebie karcąc a trochę chwaląc poczułam, że to jest ten moment, aby coś napisać. Dawno tego nie robiłam, uzbierało się sporo wszystkiego, zarówno wyjazdów służbowych jak i moich działań, pracy, obowiązków. Wszystko to w kontekście wydarzeń w Polsce, w tym wyniku wyborów prezydenckich. Opuszczenie kraju tuż po wyborach pozwoliło mi spojrzeć z lotu ptaka na polikryzys i sytuację, która wydaje się być potwierdzeniem słów Stefana Kisielewskiego o tym, że "to, że jesteśmy w czarnej d..... to jedno, lecz my zaczynamy się w niej urządzać". To się urządziliśmy proszę państwa. Na uniwersytecie w Weronie tuż przy wejściu wisi baner z napisem, który można przetłumaczyć: "Na tym uniwersytecie promujemy wielość idei i światopoglądów, potępiamy przemoc, dyskryminację i nietolerancję". Nie ukrywam, poczułam się po prostu bezpiecznie oraz miło i to bynajmniej z powodu podanego do lunchu prosecco. Coś ze mnie zeszło. Napięcie a może lęk? Sądząc po nastrojach i inskrypcjach na banerach i murach, Włosi uporali się z faszyzmem, nacjonalizmem, dyskryminacją. Z faszyzmem uporało się również sporo innych cywilizowanych narodów a miałam świetną okazję, aby o tym rozmawiać kilka dni w międzynarodowym gronie. Przed wyjazdem z Polski zanotowałam kilka ataków białych dzieci na inne białe dzieci na krakowskich orlikach. Nastolatki miały w ręku maczety i telefony, czasami e-papierosy oraz groziły innym dzieciom użycia pierwszego i drugiego, jeśli nie odpowiedzą grzecznie na pytanie o to, za kim są. "Za kim jesteś?" to popularne w Krakowie pytanie, na które odpowiada się w zależności od tego, po której stronie Błoń się mieszka, albo: "Wisła Kraków" albo "Cracovia". Niby proste i takim było do momentu, aż moja studentka nie została zapytana w Warszawie na ulicy przez białego chłopca: "za kim jesteś?" lecz tym razem nie chodziło mu o kibolskie układy i terytoria sensu stricto jak się okazało, wszak w stolicy jest się tylko za Legią i każdy to wie. Ulicznemu chłopcu chodziło o kandydatów na prezydenta RP, co poniekąd do kwestii kibolskich sprowadzić można i należy.
Wynik wyborów nie tyle mnie rozczarował co przeraził, bo pomijając brak sympatii do obydwu kandydatów i ich ugrupowań politycznych zdałam sobie sprawę z tego, że żarty się skończyły. Jako Polki i Polacy idziemy łeb w łeb, 50 na 50, urządzamy się na biało- czarno i brunatno, nie zaś na biało- czerwono. Wykształciuchy versus przeciętniaki, złodzieje versus naiwniacy, prawacy versus lewacy, bandyci i przestępcy versus frajerzy i cwele, ćpuny i zadymiarze versus miłujący estetykę i delikatność, wandale językowi versus erudyci, tygryski i niedźwiadki versus szukający spokoju, kombinatorzy i cwaniaczki versus bidni lecz uczciwi, ci jeżdżący na wakacje do Turcji i Egiptu oraz Ci szukający ciszy w Bieszczadach, itede, itepe. Wróciłam do Wielkiej Polski. Polski brunatnej, nienawidzącej różnorodności. Wróciłam do Polski polującej. Po powrocie zajęłam się procesem urządzania siebie i meblowania na wewnętrznej emigracji, bo mi się odechciało w aktywność i aktywizację oraz szanowanie demokracji, która nią nie jest. Bo dla mnie demokracja to wartości a nie możliwość pójścia do wyborów. W totalitarnych systemach również były i odbywają się wybory.
Podczas umiędzynaradawiania na włoskich uniwersytetach polskiej nauki i mówienia o dzieciach ulicy, których oficjalnie w Polsce nie ma, czytałam w mediach społecznościowych o sobie komentarze od prawdziwych Polaków z Wielkiej Polski: "bo ty to z murzynem byś chciała", "tylko robić dzieci i je zabijać chcesz", "lewacka ku..wo ciapartych ci się zachciało", "wszystkich tęczowych do gazu", "dzieci ci przeszkadzają, że chcesz je zabijać?" (wpisy oryginalne). A wszystko to komentarze na moją uwagę o tym, że obawiam się traktowania kobiet przedmiotowo. No nic. Urządzić się nie mogę jednak nadal w sobie, bo ciągle coś się dzieje i wciąż ktoś coś ode mnie chce choć we Włoszech miałam dla dziennikarzy pretekst i odpowiadałam "nie wiem co się dzieje w kraju bo mnie w nim nie ma". Jednak wróciłam z ziemi włoskiej do Polski i się zaczęło. Wczoraj horda białych nastoletnich dzieci cispłciowych męskich zaatakowała jedną z warszawskich galerii artystycznych, krzycząc coś o "je...niu Żydów i LGBT". W tym samym czasie jeden z polityków dokonał aktu wandalizmu w Sejmie RP, niszcząc banery z tęczowymi treściami. Kilka dni wcześniej jeszcze za granicą zobaczyłam w mediach społecznościowych, jak to naród polski znowu coś/ ktoś podzieliło, tym razem cis płciowe dziecko płci żeńskiej z kucykami, skaczące przed kamerami w obecności rodziców. Znaleźli się jednak gotowi oddać swe wirtualne życie w imię ochrony meanstreamowej dziewczynki z elity socjoekonomicznej, zdrowej oraz bezpiecznie i wesoło bawiącej się przy swojej rodzinie. W tym samym czasie w Polsce inna dziewczynka w realu odzyskiwała z trudem życie niemal zagłodzona na śmierć winogronami przez rodziców, którzy się nad nią znęcali bo ktoś im powiedział, że ziemia jest płaska a dzieci się nie szczepi bo to spisek Żydów i w szczepionkach są tęczowe płody. Nawet niektóre z moich koleżanek feministek, które milczały wobec katowania dziewczynki karmionej winogronami, zaczęły krzyczeć "won od dziewczyn" wobec wypisywanych w mediach społecznościowych bzdetów o skaczącej przed kamerami, śmiejącej się dziewczynce. Raz jeszcze okazało się, że konformizm, podatność na podliz władzy jest nie lada pokusą a wykluczane dzieci zawsze będą niewidzialne: czułam, że wszystko zwariowało i przestałam łączyć kropki nie tylko dlatego, że we Włoszech na ulicy słyszałam "bella" a w Polsce słyszę "ku..wa", było mocne słońce, dużo dobrego jedzenia i wycieczka do pięknej Wenecji. Z fragmentów pamięci wydobyłam jednocześnie rozmowę z moją koleżanką o tym, jak to wszelkiej maści "korczakowcy" współcześni nienawidzili by Henryka Goldszmita, gdyby ów pojawił się nagle między nimi. Ulicznik, alkoholik, obsesyjnie gadający o dzieciach, siedzący z nimi na ulicy i chroniący je w getcie opowiadając im dyrdymały o jakimś Królu Maciusiu w sytuacji, gdy umierały z głodu i zjadały je wszy. Nikt nie lubi brudasów, pijaków, włóczęgów, band dzieci krzyczących i goniących bez opieki. Problem jest jednak taki, że obecnie bez opieki gonią nie tylko dzieci tzw. "patusów" i "osimsetów" (oryginalny język jednej części Polski nazywającej tak drugą część Polski) lecz również dzieci średnio i wysoko sytuowane, czyste, dobrze ubrane, wykarmione, mające dobrze ustawionych materialnie i najczęściej pracujących rodziców. Ubóstwo moralne i emocjonalne to przekleństwo współczesności. Telefon w dłoni, w drugiej e- papieros (dał nam przykład elekt z Gdańska jak snusować mamy), czasami maczeta lub gaz i huzia na Józia yyyy Icka, bo tradycyjnie w Polsce jest to najczęściej Żyd, czasami Cygan i zwykle obecnie elgiebet. Pozornie jestem chaotyczna, w gruncie rzeczy jednak bardzo metodyczna i systematyczna a nawet konsekwentna. Konsekwentnie chcę powiedzieć: "A nie mówiłam?". Jest w tym pokusa cynizmu i założenia rąk oraz krzywego uśmiechu i tupania nóżką, chociaż mi pewnie gesty te nie grożą. Od miesięcy przerzucam się z dwoma ministerstwami pismami dotyczącymi ułożenia w Polsce kwestii pracy z dziećmi na ulicy, uprawomocnienia pracy pedagogów ulicy, ich należytego przygotowania do działań terenowych, w tym pracy z bandami i gangami dziecięcymi i młodzieżowymi. Wszystko jest jednak super a ja się czepiam, ewentualnie wymądrzam i nie mam racji, bo każdy z decydentów robi wszystko dobrze, dzieci na ulicy w Polsce nie ma, dofinansowanie pieczy zastępczej załatwi nam problem a jeśli widzę gdzieś nieprawidłowości, powinnam je zgłosić bo to mój obowiązek. Moje rodzinne miasto robi jeden spęd tysięcy nastolatków do nowoczesnej hali widowiskowo- sportowej nazywając to profilaktyką nienawiści, wydaje grube tysiące i sprawę uważa za załatwioną a w sytuacji, gdy ktoś powołuje się na moje opracowania naukowe od jednej radnej słyszy: "a kim żesz to jest ta pani profesor?". Serio?
Zatem do brzegu: kim są chłopcy atakujący z ulicy galerię artystyczną, grożący podpaleniem i wyzywający od Żydów? Gdzie, jak i czemu zginęła portierka zaatakowana siekierą przez zradykalizowanego studenta sympatyzującego z terrorystycznymi organizacjami, skrajnie narodowymi politykami i chodzącego na marsze niepodległości w Polsce? Czemu dzieci w Krakowie gonią bezkarnie z maczetami a w szkołach królują wlepki kibolskie? Czemu atakuje mnie policjant w Krakowie nota bene na spotkaniu dotyczącym bezpieczeństwa i przeciwdziałania dyskryminacji, którego proszę o oczyszczenie miasta z wlepek kibolskich o treściach: "miejscy mordercy" czy "miejscy terroryści"? Czemu nagle grupy dzieci zaczęły jawnie utożsamiać się z terrorystami? I czy aby tak nagle? Nic nie dzieje się nagle a życie jest bardzo konsekwentne, logiczne i oparte na relacjach przyczynowo- skutkowych. Podobnie, jak konsekwentnie niektórzy siedzą za biurkami tworząc abstrakcyjne koncepcje lub w kółko od lat mówią to samo trudnym dla przeciętniaków językiem. Noam Chomsky jak jeszcze mówił (95 letni obecnie filozof stracił możliwość mowy i pisania), zapytał kiedyś: czemu obecnie elity intelektualne nie angażują się już czynnie w działania na rzecz naprawy sytuacji ubóstwa i nic nie robią z brakiem solidarności społecznej? Nic z tego nie wynika oprócz coraz bardziej czarno- białej i brunatniejącej Polski, w której nie ma zaufania do ludzi znających języki i wykształconych a zaciera się ręce z radości na wieść o tym, że ktoś przechytrzył system i załatwił sobie dyplom jakiejś mało znaczącej prywatnej szkółki, których wiele.
Potrzebujemy rozwiązań i to szybko. Aby je mieć, musimy zacząć opierać się na wynikach badań naukowych i sprawdzonych rozwiązaniach a nie gdybaniu, mniemaniu, spekulowaniu i widzimisiowaniu. Stare modele odeszły, nowych jeszcze nie ma lub się tworzą i są sprawdzane. Stara prawda o świecie nie istnieje, nową dopiero tworzymy. Dotychczasowe paradygmaty są nieaktualne, nowe się wyłaniają a być może mamy ich śmierć ostateczną i na zawsze. Sprawdzone niegdyś rozwiązania obecnie można wyrzucić na wysypisko zaśmieconego świata. Oraz- nie ma jednego rozwiązania, jednego wyjaśnienia, jednej recepty. Z założenia blog ten nie jest naukowy niemniej pozwolę sobie streścić pewne wyniki badań, które niedawno przeprowadziłam z koleżankami z pracy i które zdają się być tożsame z wynikami badań pochodzących z innych krajów. Wiem to, bo dwa lata siedziałyśmy nad 40 tysiącami artykułów naukowych o międzynarodowym zasięgu, mówiących o procesie radykalizacji i wynikami badań nad nim. Na tym polega przecież praca naukowa, nie na wymądrzaniu się i pouczaniu. Z pokorą i full zmęczona króciutko: 767 młodych w wieku 17-28 lat zostało przebadanych w kontekście empirycznej weryfikacji zintegrowanego modelu pozwalającego lepiej zrozumieć, w jaki sposób samoocena, samotność i podatność na ideologie radykalne wspólnie przyczyniają się do zachowań agresywnych. Samoocena okazała się wpływać na agresję przede wszystkim za pośrednictwem poczucia osamotnienia i była pośrednio związana z agresją poprzez aprobatę dla postaw radykalnych. Co z tego wynika? Uczestnictwo w grupach o radykalnym zachowaniu i poglądzie może czasowo łagodzić poczucie samotności i wzmacnia samoocenę. Radykalne grupy usprawiedliwiają zachowania agresywne i je normalizują poprzez dostarczanie narracji pomagających przekształcić przemoc w uzasadnioną reakcję na domniemaną niesprawiedliwość, wzmacniając tym samym związek między wykluczeniem społecznym a agresją. Dlatego aby skutecznie działać prewencyjnie i edukacyjnie, trzeba przeciwdziałać izolacji społecznej i wykluczeniu jako czynnikom ryzyka samotności. Rozumiecie, jakie są przyczyny? Rozumiecie, co należy robić? Wracając do chłopaków z ulicy atakujących w kontekście radykalnym galerię artystyczną można sobie łatwo wyobrazić, w jakiej sytuacji są te nastolatki, mające mówiąc językiem babci "za dużo w tyłku" bo i telefony i ciuchy i e- papierosy, a za mało najważniejszego. W zamian karanie, izolowanie na przemian z nagradzaniem materialnym, ubóstwo moralne i emocjonalne rodziców ciułających na wakacje w kurortach i mamy na ulicach dzikie, zradykalizowane, nienawistne dzieci. A czy ich narracja nienawiści jest narracją o Żydach, Cyganach czy elgiebetach, zdaje się być przypadkowe lecz z pewnością usprawiedliwia złość na życie. W kontekście Polski takie akurat narracje zawdzięczamy panom politykom mającym związki ze światem biznesu i pseudofootbolu. W krajach takich, jak na przykład Francja narracja młodych radykalnych dzieci dotyczy czegoś innego. Prościej się nie da. Cały tekst z wynikami badań znajdziecie tutaj:
sobota, 17 maja 2025
CO ROBIĘ, GDY NIE PISZĘ BLOGA?
czyli "rock'n'rollowa jazda bez trzymanki"*!
Wiem wiem, dawno nie pisałam i to nie ze względu na brak systematyczności jako cechy wrodzonej lecz z powodu klęski urodzaju. Tyle się dzieje, że kompletnie nie nadążam za myśleniem a co dopiero pisaniem. Dodatkowo w między czasie trzeba praktykować work life balance, bo tak każą dyrektywy, więc tak to się układa, że człowiek kciukiem nie ma kiedy ruszyć. Za to studenci na Uniwersytecie Warszawskim szybko ruszyli kciukami, kiedy to ich rówieśnik spacerował z siekierą po kampusie i dokonał makabrycznej zbrodni. O zbrodniach takich czytamy w podręcznikach do kryminologii, zwykle pod hasłami lub komentarzami typu "to był taki dobry chłopak". To nie jest blog naukowy więc nie będę przytaczała wyników badań potwierdzających moje tezy o tym, że młody dorosły z mocnym rysem psychopatycznym był zradykalizowany, o czym świadczą sympatie do zdelegalizowanych organizacji terrorystycznych takich, jak choćby Blood and Honour. Wszystko razem plus jeszcze zapewne sytuacja rodzinna, specyficzna biorąc pod uwagę status rodziców (nie nie, to nie tak, że tylko dzieci wykluczone i z tzw. patusowatych rodzin i "osimsetów" popełniają przestępstwa, ha!), kryzys męskości tak zwany i mamy to. Nie zatrzymam się dłużej nad refleksją i analizą, ponieważ ekspertów dość już się wypowiedziało a to byli prawdziwi eksperci bo kimże ja jestem z 25- letnim stażem w resocjalizacji, aby się wypowiadać? Powiem tyle, że psychopatia czyli osobowość dysocjalna (F 60.2 w klasyfikacjach medycznych) nie wchodzi do krwi jak dopamina i Mefedron, nie jest również wynikiem wzburzenia emocjonalnego czy też kryzysu psychicznego. Milknę. Czekam na werdykt a biorąc pod uwagę fakt, że młody dorosły ma za obrońców kolegów tatusia, to...czekam. Było tego wszystkiego trochę ostatnio. Sytuacja jest o tyle niebezpieczna, że osobnictwo ludzkie, szczególnie ta jego część, która nie wyciąga wniosków ze swojego mózgu bo go nie używa a w zamian sięga do czatów GPT i AI, może zacząć pytać, jak rozwiązywać życiowe problemy. Odpowiedzi przyjdą szybko: nie podoba ci się lekarz i nie jesteś zadowolony z jego usługi, idź do niego do pracy i zabij go nożem. Nie podoba ci się jak lekarka leczy twoje dziecko, napadnij ją w parku. Jesteś świadkiem przestępstwa, kręć filmik, puszczaj na tik tok i zapraszaj do lajkowania. Po prostu jak ktoś ci przeszkadza, kogoś nie lubisz, ktoś ci zagraża istnieniem bo ty masz inną jego wizję- niszcz. I doszliśmy do ściany. Pewnie bym mogła powiedzieć "a nie mówiłam" lecz obecnie jeszcze więcej czytam, jeszcze więcej piszę i jeszcze bardziej się izoluję robiąc swoje. Mam bowiem chwilowo dosyć a książki zawsze były dla mnie tratwami ratunkowymi. Jak byłam mała, wchodziłam do szafy, brałam latarkę i czytałam książki. Polecam.
Aaaa jeszcze jak było wolne to była majówka. W wolne zrobiliśmy sobie wolne. Niby logiczne a w logice nazywa się to tautologią lecz nie dla wszystkich. Nie trzeba również znać co oznacza z angielskiego work life balance niemniej warto wiedzieć, że dzień wolny od pracy oznacza, że nie pracujesz. Święta, majówka i inne długie weekendy są dla ciebie i bliskich i to wy decydujecie, co robicie. My zadecydowaliśmy spełnić kolejne marzenie i lecieć do Paryża. Przez Szwajcarię bo kto bogatemu zabroni? Odpoczęliśmy, najedliśmy się pyszności i popijaliśmy trunkami przednimi. Sery, wino, makaroniki. W Paryżu nie obowiązuje mnie nic oprócz fleksybilności moich przyzwyczajeń i stylów. Bo w końcu to ja decyduję czy jako weganka zjem ser czy nie i nikomu nic do tego a kto powiedział, że oświecenie spłynie tylko wtedy, kiedy nie popijesz sera winem? Może twoje. Etykietki porządkują świat lecz nie mój. Słodka Francja za to rozczula. Oczywiście, że przywiozłam sobie perfumy a szperaniu po second handach nie było końca. Oczywiście, że na grobie Pana Morrisona napiłam się wina. Byli tacy, co zostawiali rozmemłane gumy do żucia bo taka jest tradycja a jak wiadomo, tradycja rzecz święta. Dlaczego nagle mam być grzeczna i poprawna, skoro od urodzenia słyszałam, że taka nie jestem? Jestem jaka jestem, wstydu nie mam oraz pozwalam sobie szanować siebie w komforcie i odwadze- jak to mówi tytuł jednej z książek- bycia nielubianym. Bo w sumie co mnie to? Niech każdy nosi swoje buty. Sztuka ulicy, muzyka, kapelusze. Paryż to jedno z tych miejsc, w których mogłabym mieszkać. Gdańsk, Berlin, Paryż. Zwykle zwracam uwagę na to, co pomiędzy, więcej czuję niż rozumiem, chłonę całą sobą. Paryż taki właśnie jest. Pozwala na to. Oraz naprawdę. Naprawdę! Totalnie sobie możesz chodzić ubrana jak chcesz, mówić co chcesz, uważać co chcesz i nawet obrażać królową. Francuzom nic do tego, bo każdy zajmuje się sobą a poza tym kawka, kurasą (pisownia oryginalna z Polski), gazetka w knajpce przy stacji metra, zapach bagietki i czujesz, że żyjesz. Wolność. Równość. Braterstwo. Vive la Révolution. Czy to jest subiektywne? No pewnie. Bo jesteśmy subiektywni i raczej świat jako taki nie jest taki, jak mówimy, że jest. On jest różny. Pierwszą wiadomością po wylądowaniu na tej ziemii była informacja o śmierci Joki. Gdzie jest Joka? To był duży smutek. Przypomniał mi się koncert, na którym byłam rok temu z synem. Przypomniało mi się wiele, na przykład jak porywałam go ze szpitala po wypadku, pakowaliśmy wózek do samochodu i fru na miasto. A w aucie z głośników jedno: "podpaliłem kontynenty...". W moim telefonie drugie: "przeważnie o tej porze...". I nagle nie ma Joki? Dusza opuściła ciało. Się wylało się stało się zamknęło. Joka, foka, sroka. Szacun ziom. Do zo. Zmarł też Stachu Sułkowski, pałacowy chłopiec, bohater mojej książki. 94 lata to słuszny wiek. Na pogrzebie było dużo radości. Z życia. Z tego, że znaliśmy Stacha, że było nam dane, że tyle wspólnych chwil, radości, mądrych rozmów i historii. Zostaną po nas książki.
Wczoraj ktoś mi zadał pytanie, jak to się robi, że dobę się rozciąga do 34 godzin? No rozciąga się i się ma. "Wyobraź to sobie sobie"**. Subiektywne poczucie czasu oraz dobra logistyka i mamy to. A królowa logistyki jest jedna. Nie cierpię na nadmiar zajęć i obowiązków. Cierpię na nadmiar komentarzy w tym temacie. Bo to jest tak, że jak się czegoś nie chce robić to się nie robi. A jak chce to się robi. Ja robię, bo chcę i lubię. Śpię, jem, modlę się, kocham. Odpoczywam. Mam swój rytm. 5- 22. 5-22. 5-22. Tak to to. Tak to to. Czujecie? W weekendy odpuszczam choć ciało lubi ten rytm, tylko wtedy sobie leżę i czytam obłożona kotkami. Robię czasami dni pidżamowca i rozmemłania. Dodatkowo często nie odbieram telefonów, nie odpowiadam na wiadomości albo nie robię tego od razu. Nie sprawdzam maili jak kompulsywna paranoiczka a jak sprawdzę to nie zawsze od razu odpowiadam na nie. Nie mam w prywatnym telefonie służbowych aplikacji, więc nic mi nie pika. Zresztą mam wyłączone dźwięki wszystkie i wszędzie bo moja nadwrażliwość na pikanie powoduje nieobliczalne odruchy niszczycielskie. Wieczorami, a mój wieczór zaczyna się często o 20, nie odpowiadam na smsy, na nic i za nic nie odpowiadam. Zresztą za siebie też już nie odpowiadam. Odbodźcowuję się, wyciszam, robię nic. Higiena cyfrowa first. Nie jestem na niczyje zawołanie. Nie ratuję świata zawsze, wszędzie i za wszelką cenę. Świat tyle razy przetrwał, że i w takich sytuacjach sobie poradzi. Boli mnie, że niektórzy myślą, że jesteśmy ich własnością, bo dużo robimy dla innych. Nie jesteśmy niczyją własnością. Nie jesteśmy zawsze i wszędzie, na pstryczek i guziczek. Mam potrzeby, bywam zmęczona, mam dosyć ludzi, chcę często spędzać czas sama. To oznacza, że nie zawsze mam ochotę na spotkanie, kawkę, takie tam. Także fajnie, aby nikt mi nie organizował czasu. Nie jestem po to, aby realizować potrzeby innych chyba, że są to dzieci i to dzieci wymagające szczególnej troski, uwagi i opieki. Bo na przykład są bite lub głodne albo są w kraju objętym wojną albo ich rodzice siedzą w więźniu. To mój wybór i będę sobie to robiła. Bo tak. Ja wiem czemu i tyle mi wystarczy. Nie jestem również po to, by realizować czyjeś oczekiwania. Nikomu nic nie obiecuję i nie jestem nic winna. Autonomia to moje czwarte imię. Mam swoje cele, swoje priorytety, swoje założenia i swoje zadania oraz ich świadomość. Mam swoje rachunki, swoje kredyty, swoje pięty Achillesa. Ach. I nie jestem księżniczką na ziarnku grochu ąę ekhm. Lubię żyć na przypale albo wcale. Na pełnej petardzie. Trenuję boks choć niektórym się to nie podoba. Co mnie to. Moje buty są moje. Te do boksu też. Mam też inne, do roweru. Jeżdżę. I nikomu nic do tego. To też są moje buty. Mam tyle lat na ile się czuję i to lubię. I tak sobie żyję. Przeważnie o tej porze...jak nie piszę bloga, robię w życiu super rzeczy, które nadają mu sens, czego i wam życzę, bo dzisiaj "jest dzień pierwszy mojego życia reszty".
*Jurek Owsiak
** Wszystkie cytaty będące w cudzysłowie pochodzą z pioseneczek Joki, Magika- składów: Paktofonika i Kaliber 44
niedziela, 27 kwietnia 2025
NOWORODEK W REKLAMÓWCE, DZIECI Z ULICY I "CHŁOPAKI Z POPRAWCZAKA"
niedziela, 13 kwietnia 2025
MIĘDZYNARODOWY DZIEŃ DZIECI ULICY
..."bo wiesz co się liczy? Szacunek dzieci ulicy"
Usłyszałam kiedyś takie oto słowa tekstu hip hopowego rymowane przez dzieci w projekcie realizowanym gdzieś w Polsce. Mam je w sobie na zawsze oraz ilekroć wychodzę w teren realizować czynności badawcze. 12 kwietnia obchodzimy ustanowiony w 2011 roku Międzynarodowy Dzień Dzieci Ulicy. Ustanowiło go The Consortium for Street Children, międzynarodowa sieć organizacji działających na rzecz praw dzieci ulicy na świecie.
Oficjalnie w Polsce nie ma dzieci ulicy choć ja poznałam ich sporo, wiele o nich już powiedziałam i napisałam. Lubię mówić o niewidzialnych dzieciach i o pedagogach ulicy czyli o zawodzie, który tak naprawdę nie istnieje. Brzmi nieźle, jak niedorzeczność z ust zakręconej profesorki, która w dodatku widzi w Polsce dziecięce i młodzieżowe gangi. Zastanówmy się jednak, jak to jest?
W ubiegłym tygodniu w Krakowie została znaleziona w pustostanie 2-tygodniowa dziewczynka. Przebywała w nim z rodzicami w kryzysie bezdomności i innymi bezdomnymi. Rodzice byli poszukiwani listem gończym za popełnienie przestępstw, po wyroku sądowym czekali na odsiedzenie kary pozbawienia wolności. Przecież to dziecko gdzieś musiało się urodzić? Wiemy, że w szpitalu. Ktoś matkę z dzieckiem z tego szpitala musiał wypisać. Lecz już nikt nie dowiedział się, gdzie ją wypisuje i czy ma ona dokąd wrócić z noworodkiem.
Niespełna dwa lata temu w Gdańsku, w namiocie na koczowisku z osobami bezdomnymi mieszkała z matką czteroletnia dziewczynka. Długo nikt ze służb społecznych nie miał o tym pojęcia.
Pytam kiedyś Sylwii Góry, autorki książki o bezdomnych kobietach w Polsce: - "Sylwia, czy spotkałaś zbierając materiały do swojej książki, kobiety w ciąży albo takie, o których wiesz, że urodziły dziecko na ulicy?". - "Na ulicy może nie lecz na klatce schodowej, na strychu, w pustostanie tak".
Kamil z Częstochowy często noce spędzał poza "domem", np. na przystanku autobusowym.
Nazwijmy go Adaś- spotkany w mojej badawczej przestrzeni chłopiec woli przesiadywać na ulicy lub na klatkach kamienic, bo boi się ojczyma.
"Pani, ja cały czas jestem na ulicy, nawet jak jestem chora. Na ulicy szybciej się zdrowieje"- mówi mi dziewczynka ze Śląska z miejsca, które dawno nie powinno istnieć.
"Nie mam domu bo wujek od mamy nas wywalił jak robił awanturę i mieszkam teraz z mamą w ośrodku (czytaj: placówce dla ofiar przemocy) ale nie lubię tam być bo jest głośno i baba z mopsu o wszystko mnie pyta"- Piotruś*.
Placówka wsparcia dziennego typu podwórkowego w mieście X, około godziny 14.00: - "Kur...a zjesz wszystkie tosty a one są dla wszystkich nie tylko dla ciebie, pani mówiła, że jesteś mało bo nie mamy sponsorów!". - "Ale ja od rana nic nie jadłem i umieram z głodu, ostatni raz jadłem wczoraj wieczorem chipsy". - "Co robiłeś od rana? Nie byłeś w szkole?". - "Nie bo tata z mamą się darli i pili wódkę i nie miałem jak się uczyć i spać to nie poszłem dzisiaj do szkoły tylko siedziałem w parku".
Nazwijmy ją Ania: "Wolę siedzieć na ulicy bo tu jest fajnie i nie śmierdzi tak jak w domu bo ojczym pali a mamy i tak ciągle nie ma bo musi pracować a jak jest to pije. Wódkę pije, wie pani. Z wujkiem".
"Najfajniej jest jak idziemy do kanałów, tam jest cicho i ciemno. Szczury są".
"Tu mamy bazę. Można palić i sobie siedzieć. Trochę rymujemy i sobie gadamy".
"Pani, tam są bezdomni w tych ruinach. Kiedyś jeden zaje...ł gołębia ale i tak lubimy z nimi siedzieć bo są jaja i jest śmiesznie. Tylko jeden kiedyś też denaturat wylał niechcący i podpalił. My nie pijemy tego z nimi"
Placówka wsparcia dziennego typu podwórkowego w mieście Y: "Ja pier...lę mam przypał na chacie stara mnie wkurwia bo znowu się naje...ła niech mnie pani nie wku..ia nie zjem tego gó..na".
Placówka wsparcia dziennego typu podwórkowego w mieście Z: "Sie ma pani, gdzie pani spała, tutaj?". "Tak". "Spoko ku...wa to znaczy no".
"Pawełku, ty nie masz kurtki? Ta bluza jest cienka, dzisiaj jest na minusie przecież". -"Pani, cały rok tak chodzę, mi jest zawsze gorąco". - "Ok to ja ci przywiozę na następny raz kurtkę i ona tu będzie sobie leżała. Będziesz chciał, weźmiesz." (W bucie dziura, skulony, za chudy jak na swój wiek, włosy tłuste, brud za obgryzionymi paznokciami, bluza z kapturem i napisem: Urban ghetto").
Nazwijmy go Frankiem. Franek bawi się w gangstera. Ma kominiarkę kupioną (?) w lumpeksie. Kradnie komórki w szkole, ale tylko obcym dzieciom. Swoich się nie kroi przecież.
Rodzeństwo: 6 letni chłopiec i 2 letnia dziewczynka mają tatę w więzieniu (a właściwie tatę dziewczynki i ojczyma chłopczyka, bo jego tata nie wiadomo, gdzie jest) i uzależnioną od heroiny i alkoholu mamę. Mama wzięła raz dzieci i uciekła z nimi. Po prostu poszła w świat bo ją nosiło. Za długo była trzeźwa. Kilka zimowych miesięcy tułała się po melinach i pustostanach. Znalazła ją policja. Dzieci poszły do placówki opiekuńczej. rozdzielone. Podobno w jednej jest przemoc, pani krzyczy i wmawia chłopcu, że jest niegrzeczny, bo płacze za siostrą.
System? Jaki system? W Polsce z takimi dziećmi może pracować każdy. Dosłownie. Nie musi być przygotowany do pracy z nimi, do interwencji, pomocy, współpracy lokalnej, diagnozy, planowania działań pomocowych. Nie musi znać prawa i nie musi mieć wiedzy o metodyce pracy z dzieckiem, jego specyfice rozwoju i specyfice potrzeb, jego zabezpieczeniu prawnym i psychopedagogicznym, jego prawach, itd. Nie musi mieć żadnych studiów pedagogicznych lub/i psychologicznych choć lubi nazywać się streetworkerem lub nawet pedagogiem ulicy. Streetworkerem tym łatwiej jest się nazywać, że nikt za bardzo nie wie, o co chodzi. Nie ma w Polsce studiów kształcących w tym kierunku, chociaż doskonale wiemy my, realizujący programy studiów na uczelniach, że streetworking to tylko lub aż metoda pracy z osobami w przestrzeni ich środowiska, na przykład ulicy. Oraz, że jest częścią pracy socjalnej lub/ i pedagogiki społecznej- środowiskowej. To oznacza, że jednak trzeba mieć przedmiotowe przygotowanie do pracy z dziećmi w bardzo trudnych warunkach, z bardzo wymagających środowisk. Trzeba o nich wiedzieć bardzo dużo. O ich specyfice, niepełnosprawnościach, specyficznych potrzebach, kontekście rodzinnym i środowiskowym. A tymczasem czasami nawet osób wychodzących do dzieci na ulicy nie obowiązują go Standardy Ochrony Małoletnich. Nazywają się trenerami, coachami, samozwańczymi animatorami lub pedagogami bez pedagogicznego wykształcenia. Są również wolontariusze. Jak to jest? Jak to możliwe? Po prostu któregoś razu ktoś postanawia, że będzie pracować z dziećmi ulicy, bo ma misję lub po prostu chce lub nie ma co zrobić ze swoim życiem. Zakłada organizację pozarządową, bo każdy może taką założyć. Nikt o nic nie pyta. Nikt nic nie sprawdza. Nie pyta również dlatego, że w Polsce oficjalnie nie ma dzieci ulicy.
*Oczywiście imiona dzieci zmieniłam
sobota, 12 kwietnia 2025
DOSTĘPNA, NOWOCZESNA I EMPATYCZNA AKADEMIA
czyli o głosie nastolatka i dziecku w chuście tworzących UNIVERSITAS
W piątek 11 kwietnia odbyło się koordynowane przeze mnie seminarium metodologiczne, połączone z grupowym badaniem fokusowym pt: "Mapowanie obszarów problemowych w badaniach społecznych z udziałem dzieci". Seminarium udało się zorganizować dzięki pomocy osób studiujących i działających w Kole Naukowym Pedagogów Resocjalizacyjnych UJ. Patronat merytoryczny nad seminarium objął flagowy lab Wydziału Filozoficznego UJ- Behaviour in Crisis a patronatem honorowym wydarzenie odjęła Rzeczniczka Praw Dziecka Monika Horna- Cieślak. Spotkanie zgromadziło badaczki i badaczy z całej Polski, realizujące/cych badania naukowe z udziałem dzieci w obszarach nauk społecznych, głównie pedagogiki, psychologii i socjologii. Przyjechały osoby współtworzące Interdyscyplinarny Zespół Badań nad Dzieciństwem Uniwersytetu Warszawskiego, członkinie i członkowie Sekcji Badań Dziecka i Dzieciństwa Polskiego Towarzystwa Socjologicznego, Dyrektorka Zespołu Badawczego Biura Rzeczniczki Praw Dziecka wraz z zespołem, Radny Rady Dzieci i Młodzieży w Biurze Rzeczniczki Praw Dziecka, osoby eksperckie działające w Zespole ds. Etyki Badań z Udziałem Dzieci w Polsce działający przy wymienionym wyżej biurze. Zależało mi na tym, aby spotkać ze sobą osoby realnie prowadzące badania z udziałem dzieci i zapraszające dzieci do badań, stworzyć przestrzeń interdyscyplinarną, zsieciować ze sobą badaczki i badaczy, spędzić czas w życzliwej atmosferze działając w merytorycznej przestrzeni, która ma szansę wygenerować nową jakość. Seminarium miało dwie części: ogólną, merytoryczną, otwartą dla wszystkich oraz badawczą. W tej drugiej udało się zrealizować dwa grupowe badania fokusowe, prowadzone przez wybitną badaczkę - specjalistkę od fokusów dr Katarzynę Archanowicz-Kudelską, z którą znamy się od lat z Transdycyplinarnego Sympozjum Badań Jakościowych. Część ogólna dotyczyła prezentacji kulis badawczych ogólnopolskiego projektu badawczego "Realizacja Praw Dziecka w Polsce 2024", głównie w kwestii organizacji badań i ich kontekstu etycznego. Prezentowała ją dyrektorka Biura ds.Badań RPD mgr Katarzyna Makaruk. Odbyło się również spotkanie autorskie z autorką książki "Metodologia badań otwarta na dzieci" Aleksandrą Zalewską- Królak oraz prezentacja przez Franciszka Papciaka wyników sondy zrealizowanej przez młodych ekspertów z BRPD połączona z dyskusją. To tyle sprawozdawczo.
Seminarium to jednak było czymś o wiele większym, lepszym, szerszym i głębszym, jakościowo wartościowym, łączącym i sieciującym, nowoczesnym, bogatym, dającym oddech i skrzydła, tworzącym nową jakość i generującym nową wiedzę. Było czymś, co spowodowało, że tak właśnie chcę widzieć nowoczesną, dostępną akademię realizującą wartość universitas czyli wspólnoty, tworzącą przestrzeń życzliwości, szacunku, czasu dla drugiego człowieka, refleksji i bardzo wysokiego poziomu merytorycznego tworzącego interdyscyplinarną refleksję ponad podziałami dyscyplinarnymi. Na zaproszeniu osoby otrzymały informację o tym, że w razie specyficznych potrzeb mogą je porostu wcześniej zgłosić, a my w miarę możliwości postaramy się stworzyć przestrzeń do ich bezpiecznej realizacji. Drugą informacją było zapewnienie o bezpiecznej, życzliwej atmosferze którą chcemy stworzyć, aby wszyscy czuli się dobrze. Przy wejściu do sali seminaryjnej była kawa, herbata, ciacha oraz rozłożone były poduchy i kocyki wraz ze stosem zabawek. Obok dziecięce krzesełko. Wiedziałyśmy bowiem, że jedna osoba pojawi się z rocznym synkiem. Niby nic nadzwyczajnego i po co tyle wydziwiania-ktoś mógł pomyśleć. Poza tym jak chce sobie przyjechać z dzieckiem, to niech sobie to ogarnie. Jedno małe dziecko i tyle zachodu? Zawsze przecież można nie przyjechać, zostać w domu, miejsce dziecka nie jest na uczelni. Co za matka naraża dziecko na podróż po Polsce w takie zimno aby pracować jak nie musi bo przecież jest matką małego dziecka. O to to to. Jednak my chciałyśmy sobie powydziwiać, dlatego wiozłam z domu kocyk, studentka drugi, dodałam kilka pluszaków i maskotki szyte przez nasze mamusie z oddziału zakładu karnego, które znamy z rodzinnych widzeń. Chciało nam się oraz zrobiłyśmy to z wielką przyjemnością i dumą gdyż dzięki temu chłopczyk mógł być cały czas na sali obrad z mamą. Chciało nam się dla tego jednego dziecka właśnie. Tak rozumiem pedagogikę i takiej pedagogiki uczę. Tak również rozumiem słowo "paidagogos"- służący dziecku. Mama tego dziecka to świetna, młoda badaczka, autorka książki, która właśnie miała być promowana. Jasne, że mogłyśmy się połączyć on line. Lecz po prostu nie chciałyśmy. Chciałyśmy żywe i na żywo, face to face, z innymi uczestniczkami i uczestnikami być. Uczestniczyć. Tu i teraz. Razem. Cześć autorska seminarium lekko się opóźniała, gdyż chłopczyk pełen wrażeń i emocji nie mógł zasnąć. Wszyscy cierpliwie czekali rozumiejąc sytuację i nikt negatywnie nie skomentował marudzenia mojego najmłodszego seminarzysty. Tak również rozumiem pedagogikę. Jako czas dany drugiej osobie w takiej ilości, w jakiej go potrzebuje oraz jako cierpliwą troskę o słabszych i bardziej bezbronnych. Wpadłyśmy w końcu na pomysł, aby chłopca zachustować i prowadzić z nim spotkanie. Przy mamie, słysząc jej głos, na pewno zaśnie, co więcej, nie będzie się wybudzał a my spokojnie porozmawiamy. To miało sens i musiało się udać a jednocześnie było chyba pierwszym spotkaniem autorskim, które prowadziłam z osobą stojącą i non stop rytmicznie się kiwającą wprzód i w tył z zapakowanym w chustę, śpiącym bezpiecznie człowiekiem. Było w tym coś wzruszającego, dzikiego, pierwotnego, kojącego, normalnego. Ja siedziałam a Ola stała i się kiwała. Julian spał, widownia słuchała. W rytmie zakodowanym w DNA i danym nam przez nasze mamy, babki i prababki. Zachustowane dziecko i robota w polu. Zachustowane dziecko i zakupy na jarmarku. Zachustowane dziecko i oporządzanie gospodarstwa. Zachustowane dziecko i sprzątanie domu. Zachustowane dziecko i załatwianie spraw. Zachustowane dziecko i dzielenie się wiedzą, kiedy "ta, która wie" dzieli się nią innymi. Symboliczne ognisko tworzył bukiet wiosennych kwiatów i krąg wokół książki. To było wiedźmińskie i magiczne. Pamiętam, jak kiedyś na zajęcia zaprosiłam byłą studentkę, która odpisała mi, że nie przyjdzie, bo nie ma z kim zostawić kilkumiesięcznej córeczki. Co za problem?- pomyślałam. Przyjdź z nią. No ale wózek, schody, uczelnia. Przyjdź. Ogarniemy. Spotkanie było nad wyraz udane a malutka spała w wózku obok biurka jak susełek. Tak rozumiem pedagogikę i akademię. To moje universitas.
Ostatnim punktem seminarium była wygłoszona przez Radnego Rady Dzieci i Młodzieży działającej przy Biurze Rzeczniczki Praw Dziecka prezentacja dotycząca wyników sondy zrealizowanej wśród jego rówieśników o doświadczeniach uczniów szkół średnich w uczestnictwie w badaniach na terenie szkół. Wyniki były interesujące lecz zarazem szokujące. Franek z kolegami, moimi młodymi współpracownikami zebrali opinię od ponad 200 osób nastoletnich tym, jak łamane są ich prawa w zakresie anonimowości, dobrowolności, ograniczania im możliwości decydowania za siebie i tego, czy chcą czy nie chcą brać udział w różnego rodzaju ankietach. O tym, jak naruszana jest ich godność i prawo do tajemnicy. Po prezentacji odbyła się bardzo cenna dyskusja, było mnóstwo pytań i otwarcia na perspektywę nastolatków. Innymi słowy tym razem to nie my uczyliśmy lecz nas uczono. Poznanie perspektywy nastolatka nauczyło mnie pokory ponieważ okazało się, że dzieci i młodzież nie zawsze chcą brać udział w badaniach a często są przymuszane. Rodzice podpisują zgodę a dziecko nie- ono ma się dostosować i podporządkować poleceniom i obowiązkom na terenie szkoły a jednym z nich jest udział badaniu i obowiązek wypełnienia ankiety. Za niewypełnienie grożą mniej lub bardziej formalne sankcje. Dzieci i młodzież nie czują się równe i traktowane po partnersku w procesie badawczym przez osoby realizujące badania, często również za udział ucznia w badaniu wynagradzani są rodzice a dzieci nawet nie są brane pod uwagę w kwestii otrzymania informacji na temat wyników badania. Problemy takie, jak pytania o sięganie po używki, negatywne zachowania rówieśników, itp. są dla uczniów bardzo niekomfortowe i zwykle w takich kwestionariuszach ankiet po prostu kłamią coraz mniej ufając dorosłym. Dla mnie to była lekcja uważności, pokory i temperowania ego. Jako wice przewodnicząca Wydziałowej Komisji Etyki Badań Naukowych i recenzentka projektów badawczych mam bardzo wiele do przekazania światu nauki i tym, które/rzy projektują i realizują badania udziałem dzieci. Do tego wszystkiego dochodzi stawiana przeze mnie wielokrotnie teza o tym, że w Polsce prawa dziecka są lukrowaną fikcją, ratyfikowana Konwencja o Prawach Dziecka uznawana przez dorosłych za fanaberię i nawet osoby realizujące badania z udziałem dzieci nie wiedzą, że dziecko ma prawo do informacji, wypowiedzi, wysłuchania, odmowy. Czy zdanie dzieci na serio brane jest pod uwagę? Czy w kraju, w którym "dzieci i ryby głosu nie mają", dorośli wiedzą lepiej co myślą dzieci, planują działania dla nich bez nich, projektują pomoc bez informacji o tym, czego tak naprawdę młodzieży potrzeba a partycypacja jest modą bez realnych odniesień możliwe są realne, etyczne i rzetelne badania z udziałem dzieci? Bo wiemy już, że to nie tylko podpisanie świadomej zgody i formułki RODO.
Na tym seminarium najwięcej nauczył mnie 1-roczny Julek i 17 -letni Franek choć czuję ogromną wdzięczność za obecność i wrażliwość wszystkich uczestniczek i uczestników.
Kiedyś rozmawiałam z Jankiem Gawrońskim - Społecznym Zastępcą Rzeczniczki Praw Dziecka i moim współpracownikiem o empatycznych wymiarach instytucji takich, jak szkoły czy uczelnie. Mam głębokie poczucie, że wczoraj taką empatyczną akademię udało nam się stworzyć. Niech to będzie cechą charakterystyczną akademii nowoczesnej i realizacji wartości universitas: dostępność i empatia. Jestem przekonana, że nie ucierpią na tym żadne procedury choć samej empatii w procedurę ubrać się nie da.
"NIC O NICH BEZ NICH"
czyli jak otwarłam pierwszą w Polsce agorę (i to na uniwersytecie!), w której nieletnich pyta się o zdanie na temat procesu resocjalizac...
-
czyli jak otwarłam pierwszą w Polsce agorę (i to na uniwersytecie!), w której nieletnich pyta się o zdanie na temat procesu resocjalizac...
-
czyli czemu dawno nie pisałam bloga i robię to akurat dzisiaj oraz jaka magia tkwi w słowie GRANICE? Mam tak serdecznie dosyć laptopa i...
-
Kasiu! Zawsze nam się wydaje, że mamy tyle czasu... To ona? Zapytałaś kolegi, kiedy się pojawiłam. Nie miałam Kasia pojęcia, że otrzymam tę ...