środa, 20 sierpnia 2025

POLSKI "ROSZCZENIZM" A SKANDYNAWSKIE HYGGE

    czyli "za co moje dziecko ma jechać na wakacje i czemu to ja mam je utrzymywać?"

    W te wakacje kilkakrotnie natknęłam się w mediach na artykuły o tym, jak to rodzice w Polsce narzekają na to, że nie stać ich na wakacje dla ich własnych dzieci. Nie stać ich również na wczasy i w ogóle na życie ich nie stać skromne a co dopiero na to, aby własne dziecko utrzymać. Rodzice są dodatkowo wypaleni rodzicielstwem, zmęczenie generuje brak motywacji i czują się bezradni wobec braku pomocy ze strony państwa. Po przeczytaniu pierwszego tekstu przymknęłam oko niemniej po trzecim zaczęłam się zastanawiać, o co właściwie chodzi? Tym bardziej, że mowa była zwykle o rodzinach z przeciętnymi dochodami, z dwójką pracujących rodziców i nie rzadko jedynakiem. Przed wyjazdem na wyprawę rowerową do Skandynawii miałam w sobie taką myśl i konkluzję, że wygląda na to, iż obowiązki rodzicielskie w Polsce sprowadzają się do coraz popularniejszego narzekania, że "osiemset plus to za mało". Tym samym podstawową funkcją rodziny stała się funkcja roszczeniowa z pretensją do świata o to, że rodzice muszą wychowywać i utrzymywać swoje dzieci. Funkcji roszczeniowej rodziny jeszcze nikt w żadnym podręczniku nie opisał co nie oznacza jak widać, że nie istnieje. Przyznam również, że z lekkim zażenowaniem czytałam komentarze niektórych obywatelek i obywateli pod jednym z moich komentarzy wyrażających niezrozumienie dla tej roszczeniowości w kontekście wiedzy o świadczeniach, które każda rodzina z dziećmi otrzymuje od państwa to znaczy dokładnie od nas i z naszych podatków. Pomijam kwestie językowe czy sposób komunikacji, obecnie coraz częściej spuszczam na to zasłonę milczenia. Jeśli połowa Polek i Polaków popiera przestępców oraz zachowania na granicy prawa, prezentuje postawy takie jak rasizm i promuje nienawiść, nie dziwi mnie sposób komunikacji. Zresztą i mnie czasami wyrwie się coś niecenzuralnego w obronie przed draństwem. Komentarz mój ten konkretny związany był z opisywaną w jednej z gazet sytuacją, w której to rodzice kilkulatka, domniemywam- jedynaka, skarżą się na to, że nie stać ich, aby dziecko spędziło wakacje na obozie a jeśli nawet, to obóz i tak trwa tylko 10 dni, maksymalnie dwa tygodnie a wakacje dwa miesiące. Oni wezmą kolejne dwa tygodnie urlopu aby jechać na wczasy i co dalej? Pytają zrozpaczeni. Babcia nie chce, aby jej "podrzucić" wnuka i koniec końców jest to powód pretensji i roszczeń do państwa. Czyli do kogo i o co konkretnie? O to, że świadczenie "osiemset plus" to stanowczo za mało, wakacji jest za dużo i czemu państwo nie zajmie się ich dzieckiem w te wakacje? Pomijam fakt, że dziecko nie jest rzeczą, stąd raczej się go nie "podrzuca" lecz co najwyżej zawozi, przyprowadza. Przypomina mi to sytuację, kiedy jedna ze znajomych mi mam pokazuje mi smsy od ojca swojego dziecka z prośbą o "wydanie" dziecka zgodnie z nakazem sądu na weekend. Dziecko to nie obiad, nie trzeba go wydawać, można po prostu zawieść lub przyprowadzić na spotkanie. Mój komentarz związany był z odpowiedzialnością rodzicielską i wyrażeniem zdumienia faktem, że rodzice jednego dziecka, w dwójkę pracujący i otrzymujący co miesiąc świadczenie na dziecko, roszczą sobie pretensje. Dla przypomnienia, celem tego świadczenia nie jest wyręczanie rodziców w utrzymaniu dziecka, nie jest nim również fundowanie rodzicom darmowego dla nich wywiązywania się z obowiązku materialnego zabezpieczenia dziecka. Celem tego świadczenia jest wsparcie rodziny z dzieckiem, ma ono ponadto charakter motywacyjny. I zaczęło się. Że nie wiem, ile kosztuje dziecko. No nie wiem, bo nigdy nie kupowałam dziecka, swoje urodziłam. Dalej- że tak to jest, jak się nie ma dzieci, jak się jest oderwanym od rzeczywistości, jak się nie wie, ile kosztuje jazda konna, chiński, szermierka, balet, kład i wakacje w Egipcie. Faktycznie jestem oderwana mocno od rzeczywistości, ponieważ nie wiem tego wszystkiego. 

        Zniesmaczona i zmęczona opuściłam Polskę a wraz z nią wszystkie te społecznościówki pełne nagonek, hejtu, pretensji i polskiego "roszczenizmu". Tak go sobie nazwałam, lubię tworzyć słowa. Ulga. Różnicę poczułam i zobaczyłam już na promie. Duńska mama na podłodze pokładu czytała dzieciom książkę. Trójka rodzeństwa jak dzieci z Bullerbyn, rozczochrane, w skarpetkach bez butów, wtulone w mamę. Widok ten znałam już sprzed roku lecz zawsze mnie rozczula. Inni rodzice spacerowali z dziećmi za rękę, coś tam tłumaczyli, pokazywali, wspólnie jedli posiłek w bufecie. Jakaś babcia rozmawiała w wnukiem, grupka skautów coś sobie czytała. Jak to możliwe, że na tak wielkim promie nikt sobie nie przeszkadzał, nie krzyczał, nie upijał się, nie rozrabiał? Nieopodal czytającej mamy siedziała polska rodzina. Tata z telefonem komórkowym w dłoni, mama z nosem w telefonie komórkowym, kilkuletni synek z telefonem komórkowym w dłoni i zaglądająca mu przez ramię młodsza siostra. Tata co jakiś czas wydawał z siebie odgłosy, coś pomiędzy rozkazem a warczeniem: "idę", "chodź", "zostaw", "połóż". Mama milczała. Przez dwa tygodnie wyprawy rowerowej na campingach, plażach, w parkach, sklepach i wszędzie indziej spotykaliśmy rodziny z dziećmi. W Niemczech, Danii i Szwecji. Rodziny z dziećmi pod namiotami, w kamperach lub w samochodach przystosowanych do podróżowania z rozkładanym spaniem, maluchy w rowerowych przyczepkach lub krzesełkach, na małych rowerkach, w nosidłach. Zawsze wiedzieliśmy, które dziecko jest skandynawskie a które polskie, podobnie było z rodzicami. To nie jest żadna generalizacja ani nagonka, bo są w Polsce super rodzice i wiem to, lecz naprawdę wiedzieliśmy zwykle niemal od razu, skąd pochodzi rodzina. Uwielbiam skandynawskie dzieci, ich wiatr w rozczochranych włosach, ciekawość świata, swobodę komunikacji i wygląd przywodzący na myśl sytuację, kiedy rano otwierasz szafę i z jeszcze zamkniętymi oczami losujesz bądź co i ubierasz to na siebie. Do tego skarpetki, niekoniecznie do pary i jak zauważył mój znajomy, często tylko jedną. Lub wcale. Skandynawskie dzieci gonią boso. Po trawniku, piachu, chodniku, podłogach. Brudne i szczęśliwe. Jakieś takie uważne, ciche chociaż roześmiane, spokojne i rozluźnione chociaż non stop skaczą i biegają. Na rowerach zawsze są w kaskach. Polskie dzieci najpierw słyszymy. Jeśli nie trzymają nosów w telefonach, są bardzo głośne lecz nie jest to odgłos zabawy a szarpania się z dorosłym. Zawsze o coś chodzi i zawsze jest krzyk, sprzeciw, bunt, coś nie tak. Zawsze też nad dzieckiem sterczy rodzic i czegoś chce. Wydaje rozkazy, polecenia, warczy, upomina, ma pretensje. Jest jakiś taki spięty, podenerwowany, niespokojny. Wiem, że to kompletnie nie jest wina dzieci. Dzieci są wszędzie na całym świecie takie same, otwarte oraz chętne do działania, współpracy i przestrzegania zasad. Tylko muszą te zasady znać podobnie jak reguły gry ze światem i czuć się z dorosłym bezpiecznie. W takiej atmosferze jednak, jaką serwują dzieciom Polacy z ich polskim "roszczenizmem" nie ma odpoczynku, nie ma wakacji, nie ma hygge*. Jest ciągłe napięcie, stres i oczekiwanie na to, że coś się wydarzy. Polscy rodzice są ciągle na coś obrażeni, matki milczą a ojcowie są gdzieś obok z nosami w telefonach lub zaciskają usta źli na świat. Rzadko się uśmiechają. Jeśli widziałam tatę skaczącego na trampolinie na kampingu, wiedziałam, że nie jest Polakiem. Nie chcę być niesprawiedliwa, widziałam też super rodziców i spokojne dzieci z Polski, jednak nie często a najczęściej byli to ci, którzy w Skandynawii mieszkali. Wracając do kraju byliśmy świadkami rodzinnej, trudnej sytuacji przy fast foodzie na stacji benzynowej. Przypuszczam, o co chodziło jednak ważniejsze dla mnie było to, co zobaczyłam. Nadąsana mama siedziała cicho w dystansie, smutna i obrażona. Tata z zaciśniętymi ustami i ciągłymi do niej pretensjami próbował się gdzieś dodzwonić, wymachiwał rękami i rzucał telefonem lub coś burczał. Za nimi z tyłu siedziała kilkulatka z nosem w telefonie. Nikt z nikim nie miał kontaktu i nikt zn nikim nie rozmawiał. Zero relacji, zero interakcji, zero wakacyjnej atmosfery. 

    Te doświadczenia i obserwacje powodują, że łączą mi się kropki pozornie od siebie odległe. Bo co ma wspólnego pretensja do państwa o brak pomocy w utrzymaniu dziecka i opiece nad nim z pretensją do całego świata o wszystko, co kumuluje się na dziecku nie uzbrojonym w żadne mechanizmy obronne? Uważam pretensje do państwa są niesprawiedliwe i nieprawdziwe jak również nie w porządku wobec osób płacących podatki a nie mających dzieci bądź mających je już dorosłe. Obowiązkiem rodzica jest bowiem utrzymać dziecko i zapewnić mu jak najlepsze warunki do rozwoju, troskę i opiekę. Jeśli państwo pomaga, to idealnie. Dziecko jednak to nie jest projekt, nie jest również kolejnym planem po samochodzie i domku na raty oraz wczasach w kurorcie. Dziecko to pełnoprawny, żywy i czujący członek rodziny, którą osoby świadomie mniej lub bardziej zakładają a jeśli tak nie jest, lepiej niech nawet nie próbują. Dlatego bez względu na to, jak bogate lub biedne jest państwo, funkcje rodziny i obowiązki rodziców wszędzie są takie same. Nikt nie powiedział, że dziecko musi jechać na obóz za tysiące a wczasy muszą być w kurorcie. Przykład Skandynawii pokazuje, że rodzina może być szczęśliwa w lesie czy na łące, śpiąc w namiocie lub na materacu w samochodzie, jedząc na śniadanie samodzielnie zrobione kanapki i goniąc boso bez firmowych butów za tysiące. Za to z rodzicem, który odłożył telefon na bok, bo jest z dzieckiem, jemu poświęca czas i uwagę, jemu służy i dla niego jest obecny. Bez pretensji a dążąc do hygge niezależnie od stanu posiadania. Jedne z najbogatszych krajów świata takie, jak Dania czy Szwecja inwestują nie we wczasy w kurortach i konsumpcjonizm lecz w edukację w zakresie społecznych i rodzicielskich oraz obywatelskich kompetencji, w uczenie  dzieci empatii i wolontariatów, zrównoważonego życia i prawo każdego obywatela do natury i spokoju. Może dlatego Duńczycy, jak wskazują raporty ONZ, są na drugim miejscu wśród najszczęśliwszych narodów świata. Według tych samych raportów Polacy mają 40 miejsce. 

Ps. Wróciłam z wyprawy rowerowej po Skandynawii. Wczoraj przeczytałam kolejny tekst o rozpretensjonowanej mamie, że nie stać jej na firmowy plecak dla dziecka a przecież musi mieć firmowy bo dostało się do dobrego liceum. Serio?

*hygge to rodzaj skandynawskiej, głównie duńskiej filozofii, pewnego sposobu i stylu życia polegającego na tym, aby cieszyć się rzeczami małymi, czerpać radość życia z drobiazgów, czuć komfort w sferze niematerialnej, otaczać się rzeczami miłymi i dającymi wytchnienie, również życzliwymi osobami. Hygge jest wszystko, co spokojne i łagodne, miękkie, milutkie i cieplutkie. 

poniedziałek, 21 lipca 2025

CIEMNOSKÓRY HINDUS PRZYGARNIA SETKI BIAŁYCH, POLSKICH, CHRZEŚCIJAŃSKICH DZIECI

 ..czyli historia o tym, jak to babu maharadża uratował polskie dzieci i czy coś z tego dla Polaków obecnie wynika?

    Niewiele z was zapewne wie, że niegdyś wydarzyła się magiczna i zaczarowana historia, choć nie była to bajka. Ta historia wydarzyła się naprawdę. Opisałam ją w książce "Pałacowe dzieci. Rzecz o pedagogii Stanisława Jedlewskiego na podstawie funkcjonowania Państwowego Zakładu Wychowawczo- Naukowego im. Tadeusza Kościuszki w Krzeszowicach w latach 1946-1950". Mowa o historii, która dotyczy  dzieci uchodźczych, często o innym kolorze skóry, mówiących dziwnym, niezrozumiałym językiem, mających inne, definiowane przez tubylców jako zdziczałe i nienormalne zachowania i obyczaje. Pewnie się zdziwicie lecz mowa jest tutaj o polskich dzieciach. Naprawdę! Tysiące z nich dla niektórych narodów podczas II wojny światowej i tuż po niej było dziwakami, były inne, brudne, dzikie. A jednak mieszkańcy tych narodów postanowili się tymi dziećmi zaopiekować. Praca nad wspomnianą książką była dla mnie ogromną przygodą i chociaż ukazała się w 2020 roku, pracuje nadal we wszechświecie i co rusz dotykają mnie efekty tej pracy. Dość wspomnieć, że na podstawie zaprezentowanych w niej wyników moich kilkuletnich badań naukowych nadal rodziny odnajdują swoich przodków. Tak było ostatnio, gdy zwróciła się do mnie jedna z fundacji badająca losy dzieci polskich wywiezionych na Sybir. Tak było również, kiedy to w jednym z Krakowskich szpitali posądzono starszego człowieka o demencję i brednie, ponieważ opowiadał, jak to dzieciństwo po II wojnie spędził w jakimś pałacu i jadł pomarańcze. Jedna z lekarek zorientowała się, o jaki pałac może chodzić, przywiozła do szpitala moją książkę a pacjent ujrzawszy ją i zamieszczona w niej zdjęcia wykrzyknął: "a nie mówiłem? to jest mój pałac, mój dom! Tam się wychowałem!". 
    Historia, o której chcę poniżej opowiedzieć jest prawdziwa i prawdziwie będzie opowiedziana, surowo i bez sentymentów a dotyczy ot bagatelka 5 000 (słownie: pięciu tysięcy!) polskich dzieci, które upchane w bydlęcych wagonach zostały wywiezione z Polski i transportowane były najpierw do Kazachstanu lub na Syberię, później zaś przebyły jeszcze jedną podróż. Ta uratowała im życie ale po kolei oraz polecam zerknąć na mapę świata, to da nam obraz wędrówek tych nieszczęsnych polskich, małoletnich obywateli, których nikt nie chciał. Dzieci w Polsce podczas II wojny oddzielane były często od swoich rodziców, z których część wywieziono wcześniej do łagrów. Zresztą zachęcam do poczytania na temat losów wojennych dzieci, o których pisze między innymi profesor Wiesław Thaiss. Te dzieci, o których chcę opowiedzieć, były brudne, śmierdzące, głodne, chore, skrajnie zaniedbane i wyczerpane a niektóre umierające. Rodzice niektórych zmarli na Syberii, zaginęli, zostali rozstrzelani w Katyniu. Świat nie bardzo wiedział, co zrobić z taką ilością polskich dzieci? W 1941 roku czyli jeszcze w czasie działań wojennych Generał Władysław Sikorski w Londynie podpisał z sowieckim ambasadorem pewien układ, na mocy którego Józef Stalin zgodził się, aby osierocone polskie dzieci zostały wywiezione ze Związku Radzieckiego. W sumie po co komu brudne, głodne i wyczerpane dzieci? Do pracy się nie nadawały a trzeba było je karmić i o nie dbać. Najlepiej było się ich pozbyć. Wraz z armią Generała Władysława Andersa polskie dzieci dostały się tymi bydlęcymi pociągami do Persji a tuż przy granicy z Iranem utworzono jeden z polskich sierocińców. Ktoś musiał dzieci nakarmić, otulić od zimna, opatrzyć rany, zbić gorączkę, nauczyć hymnu Polski i modlitwy "ojcze nasz". W akcjach ratowania, transportu i pomocy polskim dzieciom udział brała Hanka Ordonówna. Piosenkarka, aktorka i autorka tekstów. Część z wożonych po świecie polskich dzieci ostatecznie znalazła schronienie w Nowej Zelandii a ich potomkowie żyją tam do dziś. Co stało się z resztą? Ogromna gromada z pociągu przesiadła się na statek i popłynęła aż do Indii! Od teraz przenosimy się do baśni z tysiąca i jednej nocy, bowiem wyobraźcie sobie, że polskimi dziećmi: brudnymi, głodnymi, śmierdzącymi, mówiącymi w dziwnym języku i mającymi dziwaczne zachowania zainteresował się prawdziwy książę! Był to dziedzic księstwa Nawanagar w zachodnich Indiach, maharadża Jam Saheb Digvijay Sinhji. Wszystkim dzieciom, które żywe opuściły pokład statku, indyjski książę udzielił bezpiecznego schronienia w pobliżu swojej letniej rezydencji w Balachadi (obecnie stan Gudżarat) i wybudował dla nich Polish Children Camp. Dzieci po podróży przez Iran i Pakistan były wykończone, wycieńczone głodem, zdziesiątkowane chorobami, chore, majaczące w gorączce, obdarte, skrajnie zaniedbane, tęskniące za rodzicami. Maluchy płakały. W podróży starsze dzieci jak mogły opiekowały się młodszymi. Było z nimi kilka opiekunek, które cudem przeżyły łagry choć i one nie były w najlepszym stanie. W Indiach na polskie dzieci czekało sześćdziesiąt malutkich, uroczych domków pokrytych czerwonym dachem a na środku placu stał maszt z powiewającą dumnie flagą biało- czerwoną. W ich nowym domu dzieci powitał we własnej osobie książę w turbanie z pawim piórem, cały przyodziany w szaty z brylantów i złota. Człowiek ten pokochał dzieci miłością wielką, ludzką i bezwarunkową. Wykarmił je, wytulił, wyleczył z chorób a one mówiły do niego babu czyli tatusiu, ojczulku. Co rano dzieci budził krzyk pawi i małp, kto był w Indiach ten wie, o czym piszę. Po ulicach chodziły prawdziwe słonie a z wysokich palm spadały kokosy z pysznym, słodkim mleczkiem i kokosową galaretką. Brzmi jak bajka? Tak. Lecz taka, która wydarzyła się naprawdę. Starsze dzieci zaczęły chodzić do szkoły, zorganizowano im polską edukację tak, aby nie zapomniały polskich liter i języka oraz hymnu. Maluchami opiekowały się ocalałe w łagrach kobiety. Wśród nich była właśnie Hanka Ordonówna. Wyobraźcie sobie jednak sztab ludzi, którzy zagonieni byli do pomocy polskim dzieciom. Trzeba je było nakarmić, umyć, przebrać i tak codziennie. Maharadża Jam Saheb, babu, chętnie osobiście przychodził na organizowane przez dzieci teatrzyki a po spektaklach zapraszał je na indyjskie słodycze do swojego pałacu. Kto kiedykolwiek jadł indyjskie słodycze temu teraz kapie ślinka, wiem to. Maharadży pomagali inni bogaci książęta indyjscy i w sumie udało się ocalić tysiące polskich dzieci, z których większość po II wojnie światowej wróciła do Polski. Jednak około 200 zostało na zawsze w założonym polskim miasteczku Valivade. Polski Czerwony Krzyż pomagał szukać ich rodziców lub bliskich, których czasami udało się odnaleźć w Polsce, w obozach przejściowych lub innych odległych zakątkach globu. Niektóre z dzieci osiągnąwszy pełnoletność podjęły decyzję o wyjeździe z Indii do Kanady lub Ameryki i tam się osiedliły. Historia dzieci wywiezionych do Nowej Zelandii jest równie wzruszająca choć może ze względu na klimat pozbawiony prawdziwych książąt mniej barwna. 
    Warto pamiętać o tych historiach, kiedy czytamy o kolejnych atakach białych, prawdziwych Polaków na cudzoziemskie dzieci uciekające ze swoich krajów przed wojną lub o innych podłych akcjach mających na celu niszczenie kobiet w ciąży lub rodzin z dziećmi na polskich granicach lub w obozach dla uchodźców tylko dlatego, że mają inny kolor skóry i mówią dziwnym dla nas językiem. Warto o tym pamiętać przy okazji kolejnych wyjść polskich bandyckich ugrupowań faszystowskich za przyzwoleniem władz na nasze wspólne ulice. Warto o tym pamiętać, gdy w tłumie tych rasistowskich bojówek zobaczymy nastoletnie dzieci, uczniów polskich szkół. Warto o tym pamiętać, kiedy prawdziwi Polacy uczą w domach swoje dzieci, że mają nękać w szkole ukraińskich kolegów "za Wołyń". Warto o tym pamiętać...tak w ogóle. Dla człowieczeństwa. 

    Pełne historie polskich dzieci uciekających przed wojną i dzieci uchodźczych przeczytacie w:
* Biskup M., Śladami zapomnianych bohaterów, Vesper, Poznań, 2011.
* Kowaleczko- Szumowska M., Bapu, opowieść o dobrym maharadży, wydawnictwo Literatura, 2024.
* Michel M., Pałacowe dzieci. Rzecz o pedagogii Stanisława Jedlewskiego na podstawie funkcjonowania Państwowego Zakładu Wychowawczo- Naukowego im. Tadeusza Kościuszki w Krzeszowicach w latach 1946-1950, Wyd. UJ, Kraków, 2020.
* Thaiss W., Sieroctwo wojenne polskich dzieci (1939- 1945), Zarys problematyki, "Przegląd Pedagogiczny, 2012, nr 1: Dziecko w Polsce w XX wieku.
* Polskie dzieci maharadży. Indyjskie losy sierot uratowanych ze Związku Radzieckiego (https://historia.interia.pl/polska-walczaca/news-polskie-dzieci-maharadzy-indyjskie-losy-sierot-uratowanych-z,nId,1411399).

piątek, 18 lipca 2025

CZYM RÓŻNI SIĘ "PANI Z PRZEDSZKOLA" OD NAUCZYCIELA/KI WYCHOWANIA PRZEDSZKOLNEGO?

 o górnikach w pedagogice już było, lecz...
   
    obecnie mamy w Polsce do czynienia z kuriozalną i trudną do racjonalnego wytłumaczenia sytuacją, kiedy to Ministerstwo Edukacji Narodowej stworzyło projekt zatrudniania w przedszkolach osób bez kwalifikacji czyli bez kierunkowego wykształcenia związanego z osiągnięciem tytułu magistra w zakresie bycia nauczycielem/ką edukacji przedszkolnego. Zapewne można by to ogłosić skandalem niemniej samo nazwanie w ten sposób sytuacji nie wyjaśni nikomu, o co tak naprawdę chodzi a wprowadzi jedynie awanturniczą reakcję. Problem w tym jednak, że argumentów racjonalnych, opartych na wiedzy i wynikach badań naukowych oraz osiągnięciach rozwoju dyscypliny naukowej jaką jest pedagogika mało kto w tym kraju słucha lub jeśli słucha, rzadko bierze pod uwagę. My sobie- "oni" sobie. "Razem" jest tylko w kampaniach wyborczych i w dzień wyborów. Później to "razem" rozmywa się w festiwalu ego i rozdawnictwie krzesełkowym od sasa do lasa wszak aby być polityczką/ wiem, nie trzeba mieć nawet wykształcenia lub jeśli już, nie musi być ono kierunkowo związane z resortem. Jeśli lekarz może kierować armią, górnik pracować z dziećmi w kryzysie wieloaspektowej przemocy, inżynierka- informatyczka kierować resortem edukacji a sutener być prezydentem, to dlaczego z dziećmi w przedszkolu ma pracować wykwalifikowany nauczyciel/ka wychowania przedszkolnego? W głowach nam się poprzewracało chyba na tych uczelniach. Problem jednak jest ogromny i nie dotyczy on braku kadry, jak próbuje nam się wmówić, ponieważ co roku mury uniwersytetów opuszczają znakomicie przygotowani absolwenci i absolwentki edukacji przedszkolnej i wczesnoszkolnej a sporo z nich już po 3 roku studiów i odbytych praktykach podejmuje się pracy zawodowej w instytucjach edukacyjnych. Wiem to, bo mam z nimi kontakt na co dzień. Wiem, na jakim poziomie zdają egzaminy, jak przykładają się do zajęć, jak ciężko pracują i jak obszerną mają wiedzę. Jeden z problemów natomiast to karygodny brak odpowiedniego przygotowania osób tego rodzaju projekty tworzących. Ktoś nieprzygotowany w mojej opinii oznacza, że nie ma wiedzy z danego zakresu co skutkuje tym, że nie wymaga również tej wiedzy od innych. Na tym polega ignorancja. Taka sytuacja oczywiście w pewnym sensie stawia ludzi w jednym szeregu, jesteśmy równi i na jednym poziomie a to, że niskim, to już inna kwestia. Nie wystarczy jak się okazuje być w tzw. opozycji (do kogo? czego?). Trzeba jeszcze, pełniąc pewne stanowisko czy kolokwialnie rzecz ujmując siedząc na konkretnym krześle, mieć o nim wiedzę. W przeciwnym razie znacznie obniża to standardy i tak już ledwo zipiącego państwa w niemal wszystkich zakresach jego funkcjonowania. W sytuacji natomiast, kiedy chodzi o osoby słabsze, jest również zagrożeniem ich bezpieczeństwa i naruszeniem ich praw. Ta konkretna propozycja, która jest przedmiotem mojego pisania, oznacza drastyczne obniżenie standardów edukacji przedszkolnej oraz wyrzucenie w błoto dotychczasowych osiągnięć w zakresie kształcenia kandydatek/ów do zawodu i generalnie do pracy z dziećmi. Tak! Mowa o edukacji. Nie opiece. Nie zabawie. Nie pompowaniu baloników, wycieraniu smarków, zakładaniu śliniaków i pomocy w ubraniu kurteczki, choć to ważne czynności, lecz EDUKACJI. Znowu chciało by się zacytować Jamesa Carville;a parafrazując go lekko: "Edukacja głupcze!". 
    Dzieci to nie są słodkie bąbelki ani też nie są to dorośli ludzie, jak niektórzy by chcieli myśleć i zapewne myślą. Henryk Goldszmit mówiąc, że "nie ma dzieci są ludzie" nie miał na myśli negowania dzieciństwa jako okresu życia lecz przywracanie mu godności. Dla przypomnienia, początek XX wieku to czas uznania dzieciństwa jako konstruktu społecznego, odseparowanie myślenia o dzieciach w kategoriach dorosłych, pierwsze momenty upominania się o ich prawa i ogłoszenie go wiekiem dziecka. Zresztą również i czasy były inne i inny był kontekst. Dzieci to osoby ludzkie na pewnym etapie rozwoju, który powoduje, że w wielu kwestiach są zależne od nas, osób dorosłych. Tak jest w zakresie opieki, troski, ochrony, wychowania i socjalizacji. Dzieci to również osoby mające swoje emocje, uczucia, lęki, upodobania, przyzwyczajenia, cechy charakteru oraz prawa. Prawa te są uniwersalne i przynależą wszystkim dzieciom niezależnie od pochodzenia, koloru skóry, miejsca zamieszkania czy stanu zdrowia. Jednym z praw dziecka jest prawo do edukacji. Rozumiemy to tak, że zapewniamy dziecku edukację kierując się swoją najlepszą wiedzą i najnowszymi osiągnięciami nauki wynikłymi z badań nie zaś stosując tzw. widzimisię, bo nam się wydaje, że tak będzie ok, bo nasze babcie i ciocie tak robiły a sąsiadka ostatnio powiedziała, że to jest ok. 
    Jasne, że projekt ministerialny zakłada zatrudnienie każdego za zgodą kuratora oświaty, dodatkowo dyrekcja przedszkola ma zorientować się w kompetencjach i umiejętnościach zatrudnianej osoby. Po pierwsze to znakomita taktyka cedowania odpowiedzialności a po drugie jak to robić i co to w ogóle oznacza? Dyrekcje przedszkoli nie mają co do zasady narzędzi do oceny kompetencji, nie prowadzą również skomplikowanych i wieloetapowych procesów rekrutacyjnych. Stąd dyplom ukończenia konkretnych studiów wyższych ewentualnie podyplomowych (studiów, kursów specjalistycznych, itp.) z aneksem w postaci wypisanych przedmiotów, osiągniętych efektów kształcenia i zdefiniowaną sylwetką absolwenta pozwala na taką, choć jedynie formalną, to jednak weryfikację. Jeśli projekt ministerialny przejdzie (w poniedziałek 21 lipca pierwsze czytanie na Komisji Edukacji i Nauki), osoba pracująca jako sprzedawca/czyni, kierowca/czyni, księgowa/wy, dozorczyni/ca, piekarz/rka, krawiec/owa, itd. będą mogli pracować z dziećmi w przedszkolu. Przecież na pewno większość ma dzieci więc się zna, a i do przedszkola zapewne niejedna osoba chodziła. To oznacza dalej, że osoby te będą mogły: dokonywać wczesnej diagnozy zaburzeń i nieprawidłowości rozwojowych, prowadzić gimnastykę, ćwiczyć małą i dużą motorykę, stosować najnowsze metody pracy z dziećmi w procesie ich indywidualizowania i wsparcia rozwoju. Inaczej: kierowca lub dozorczyni będzie czuwać nad rozwojem waszego dziecka, diagnozować je, realizować z nim ćwiczenia gimnastyczne w tym korekcyjne, ćwiczyć zręczność, pracować nad lateralizacją, indywidualizować proces edukacji i wychowania. W sytuacji trudnej uczyć rozwiązywania konfliktów grupie rówieśniczej, wyłapywać sygnały nieprawidłowości rodzinnych czy też przemocy, pisać opinie warunkujące dalsze etapy edukacji waszego dziecka, diagnozować predyspozycje, rozwijać potencjały. Jak wam to brzmi? A jak wam brzmi to, że od jutra zaczynam przeprowadzać operacje na otwartym sercu i cesarskie cięcia? Albo nie, będę podłączała wam instalację elektryczną i naprawiała piecyki gazowe? Też nie? to może zapiszę się do reprezentacji polski w piłce nożnej? Nie?
    W sylwetce absolwenta 5- letnich studiów magisterskich z edukacji przedszkolnej i wczesnoszkolnej na Uniwersytecie Jagiellońskim możemy przeczytać m. in. o tym, że absolwent charakteryzuje się wszechstronnym przygotowaniem do pracy z dziećmi, posiada wiedzę teoretyczną i praktyczną z psychologii rozwojowej, pedagogiki, metodyki nauczania oraz umiejętności diagnozowania i wspierania rozwoju dziecka, zna prawa dziecka, potrafi projektować i realizować programy edukacyjne dostosowane do potrzeb dziecka, posiada umiejętności skutecznej komunikacji interpersonalnej z dziećmi (dostosowane do ich rozwoju), rodzicami i personelem, posiada umiejętność prowadzenia zajęć edukacyjnych i dydaktycznych, opiekuńczych i wychowawczych. To tylko fragment (do całości odsyłam na stronę Instytutu Pedagogiki UJ) lecz zapewniam, ze nigdzie nie ma poruszanej kwestii umiejętności zmiany pampersa czy też ubrania bucika i obtarcia zasmarkanego nosa. Dlaczego? Ponieważ edukacja przedszkolna to coś dużo, dużo więcej choć oczywiście i tulimy (Tak! tulenie dziecka nie jest napaścią seksualną!) i wycieramy nosy. Ja sama na tym kierunku prowadzę zajęcia dotyczące profilaktyki zachowań ryzykownych, diagnozy i specyfiki funkcjonowania dzieci z zaburzeniami w zachowaniu, metodyki pracy z dzieckiem w kontekście kryzysu rodziny, metodyki pracy z dzieckiem zagrożonym wykluczeniem. 
    Przedszkole wbrew temu, jak bywa traktowane, również niestety czasami przez rodziców, to nie jest przechowalnia dla dziecka z trzema posiłkami z kateringu. To pierwsza w jego życiu placówka edukacyjna, w której pod okiem profesjonalnie przygotowanego personelu zdobywa najważniejsze i kluczowe w życiu umiejętności oraz kompetencje takie, jak funkcjonowanie w grupie rówieśniczej, kontrola złości i wyrażanie agresji w sposób akceptowany społecznie, społecznie akceptowane komunikowanie swoich potrzeb i emocji, proszenie o pomoc, zachowanie w sytuacjach społecznych, udzielanie pierwszej pomocy, pomoc bliźniemu, troska o zwierzęta. W przedszkolu odbywa się nauka szeroko rozumianego funkcjonowania w środowisku przyrody, świecie norm społecznych i radzenia sobie ze sobą w sytuacji trudnych emocji czy braku umiejętności ubrania bucika czy trafienia łyżką do buzi. Jeśli zgodnie z pewnymi normami rozwojowymi dziecko ma z tym problem i tym samym mam problemy z koordynacją, wykształcona osoba posiadająca specjalistyczną wiedzę zareaguje, zasugeruje rodzicom udanie się do neurologa, poradni psychologiczno- pedagogicznej, psychologa, itd. Dziecko w przedszkolu również po raz pierwszy w życiu przebywa tak długo poza domem bez rodziców, uczy się zatem radzenia sobie z tęsknotą i samodzielnego funkcjonowania bez mamy i taty. Dodatkowo w obecnym stanie rozwoju wiedzy i dostępności do wyników badań naukowych mamy możliwość wczesnej diagnozy i wstępnego rozpoznania wielu rozwojowych nieprawidłowości, zaburzeń, neuroatypowości a nawet poważnych schorzeń czy chorób. Tego wszystkiego uczą się osoby studiujące przez 5 lat na studiach wyższych. Również uczą się prawidłowo i zgodnie z prawem reagować w sytuacjach kryzysowych, identyfikować sygnały i objawy przemocy domowej, uczą się procedur reagowania, algorytmów postępowania w sytuacji udzielania pierwszej pomocy czy zgłaszania nadużycia wobec dziecka odpowiednim służbom a także zasad profilaktyki zachowań ryzykownych. Praca z dziećmi w wieku przedszkolnym bowiem to nie tylko oddanie i empatia jak chcieliby niektórzy, to nawet nie umiejętności plastyczne i muzyczne, chociaż również. Mogłabym tak długo wymieniać, ponieważ praca z dzieckiem w wieku przedszkolnym to odpowiedzialność za kluczowe dla jego rozwoju momenty życia. Doprawdy nie wiem, czemu niektóre osoby pracujące w Ministerstwie Edukacji Narodowej tego nie wiedzą? A może nie rozumieją? Jeśli nie mają wiedzy, to z kim konsultują pomysły? Z pewnością nie ze środowiskiem nauczycieli wychowania przedszkolnego i z pewnością nie z osobami nauczycieli tych uczącymi bowiem wszyscy jak jeden mąż bądź żona sprzeciwiamy się temu projektowi. Po mediach społecznościowych krążą petycje, które podpisujemy i wysyłamy. Czy to ma sens? Czy tak ma wyglądać społeczna konsultacja i rozmowy z ekspertami/ tkami od edukacji wczesnoszkolnej? Jeśli tak, to mało, że jesteśmy w czarnej dziurze. My się w niej urządzamy. Albo lepiej- próbuje nas tak urządzić Ministerstwo. Powtórzę: nie wystarczy być w tzw. opozycji, ponieważ podjęcie pewnych decyzji, jeśli dotyczą ludzi, szczególnie od nas słabszych i zależnych, nie może być motywowane robieniem na złość przeciwnikom politycznym, popisywaniem się swoim ego i "stawianiem na swoim". 
    Lekarz może być lekarzem dopiero po studiach i po odbyciu wybranej specjalizacji- to tak najogólniej, ponieważ ilość kursów, staży, itd. do zrobienia jest ogromna. Adwokat może być adwokatem po studiach i zrobieniu aplikacji zakończonej egzaminem, dodatkowo musi spełniać pewne warunki formalne przynależności do danego oddziału adwokatury, jego praca jest kontrolowana, ewaluowana, weryfikowana. To samo prokuratorzy, sędziowie. elektryk musi mieć przysłowiowe papiery i uprawnienia, aby nam podłączył prąd, to samo pracownik gazowni nie mówiąc o tym, że osoba kierująca pojazdem musi mieć prawo jazdy a ratownik medyczny w karetce odpowiednie studia i kursy. Psychologowie walczą o ustawę o psychologach, chcą usankcjonować zawód psychoterapeuty. Z pedagogiki natomiast nadal robi się żarty i heheszki albo co najmniej traktuje niepoważnie. Nas pedagożki i pedagogów, w tym wychowawców i nauczycieli traktuje się, jak "panie" od dzieci, "panie z przedszkola", "przedszkolanki", te z powołaniem, z misją, te, które malują dzieciom buźki i klaskają w rytm pioseneczek o kole graniastym. Celowo piszę formy żeńskie, ponieważ mężczyzna pedagog, nauczyciel wychowania przedszkolnego lub wczesnoszkolnego jest niemal nie do pomyślenia, budzi często jeszcze większe kpiny i żarty, jest traktowany jeszcze mniej poważnie, niż kobieta. Wyjątkiem są nauczyciele przedmiotowi, szczególnie w prestiżowych liceach, oni to co innego. Tam sytuacja się zmienia diametralnie, nauczyciel mężczyzna ma większe poważanie. Tak na marginesie. My, nauczycielki akademickie często słyszymy: "a czego ty uczysz tych studentów skoro przecież każdy może pracować z dzieckiem bo dzieci są fajne?". Kiedyś opowiem czego uczę. 
    Oczywiście rozumiem argumenty, że w Polsce jest mnóstwo nauczycieli i pedagogów po studiach lecz bez kompetencji i bez podejścia do dzieci. Pełna zgoda. Z tym, że jak kierowca spowoduje wypadek i nie ma uprawnień do kierowania pojazdem, jest to argument do nałożenia na niego dodatkowej kary a nawet odebrania mu możliwości dożywotniego kierowania pojazdami. Jeśli lekarz popełni błąd w sztuce lub kieruje się światopoglądem a nie osiągnięciami medycyny i nauki, jest pociągany do odpowiedzialności i karany dyscyplinarnie, często odsuwany od zawodu. Jeśli osoba pracująca z dziećmi i mająca formalne kwalifikacje popełni błąd, narazi dziecko na niebezpieczeństwo, zaniecha czynności związanych z ratowaniem jego zdrowia i życia, w tym nie zgłosi podejrzenia o przemocy, może być dyscyplinarnie ukarana lub co najmniej wszczyna się wobec niej postępowanie dyscyplinarne lub/ i karne. Jeśli uczyni tak osoba bez kwalifikacji, co do której dyrekcja przedszkola lub kurator oświaty "na oko" stwierdził, że ma kompetencje, bo się uśmiecha i prowadziła w podstawówce scholę, nikt nie może nic zrobić. Przecież nie miała wykształcenia, nie nabyła pewnej wiedzy określonej przez nota bene Ministerstwo Edukacji Narodowej w standardach kształcenia w odpowiednich rozporządzeniach, skąd zatem mogła wiedzieć, że tak się robi lub nie robi? 
    Wiem, że wszyscy mamy domowe sposoby leczenia grypy a wiadomość o nowotworze uruchamia u wielu telefony do znachorów i ziołoleczników. Wiem, że na chore zatoki wiele osób wciska sobie świeczki do ucha. Wiem również, że dla coraz większej ilości mieszkańców Polski w szczepionkach są chipy zainstalowane przez kosmitów, ziemski talerz podtrzymują smoki a na zewnątrz najlepiej wychodzić jest w folii na głowie. Mało kto i ktosia robi regularnie okresowe badania lekarskie a później narzeka, że studenci medycyny z Norwegii oglądali jej wycinki raka szyjki macicy bo w Skandynawii już dawno go nie ma. Podobnie zresztą oglądają u polskich dzieci próchnicę zębów bo u siebie mogą sobie co najwyżej zdjęcia pooglądać. Coś takiego jak próchnica zębów tam już nie istnieje. Wiedza, wyniki badań, odpowiednie działania i profilaktyka spowodowały wyeliminowanie tych i wielu innych schorzeń, zaniedbań i chorób. W Polsce nadal wielu uważa, że wystarczy mieć dzieci lub być kiedyś dzieckiem, aby mieć umiejętność wieloaspektowej opieki nad nimi. W latach po II wojnie światowej w Polsce, kiedy zakładano zakłady poprawcze dla nieletnich, mógł pracować w nich każdy. Tak zatem zatrudniano jak leci kierowców, elektryków, ludzi bez zawodu, kompetencji i pracy a praca była wówczas obowiązkowa. Na efekty nie trzeba było długo czekać. Już po dekadzie Stanisław Jedlewski opisywał pierwsze efekty tych ministerialnych pomysłów. Getta bezradności, przemocy, zemsty, skrajnych patologii w zakresie zachowań pseudo wychowawców w stosunku do młodzieży. W Polsce obecnie mamy multikryzysową sytuację w obszarze edukacji, wychowania, socjalizacji, przekazu norm i wartości, wieloproblemowych sytuacji rodzinnych. Raporty: "Powerty Watch 2024" oraz "Biedańsk"- raport o biedzie Szlachetnej Paczki 2024 wskazują na około pół miliona dzieci w Polsce doświadczających ubóstwa i głodu. Około 30 dzieci rocznie ginie zakatowanych na śmierć przez najbliższych w swoich domach, nie wspominając o regularnie bitych i maltretowanych, również psychicznie. Samotność dzieci, łamanie ich podstawowych praw, zaniedbania, kryzysy psychiczne i brak wystarczającej odporności (resilience), zagrożenia przemocą realną i cyberprzemocą, samobójstwa. Do tego, jak czytam w jednym z tygodników, ogromne zmęczenie rodziców wychowaniem czy też w ogóle posiadaniem dzieci (sic!), roszczeniowość w stosunku do państwa w zakresie zbyt (sic!) niskiego świadczenia "800+", coraz większa niewydolność w zakresie wychowania, możliwości przekazywania elementarnych norm i wartości, koncentracja na materialnej sferze życia, kompensowanie nieobecności materializmem szeroko pojętym, niewydolność rodzicielska, ubóstwo moralne. Przesadzam? Ot, zwichnięcie zawodowe, sorki. Dołóżmy do tego pomysł Ministerstwa Edukacji Narodowej i przypadkowe osoby przebywające z waszymi dziećmi 8- 9 godzin dziennie w przedszkolu. Pedagodzy specjalni i resocjalizacyjni oraz psychiatrzy dziecięcy podziękują wkrótce pięknie za nieograniczone perspektywy rozwoju swojego zawodu i pewność pracy w przyszłości.

środa, 2 lipca 2025

JEŚLI CZEGOŚ NIE WIESZ ZAPYTAJ, SŁUCHAJ, OBSERWUJ I PATRZ NA DZIECKO

 czyli jak wiele nauczyłam się w dwa dni od młodych łobuzów i młodzieżowych osób aktywistycznych

    ...a to było tak: ostatnie dwa tygodnie to był totalny nieobliczalny lot po wysokich levelach na pełnej petardzie, bez ograniczeń i trzymanki. Zaczęło się od tego, że otrzymałam zaproszenie od kolegi, który jest dyrektorem szkoły w zakładzie poprawczym w Raciborzu i moich "chłopaków z poprawczaka" na uroczyste otwarcie pracowni kulinarnej w ramach projektu PAKA. Projekt ten realizowany jest przez Fundację im. Księdza Jana Kaczkowskiego, zatem jazdy bez trzymanki mogłam się spodziewać, bo kto jak kto, ale Johnny wiedział, jak zrobić show. Wątpliwości nie mam co do tego, że pomimo śmierci cielesnej jest z nami obecny duchem, bo w przeciwnym razie takie rzeczy by się nie działy. Johnny nie odpuszczał, co dobrze wie Patryk Galewski, jego "synek". Wiedziałam również i ja, że właśnie z Patrykiem spotkam się znowu na otwarciu pracowni i że ponownie coś uknujemy, aby najsłabszym, najbardziej wykluczonym i pozbawionym często jakichkolwiek szans dzieciom pokazać, że można spróbować żyć inaczej a najpierw wytulić mocno i ciepło. Bo taki jest Patryk Galewski: tuli wszystkich bez wyjątku. Dyrektora zakładu karnego, profesorkę uniwersytetu, sędzię rodzinną i dla nieletnich, wolontariuszkę, kuratorkę, chłopaków - wychowanków zakładu poprawczego. Ich najbardziej. Otwarcie tej pracowni było nad wyraz udane, chłopaki przygotowali profesjonalny katering o jakim mi się nie śniło. Tym samym jadłam makaroniki lepsze niż we Francji, antipasti lepsze niż we Włoszech i przede wszystkim czułam całym moim wszystkim, że tu zadziewa się coś jeszcze. Coś lepszego niż dobre, coś nadzwyczajnego, nieprzeciętnego. Ja znam życiorysy tych chłopaków. Oszczędzę wam bo człowiek ma to do siebie, że ocenia, czasami bezwiednie. A im nie jest obecnie potrzebna żadna ocena. Im potrzebna jest informacja zwrotna od reprezentantów społeczeństwa, że chcemy ich ponownie mieć wśród nas. Chcę mieć Adama*, który jest świetnym barberem. Chcę mieć Krzyśka, który znakomicie przyrządza steka z kalafiora i makaroniki. Chcę mieć Rafała, który potrafi udzielać pierwszej pomocy przedlekarskiej i Oskara, z którym mogę jechać na rowerze, iść w góry survivalowo i który w razie sytuacji trudnej chwyci odpowiedni sprzęt i uratuje ze zgliszczy powodzian a ja potrzeba, to zabawi dzieci malując im buźki. Chcę mieć Piotrka, który porozmawia ze mną o wolontariacie, celach życiowych, edukacji a jak potrzeba to naprawi rower. Bez telefonu w ręce i bez wgapiania się w ekran. Bo tego wszystkiego chłopaki nauczyli się w zakładzie poprawczym trafiając do niego czasami za naprawdę grube czyny karalne. Znam ich życiorysy, jedna ze studentek realizowała z nimi pogłębione wywiady narracyjne do pracy magisterskiej, zresztą sami mi opowiadają. Jeden zabił ojczyma nożem. W obronie matki. Wcześniej kradł, aby nakarmić głodne rodzeństwo. Inny sypiał z bratem na klatce kamienicy kiedy to matka z kolejnym wujkiem byli pijani a wujek bił młodszego brata przy wtórze śmiechu matki. Jet też cwaniaczek okradający starsze panie "na wnuczka" i wyłudzacz gotówek z parabanków. Jest gwałciciel, włamywacz, rozbójnik. Jest kilku nastoletnich ojców. I co z tego? Dużo. Bardzo dużo ponieważ paradoksalnie popełnienie tych czynów i trafienie do "poprawczaka" uratowało im życie. W zakładzie najpierw ich odkarmiono, odprano i zdiagnozowano. Często trafiając najpierw do schroniska dla nieletnich okazuje się, że mają źle dobrane leki, nikt nigdy z nimi nie pracował terapeutycznie, nikt nie podał im ręki, nikt nie nakarmił do syta, nikt nie zobaczył. Po prostu byli niewidzialni. Jak można nie widzieć dziecka śpiącego na klatce schodowej? Można. Jak można nie zainteresować się dzieckiem, które po zmroku szwenda się po ulicach lub podwórku bo boi się iść do domu? Można. Osiemdziesiąt procent tych chłopaków pochodzi z nizin społecznych, gett biedy, jest spod tak zwanego "złego adresu". Różnica jest taka, że jeśli dziecku z rodziny o przeciętnym lub wyższym statusie socjoekonomicznym ktoś zrobi krzywdę, podwinie się noga, nawet niechcący coś nabroi, ma zwykle za sobą sztab dorosłych. Dzieci o niskim statusie socjoekonomicznym nie mają takich szans, gdyż z definicji i od urodzenia są "patusami", "osimsetami", "bandziorami". Nauczyciele często nie widzą dobrego powodu, aby przebywały w szkole. Kto chce mieć w klasie głodne dziecko z brudnymi rękami, w nieświeżych ubrankach, przysypiające na lekcji lub dokuczające rówieśnikom a przy zwróceniu uwagi wyzywające nauczycielki od "szmat"? Wiadomo przecież, że "z takiego dziecka już nic nie będzie". Problem nie jest prosty, wiem. Niemniej po to mamy wiedzę, aby z niej korzystać służąc ludziom. Wracając do wspomnianego spotkania otwarcia pracowni kulinarnej doskonale wiedziałam, że najlepsze imprezy są w kuchni. Lecz nie miałam pojęcia, że można w ramach systemu i obowiązującego prawa siedzieć przy jednym stole z chłopakami przy kawie i po prostu rozmawiać. A tak robi personel tej placówki. Rozmowy były o wszystkim, jak to przy wspólnym stole w kuchni. Trochę żartów, trochę opowieści, trochę wspomnień, trochę życiowych decyzji i pytań do osób dorosłych. Czułam się zanurzona w zachwycie nad sytuacją, atmosferą, klimatem tego spotkania. Dodatkowo lepiliśmy wszyscy razem pierogi z truskawkami aby je potem w grupie zjeść ze smakiem. Ten stół nas łączył niezależnie od statusu, pozycji, wieku i zawodu. Uczta kulinarna i uczta dla podniebienia była oczywista dla mnie jednak nie spodziewałam się takiej uczty interpersonalnej, relacyjnej i komunikacyjnej. Znakomici, wygadani, merytoryczni młodzi ludzie. Niektórzy przebywają w zakładzie kilka już lat trafiając jako dzieci a wychodząc jako młodzi dorośli (generalnie zgodnie z ustawą o wspieraniu i resocjalizacji nieletnich wychowanek przebywa w zakładzie poprawczym do 21 roku życia a zgodnie z konwencją o prawach dziecka i polskim ustawodawstwem dzieckiem jest do 18 roku życia). Jest zatem dużo czasu na refleksję lecz refleksję tę ktoś musi wzbudzić. Odpowiedzialni, mądrzy, wykształceni i dobrze przygotowani do pracy dorośli są odpowiedni. Proces zaufania to również nie bułka z masłem lecz powoli z miesiąca na miesiąc zwykle się udaje. Oby ktoś na zewnątrz, za murem tego nie zepsuł. 

...a tymczasem na zewnątrz. Raptem kilka dni później uczestniczyłam w Warszawie w organizowanej przez Biuro Rzeczniczki Praw Dziecka konferencji, której celem była prezentacja wybranych wyników badań dotyczących ogólnopolskiego badania "Realizacja Praw Dziecka w Polsce 2024". Miałam przyjemność być ekspertką tego badania a na wspomnianej konferencji prowadziłam z moim młodym ekspertem, radnym Rady Dzieci i Młodzieży BRPD panel zatytułowany: "Wiem, mówię, decyduję. O mądrym uczestnictwie dzieci i młodzieży". Spotkanie obfitowało w obecność młodzieży, w samym naszym panelu były dwie nastoletnie osoby, w drugim panelu podobnie. Młodzież w wieku "chłopaków z poprawczaka". Różnił ich tylko inny start życiowy, miejsce przyjścia na świat i - czasami bolesne-  tego konsekwencje. Dlatego osoby na konferencji były zaangażowane zwykle w działania aktywistyczne, samorządne, samorzecznicze. Poza tym wszystko tak samo. Otwartość, garnienie się do osób dorosłych, marzenia, chęć mówienia o sobie i swoim życiu, rozmowy o planach, celach życiowych, decyzjach, brak granic w zmienianiu świata. Osobiste historie, pragnienie bycia zauważonym i wysłuchanym. Na konferencji była Jagna, dziewczynka znana z wystąpień medialnych, wolontariuszka WOŚP. Jagna porusza się wózkiem. To był powód, aby zaproponowano jej odstąpienie od egzaminów 8- klasisty. Jagna powiedziała jedno: "po moim trupie". Zdała! Na konferencji mało mówiłam, dużo słuchałam. Cały czas czułam zachwyt autentycznością młodzieży, otwartością, szczerością, prawdą i mądrością. 

    Na zewnątrz również uczestniczyłam niedawno w wyjazdowym szkoleniu dla młodych aktywistek i aktywistów z organizacji pozarządowych, realizowanym w ramach KAPOK- Krakowskiej Akademii Porozumienia Organizacji i Kooperacji. Ja akurat byłam odpowiedzialna za warsztat dotyczący mediacji rówieśniczych jako certyfikowana mediatorka niemniej dwa dni spędziłam w różnych sytuacjach z młodymi, może już nie dziećmi w dosłownym sensie lecz jeszcze nastolatkami lub młodymi dorosłymi. Zachwyt mi nie mijał. To samo uczucie, co w zakładzie poprawczym i na konferencji w Warszawie. Ta sama postawa: pytam, słucham, obserwuję i patrzę. Na dziecko. Ogrom wiedzy tej młodzieży, ich kompetencje i świadomość, posługiwanie się językiem angielskim, dzięki czemu można było swobodnie komunikować się z wolontariuszami z centrum integracji z różnych krajów, o różnym kolorze skóry, z różnych kultur i religii...to musiało we mnie wzbudzić zachwyt. Wróciłam padnięta z powodu intensywności lecz jakże zadowolona i przepełniona nadzieją i zachwytem.

    Ze wszystkich trzech spotkań wróciłam z ogromnymi skrzydłami. W dwa dni nauczyłam się więcej, niż miesiąc słuchając polityczek i polityków a słucham uważnie żonglując programami publicystycznymi (na oglądanie na mam czasu). Nauczyłam się głównie pytając, słuchając, obserwując i patrząc. Jeszcze tak sobie myślę, że bardzo bym chciała te dwie grupy młodzieży kiedyś ze sobą spotkać. Sądzę, że czujecie z jakiego powodu?

*Imiona chłopaków zmieniam

czwartek, 12 czerwca 2025

DZIECI POLUJĄCE NA ULICACH W IMIĘ WIELKIEJ (POLSKI) SAMOTNOŚCI

 czyli oblicza polskiej RADYKALIZACJI w świetle danych wywiedzionych z badań a nie "widzimisię" i mody na eksperckość

    Niektórym pali się w rękach robota, inni za fetysz uznali dzierżenie w dłoniach gaśnic. Z przerażeniem spojrzałam dzisiaj na statystyki dotyczące moich wpisów na blogu i trochę siebie karcąc a trochę chwaląc poczułam, że to jest ten moment, aby coś napisać. Dawno tego nie robiłam, uzbierało się sporo wszystkiego, zarówno wyjazdów służbowych jak i moich działań, pracy, obowiązków. Wszystko to w kontekście wydarzeń w Polsce, w tym wyniku wyborów prezydenckich. Opuszczenie kraju tuż po wyborach pozwoliło mi spojrzeć z lotu ptaka na polikryzys i sytuację, która wydaje się być potwierdzeniem słów Stefana Kisielewskiego o tym, że "to, że jesteśmy w czarnej d..... to jedno, lecz my zaczynamy się w niej urządzać". To się urządziliśmy proszę państwa. Na uniwersytecie w Weronie tuż przy wejściu wisi baner z napisem, który można przetłumaczyć: "Na tym uniwersytecie promujemy wielość idei i światopoglądów, potępiamy przemoc, dyskryminację i nietolerancję". Nie ukrywam, poczułam się po prostu bezpiecznie oraz miło i to bynajmniej z powodu podanego do lunchu prosecco. Coś ze mnie zeszło. Napięcie a może lęk? Sądząc po nastrojach i inskrypcjach na banerach i murach, Włosi uporali się z faszyzmem, nacjonalizmem, dyskryminacją. Z faszyzmem uporało się również sporo innych cywilizowanych narodów a miałam świetną okazję, aby o tym rozmawiać kilka dni w międzynarodowym gronie. Przed wyjazdem z Polski zanotowałam kilka ataków białych dzieci na inne białe dzieci na krakowskich orlikach. Nastolatki miały w ręku maczety i telefony, czasami e-papierosy oraz groziły innym dzieciom użycia pierwszego i drugiego, jeśli nie odpowiedzą grzecznie na pytanie o to, za kim są. "Za kim jesteś?" to popularne w Krakowie pytanie, na które odpowiada się w zależności od tego, po której stronie Błoń się mieszka, albo: "Wisła Kraków" albo "Cracovia". Niby proste i takim było do momentu, aż moja studentka nie została zapytana w Warszawie na ulicy przez białego chłopca: "za kim jesteś?" lecz tym razem nie chodziło mu o kibolskie układy i terytoria sensu stricto jak się okazało, wszak w stolicy jest się tylko za Legią i każdy to wie. Ulicznemu chłopcu chodziło o kandydatów na prezydenta RP, co poniekąd do kwestii kibolskich sprowadzić można i należy. 

    Wynik wyborów nie tyle mnie rozczarował co przeraził, bo pomijając brak sympatii do obydwu kandydatów i ich ugrupowań politycznych zdałam sobie sprawę z tego, że żarty się skończyły. Jako Polki i Polacy idziemy łeb w łeb, 50 na 50, urządzamy się na biało- czarno i brunatno, nie zaś na biało- czerwono. Wykształciuchy versus przeciętniaki, złodzieje versus naiwniacy, prawacy versus lewacy, bandyci i przestępcy versus frajerzy i cwele, ćpuny i zadymiarze versus miłujący estetykę i delikatność, wandale językowi versus erudyci, tygryski i niedźwiadki versus szukający spokoju, kombinatorzy i cwaniaczki versus bidni lecz uczciwi, ci jeżdżący na wakacje do Turcji i Egiptu oraz Ci szukający ciszy w Bieszczadach, itede, itepe. Wróciłam do Wielkiej Polski. Polski brunatnej, nienawidzącej różnorodności. Wróciłam do Polski polującej. Po powrocie zajęłam się procesem urządzania siebie i meblowania na wewnętrznej emigracji, bo mi się odechciało w aktywność i aktywizację oraz szanowanie demokracji, która nią nie jest. Bo dla mnie demokracja to wartości a nie możliwość pójścia do wyborów. W totalitarnych systemach również były i odbywają się wybory. 

    Podczas umiędzynaradawiania na włoskich uniwersytetach polskiej nauki i mówienia o dzieciach ulicy, których oficjalnie w Polsce nie ma, czytałam w mediach społecznościowych o sobie komentarze od prawdziwych Polaków z Wielkiej Polski: "bo ty to z murzynem byś chciała", "tylko robić dzieci i je zabijać chcesz", "lewacka ku..wo ciapartych ci się zachciało", "wszystkich tęczowych do gazu", "dzieci ci przeszkadzają, że chcesz je zabijać?" (wpisy oryginalne). A wszystko to komentarze na moją uwagę o tym, że obawiam się traktowania kobiet przedmiotowo. No nic. Urządzić się nie mogę jednak nadal w sobie, bo ciągle coś się dzieje i wciąż ktoś coś ode mnie chce choć we Włoszech miałam dla dziennikarzy pretekst i odpowiadałam "nie wiem co się dzieje w kraju bo mnie w nim nie ma". Jednak wróciłam z ziemi włoskiej do Polski i się zaczęło. Wczoraj horda białych nastoletnich dzieci cispłciowych męskich zaatakowała jedną z warszawskich galerii artystycznych, krzycząc coś o "je...niu Żydów i LGBT". W tym samym czasie jeden z polityków dokonał aktu wandalizmu w Sejmie RP, niszcząc banery z tęczowymi treściami. Kilka dni wcześniej jeszcze za granicą zobaczyłam w mediach społecznościowych, jak to naród polski znowu coś/ ktoś podzieliło, tym razem cis płciowe dziecko płci żeńskiej z kucykami, skaczące przed kamerami w obecności rodziców. Znaleźli się jednak gotowi oddać swe wirtualne życie w imię ochrony meanstreamowej dziewczynki z elity socjoekonomicznej, zdrowej oraz bezpiecznie i wesoło bawiącej się przy swojej rodzinie. W tym samym czasie w Polsce inna dziewczynka w realu odzyskiwała z trudem życie niemal zagłodzona na śmierć winogronami przez rodziców, którzy się nad nią znęcali bo ktoś im powiedział, że ziemia jest płaska a dzieci się nie szczepi bo to spisek Żydów i w szczepionkach są tęczowe płody. Nawet niektóre z moich koleżanek feministek, które milczały wobec katowania dziewczynki karmionej winogronami, zaczęły krzyczeć "won od dziewczyn" wobec wypisywanych w mediach społecznościowych bzdetów o skaczącej przed kamerami, śmiejącej się dziewczynce. Raz jeszcze okazało się, że konformizm, podatność na podliz władzy jest nie lada pokusą a wykluczane dzieci zawsze będą niewidzialne: czułam, że wszystko zwariowało i przestałam łączyć kropki nie tylko dlatego, że we Włoszech na ulicy słyszałam "bella" a w Polsce słyszę "ku..wa", było mocne słońce, dużo dobrego jedzenia i wycieczka do pięknej Wenecji. Z fragmentów pamięci wydobyłam jednocześnie rozmowę z moją koleżanką o tym, jak to wszelkiej maści "korczakowcy" współcześni nienawidzili by Henryka Goldszmita, gdyby ów pojawił się nagle między nimi. Ulicznik, alkoholik, obsesyjnie gadający o dzieciach, siedzący z nimi na ulicy i chroniący je w getcie opowiadając im dyrdymały o jakimś Królu Maciusiu w sytuacji, gdy umierały z głodu i zjadały je wszy. Nikt nie lubi brudasów, pijaków, włóczęgów, band dzieci krzyczących i goniących bez opieki. Problem jest jednak taki, że obecnie bez opieki gonią nie tylko dzieci tzw. "patusów" i "osimsetów" (oryginalny język jednej części Polski nazywającej tak drugą część Polski) lecz również dzieci średnio i wysoko sytuowane, czyste, dobrze ubrane, wykarmione, mające dobrze ustawionych materialnie i najczęściej pracujących rodziców. Ubóstwo moralne i emocjonalne to przekleństwo współczesności. Telefon w dłoni, w drugiej e- papieros (dał nam przykład elekt z Gdańska jak snusować mamy), czasami maczeta lub gaz i huzia na Józia yyyy Icka, bo tradycyjnie w Polsce jest to najczęściej Żyd, czasami Cygan i zwykle obecnie elgiebet. Pozornie jestem chaotyczna, w gruncie rzeczy jednak bardzo metodyczna i systematyczna a nawet konsekwentna. Konsekwentnie chcę powiedzieć: "A nie mówiłam?". Jest w tym pokusa cynizmu i założenia rąk oraz krzywego uśmiechu i tupania nóżką, chociaż mi pewnie gesty te nie grożą. Od miesięcy przerzucam się z dwoma ministerstwami pismami dotyczącymi ułożenia w Polsce kwestii pracy z dziećmi na ulicy, uprawomocnienia pracy pedagogów ulicy, ich należytego przygotowania do działań terenowych, w tym pracy z bandami i gangami dziecięcymi i młodzieżowymi. Wszystko jest jednak super a ja się czepiam, ewentualnie wymądrzam i nie mam racji, bo każdy z decydentów robi wszystko dobrze, dzieci na ulicy w Polsce nie ma, dofinansowanie pieczy zastępczej załatwi nam problem a jeśli widzę gdzieś nieprawidłowości, powinnam je zgłosić bo to mój obowiązek. Moje rodzinne miasto robi jeden spęd tysięcy nastolatków do nowoczesnej hali widowiskowo- sportowej nazywając to profilaktyką nienawiści, wydaje grube tysiące i sprawę uważa za załatwioną a w sytuacji, gdy ktoś powołuje się na moje opracowania naukowe od jednej radnej słyszy: "a kim żesz to jest ta pani profesor?". Serio? 

    Zatem do brzegu: kim są chłopcy atakujący z ulicy galerię artystyczną, grożący podpaleniem i wyzywający od Żydów? Gdzie, jak i czemu zginęła portierka zaatakowana siekierą przez zradykalizowanego studenta sympatyzującego z terrorystycznymi organizacjami, skrajnie narodowymi politykami i chodzącego na marsze niepodległości w Polsce? Czemu dzieci w Krakowie gonią bezkarnie z maczetami a w szkołach królują wlepki kibolskie? Czemu atakuje mnie policjant w Krakowie nota bene na spotkaniu dotyczącym bezpieczeństwa i przeciwdziałania dyskryminacji, którego proszę o oczyszczenie miasta z wlepek kibolskich o treściach: "miejscy mordercy" czy "miejscy terroryści"? Czemu nagle grupy dzieci zaczęły jawnie utożsamiać się z terrorystami? I czy aby tak nagle? Nic nie dzieje się nagle a życie jest bardzo konsekwentne, logiczne i oparte na relacjach przyczynowo- skutkowych. Podobnie, jak konsekwentnie niektórzy siedzą za biurkami tworząc abstrakcyjne koncepcje lub w kółko od lat mówią to samo trudnym dla przeciętniaków językiem. Noam Chomsky jak jeszcze mówił (95 letni obecnie filozof stracił możliwość mowy i pisania), zapytał kiedyś: czemu obecnie elity intelektualne nie angażują się już czynnie w działania na rzecz naprawy sytuacji ubóstwa i nic nie robią z brakiem solidarności społecznej? Nic z tego nie wynika oprócz coraz bardziej czarno- białej i brunatniejącej Polski, w której nie ma zaufania do ludzi znających języki i wykształconych a zaciera się ręce z radości na wieść o tym, że ktoś przechytrzył system i załatwił sobie dyplom jakiejś mało znaczącej prywatnej szkółki, których wiele. 

    Potrzebujemy rozwiązań i to szybko. Aby je mieć, musimy zacząć opierać się na wynikach badań naukowych i sprawdzonych rozwiązaniach a nie gdybaniu, mniemaniu, spekulowaniu i widzimisiowaniu. Stare modele odeszły, nowych jeszcze nie ma lub się tworzą i są sprawdzane. Stara prawda o świecie nie istnieje, nową dopiero tworzymy. Dotychczasowe paradygmaty są nieaktualne, nowe się wyłaniają a być może mamy ich śmierć ostateczną i na zawsze. Sprawdzone niegdyś rozwiązania obecnie można wyrzucić na wysypisko zaśmieconego świata. Oraz- nie ma jednego rozwiązania, jednego wyjaśnienia, jednej recepty. Z założenia blog ten nie jest naukowy niemniej pozwolę sobie streścić pewne wyniki badań, które niedawno przeprowadziłam z koleżankami z pracy i które zdają się być tożsame z wynikami badań pochodzących z innych krajów. Wiem to, bo dwa lata siedziałyśmy nad 40 tysiącami artykułów naukowych o międzynarodowym zasięgu, mówiących o procesie radykalizacji i wynikami badań nad nim. Na tym polega przecież praca naukowa, nie na wymądrzaniu się i pouczaniu. Z pokorą i full zmęczona króciutko: 767 młodych w wieku 17-28 lat zostało przebadanych w kontekście empirycznej weryfikacji zintegrowanego modelu pozwalającego lepiej zrozumieć, w jaki sposób samoocena, samotność i podatność na ideologie radykalne wspólnie przyczyniają się do zachowań agresywnych. Samoocena okazała się wpływać na agresję przede wszystkim za pośrednictwem poczucia osamotnienia i była pośrednio związana z agresją poprzez aprobatę dla postaw radykalnych. Co z tego wynika? Uczestnictwo w grupach o radykalnym zachowaniu i poglądzie może czasowo łagodzić poczucie samotności i wzmacnia samoocenę. Radykalne grupy usprawiedliwiają zachowania agresywne i je normalizują poprzez dostarczanie narracji pomagających przekształcić przemoc w uzasadnioną reakcję na domniemaną niesprawiedliwość, wzmacniając tym samym związek między wykluczeniem społecznym a agresją. Dlatego aby skutecznie działać prewencyjnie i edukacyjnie, trzeba przeciwdziałać izolacji społecznej i wykluczeniu jako czynnikom ryzyka samotności. Rozumiecie, jakie są przyczyny? Rozumiecie, co należy robić? Wracając do chłopaków z ulicy atakujących w kontekście radykalnym galerię artystyczną można sobie łatwo wyobrazić, w jakiej sytuacji są te nastolatki, mające mówiąc językiem babci "za dużo w tyłku" bo i telefony i ciuchy i e- papierosy, a za mało najważniejszego. W zamian karanie, izolowanie na przemian z nagradzaniem materialnym, ubóstwo moralne i emocjonalne rodziców ciułających na wakacje w kurortach i mamy na ulicach dzikie, zradykalizowane, nienawistne dzieci. A czy ich narracja nienawiści jest narracją o Żydach, Cyganach czy elgiebetach, zdaje się być przypadkowe lecz z pewnością usprawiedliwia złość na życie. W kontekście Polski takie akurat narracje zawdzięczamy panom politykom mającym związki ze światem biznesu i pseudofootbolu. W krajach takich, jak na przykład Francja narracja młodych radykalnych dzieci dotyczy czegoś innego. Prościej się nie da. Cały tekst z wynikami badań znajdziecie tutaj: 

https://psycnet.apa.org/fulltext/2026-15518-001.pdf fbclid=IwY2xjawK3nOtleHRuA2FlbQIxMABicmlkETE3a3h3Y3JKNGliTjR4WTVjAR6gi3jvz-TeKW2WBXvt4ZL74pb8yg5pI0DXixyWa_I_nB LG4A_MA2gMfUnQ_aem_p7MUNCjTqsDtQeqlcQ_mkg


sobota, 17 maja 2025

CO ROBIĘ, GDY NIE PISZĘ BLOGA?

 czyli "rock'n'rollowa jazda bez trzymanki"*!

    Wiem wiem, dawno nie pisałam i to nie ze względu na brak systematyczności jako cechy wrodzonej lecz z powodu klęski urodzaju. Tyle się dzieje, że kompletnie nie nadążam za myśleniem a co dopiero pisaniem. Dodatkowo w między czasie trzeba praktykować work life balance, bo tak każą dyrektywy, więc tak to się układa, że człowiek kciukiem nie ma kiedy ruszyć. Za to studenci na Uniwersytecie Warszawskim szybko ruszyli kciukami, kiedy to ich rówieśnik spacerował z siekierą po kampusie i dokonał makabrycznej zbrodni. O zbrodniach takich czytamy w podręcznikach do kryminologii, zwykle pod hasłami lub komentarzami typu "to był taki dobry chłopak". To nie jest blog naukowy więc nie będę przytaczała wyników badań potwierdzających moje tezy o tym, że młody dorosły z mocnym rysem psychopatycznym był zradykalizowany, o czym świadczą sympatie do zdelegalizowanych organizacji terrorystycznych takich, jak choćby Blood and Honour. Wszystko razem plus jeszcze zapewne sytuacja rodzinna, specyficzna biorąc pod uwagę status rodziców (nie nie, to nie tak, że tylko dzieci wykluczone i z tzw. patusowatych rodzin i "osimsetów" popełniają przestępstwa, ha!), kryzys męskości tak zwany i mamy to. Nie zatrzymam się dłużej nad refleksją i analizą, ponieważ ekspertów dość już się wypowiedziało a to byli prawdziwi eksperci bo kimże ja jestem z 25- letnim stażem w resocjalizacji, aby się wypowiadać? Powiem tyle, że psychopatia czyli osobowość dysocjalna (F 60.2 w klasyfikacjach medycznych) nie wchodzi do krwi jak dopamina i Mefedron, nie jest również wynikiem wzburzenia emocjonalnego czy też kryzysu psychicznego. Milknę. Czekam na werdykt a biorąc pod uwagę fakt, że młody dorosły ma za obrońców kolegów tatusia, to...czekam. Było tego wszystkiego trochę ostatnio. Sytuacja jest o tyle niebezpieczna, że osobnictwo ludzkie, szczególnie ta jego część, która nie wyciąga wniosków ze swojego mózgu bo go nie używa a w zamian sięga do czatów GPT i AI, może zacząć pytać, jak rozwiązywać życiowe problemy. Odpowiedzi przyjdą szybko: nie podoba ci się lekarz i nie jesteś zadowolony z jego usługi, idź do niego do pracy i zabij go nożem. Nie podoba ci się jak lekarka leczy twoje dziecko, napadnij ją w parku. Jesteś świadkiem przestępstwa, kręć filmik, puszczaj na tik tok i zapraszaj do lajkowania. Po prostu jak ktoś ci przeszkadza, kogoś nie lubisz, ktoś ci zagraża istnieniem bo ty masz inną jego wizję- niszcz. I doszliśmy do ściany. Pewnie bym mogła powiedzieć "a nie mówiłam" lecz obecnie jeszcze więcej czytam, jeszcze więcej piszę i jeszcze bardziej się izoluję robiąc swoje. Mam bowiem chwilowo dosyć a książki zawsze były dla mnie tratwami ratunkowymi. Jak byłam mała, wchodziłam do szafy, brałam latarkę i czytałam książki. Polecam.

    Aaaa jeszcze jak było wolne to była majówka. W wolne zrobiliśmy sobie wolne. Niby logiczne a w logice nazywa się to tautologią lecz nie dla wszystkich. Nie trzeba również znać co oznacza z angielskiego work life balance niemniej warto wiedzieć, że dzień wolny od pracy oznacza, że nie pracujesz. Święta, majówka i inne długie weekendy są dla ciebie i bliskich i to wy decydujecie, co robicie. My zadecydowaliśmy spełnić kolejne marzenie i lecieć do Paryża. Przez Szwajcarię bo kto bogatemu zabroni? Odpoczęliśmy, najedliśmy się pyszności i popijaliśmy trunkami przednimi. Sery, wino, makaroniki. W Paryżu nie obowiązuje mnie nic oprócz fleksybilności moich przyzwyczajeń i stylów. Bo w końcu to ja decyduję czy jako weganka zjem ser czy nie i nikomu nic do tego a kto powiedział, że oświecenie spłynie tylko wtedy, kiedy nie popijesz sera winem? Może twoje. Etykietki porządkują świat lecz nie mój. Słodka Francja za to rozczula. Oczywiście, że przywiozłam sobie perfumy a szperaniu po second handach nie było końca. Oczywiście, że na grobie Pana Morrisona napiłam się wina. Byli tacy, co zostawiali rozmemłane gumy do żucia bo taka jest tradycja a jak wiadomo, tradycja rzecz święta. Dlaczego nagle mam być grzeczna i poprawna, skoro od urodzenia słyszałam, że taka nie jestem? Jestem jaka jestem, wstydu nie mam oraz pozwalam sobie szanować siebie w komforcie i odwadze- jak to mówi tytuł jednej z książek- bycia nielubianym. Bo w sumie co mnie to? Niech każdy nosi swoje buty. Sztuka ulicy, muzyka, kapelusze. Paryż to jedno z tych miejsc, w których mogłabym mieszkać. Gdańsk, Berlin, Paryż. Zwykle zwracam uwagę na to, co pomiędzy, więcej czuję niż rozumiem, chłonę całą sobą. Paryż taki właśnie jest. Pozwala na to. Oraz naprawdę. Naprawdę! Totalnie sobie możesz chodzić ubrana jak chcesz, mówić co chcesz, uważać co chcesz i nawet obrażać królową. Francuzom nic do tego, bo każdy zajmuje się sobą a poza tym kawka, kurasą (pisownia oryginalna z Polski), gazetka w knajpce przy stacji metra, zapach bagietki i czujesz, że żyjesz. Wolność. Równość. Braterstwo. Vive la Révolution. Czy to jest subiektywne? No pewnie. Bo jesteśmy subiektywni i raczej świat jako taki nie jest taki, jak mówimy, że jest. On jest różny. Pierwszą wiadomością po wylądowaniu na tej ziemii była informacja o śmierci Joki. Gdzie jest Joka? To był duży smutek. Przypomniał mi się koncert, na którym byłam rok temu z synem. Przypomniało mi się wiele, na przykład jak porywałam go ze szpitala po wypadku, pakowaliśmy wózek do samochodu i fru na miasto. A w aucie z głośników jedno: "podpaliłem kontynenty...". W moim telefonie drugie: "przeważnie o tej porze...". I nagle nie ma Joki? Dusza opuściła ciało. Się wylało się stało się zamknęło. Joka, foka, sroka. Szacun ziom. Do zo. Zmarł też Stachu Sułkowski, pałacowy chłopiec, bohater mojej książki. 94 lata to słuszny wiek. Na pogrzebie było dużo radości. Z życia. Z tego, że znaliśmy Stacha, że było nam dane, że tyle wspólnych chwil, radości, mądrych rozmów i historii. Zostaną po nas książki.

Wczoraj ktoś mi zadał pytanie, jak to się robi, że dobę się rozciąga do 34 godzin? No rozciąga się i się ma. "Wyobraź to sobie sobie"**. Subiektywne poczucie czasu oraz dobra logistyka i mamy to. A królowa logistyki jest jedna. Nie cierpię na nadmiar zajęć i obowiązków. Cierpię na nadmiar komentarzy w tym temacie. Bo to jest tak, że jak się czegoś nie chce robić to się nie robi. A jak chce to się robi. Ja robię, bo chcę i lubię. Śpię, jem, modlę się, kocham. Odpoczywam. Mam swój rytm. 5- 22. 5-22. 5-22. Tak to to. Tak to to. Czujecie? W weekendy odpuszczam choć ciało lubi ten rytm, tylko wtedy sobie leżę i czytam obłożona kotkami. Robię czasami dni pidżamowca i rozmemłania. Dodatkowo często nie odbieram telefonów, nie odpowiadam na wiadomości albo nie robię tego od razu. Nie sprawdzam maili jak kompulsywna paranoiczka a jak sprawdzę to nie zawsze od razu odpowiadam na nie. Nie mam w prywatnym telefonie służbowych aplikacji, więc nic mi nie pika. Zresztą mam wyłączone dźwięki wszystkie i wszędzie bo moja nadwrażliwość na pikanie powoduje nieobliczalne odruchy niszczycielskie. Wieczorami, a mój wieczór zaczyna się często o 20, nie odpowiadam na smsy, na nic i za nic nie odpowiadam. Zresztą za siebie też już nie odpowiadam. Odbodźcowuję się, wyciszam, robię nic. Higiena cyfrowa first. Nie jestem na niczyje zawołanie. Nie ratuję świata zawsze, wszędzie i za wszelką cenę. Świat tyle razy przetrwał, że i w takich sytuacjach sobie poradzi. Boli mnie, że niektórzy myślą, że jesteśmy ich własnością, bo dużo robimy dla innych. Nie jesteśmy niczyją własnością. Nie jesteśmy zawsze i wszędzie, na pstryczek i guziczek. Mam potrzeby, bywam zmęczona, mam dosyć ludzi, chcę często spędzać czas sama. To oznacza, że nie zawsze mam ochotę na spotkanie, kawkę, takie tam. Także fajnie, aby nikt mi nie organizował czasu. Nie jestem po to, aby realizować potrzeby innych chyba, że są to dzieci i to dzieci wymagające szczególnej troski, uwagi i opieki. Bo na przykład są bite lub głodne albo są w kraju objętym wojną albo ich rodzice siedzą w więźniu. To mój wybór i będę sobie to robiła. Bo tak. Ja wiem czemu i tyle mi wystarczy. Nie jestem również po to, by realizować czyjeś oczekiwania. Nikomu nic nie obiecuję i nie jestem nic winna. Autonomia to moje czwarte imię. Mam swoje cele, swoje priorytety, swoje założenia i swoje zadania oraz ich świadomość. Mam swoje rachunki, swoje kredyty, swoje pięty Achillesa. Ach. I nie jestem księżniczką na ziarnku grochu ąę ekhm. Lubię żyć na przypale albo wcale. Na pełnej petardzie. Trenuję boks choć niektórym się to nie podoba. Co mnie to. Moje buty są moje. Te do boksu też. Mam też inne, do roweru. Jeżdżę. I nikomu nic do tego. To też są moje buty. Mam tyle lat na ile się czuję i to lubię. I tak sobie żyję. Przeważnie o tej porze...jak nie piszę bloga, robię w życiu super rzeczy, które nadają mu sens, czego i wam życzę, bo dzisiaj "jest dzień pierwszy mojego życia reszty".

*Jurek Owsiak

** Wszystkie cytaty będące w cudzysłowie pochodzą z pioseneczek Joki, Magika- składów: Paktofonika i Kaliber 44

niedziela, 27 kwietnia 2025

NOWORODEK W REKLAMÓWCE, DZIECI Z ULICY I "CHŁOPAKI Z POPRAWCZAKA"

"niech mi pani powie, co tu jest nie tak?"

    To pytanie zadał mi pewien przedsiębiorca wysłuchawszy mojego wykładu o "niewidzialnych dzieciach" w Polsce żyjących w skrajnym ubóstwie. Skrajne ubóstwo oznacza, że dziecko nie spożywa dziennie choć jednego ciepłego, pełnowartościowego posiłku, nie ma odzieży adekwatnej do pory roku i nie ma swojego miejsca do spania, zabawy i odrabiania lekcji. To tak z grubsza i ogólnie. Z przedsiębiorcą rozmawiałam o tonach marnowanego w Polsce jedzenia, o zasiłku "800+" i innych zasiłkach, o bankach żywności, systemie pomocy i opieki społecznej, niebieskiej karcie, rencie dla alkoholików. Takie tam. Chętnie rozmawiam z ludźmi spoza mojej bańki zawodowej, lubię spojrzeć na świat z ich perspektywy i jestem ciekawa ich widzenia rzeczy a że w moim nomadyzmie sporo podróżuję, mam również sporo ku temu okazji. Raptem tydzień temu jechałam sobie rano do zaprzyjaźnionego poprawczaka. Formalnie to Zakład Poprawczy i Schronisko dla Nieletnich w Raciborzu. Nieletni w polskim prawie to osoba niepełnoletnia, która z powodu złamania prawa trafiła orzeczeniem sądu do Zakładu Poprawczego właśnie. Innymi słowy to właśnie te wszystkie "młode bandziory", "gangusy" i "patusy". Zanim taki "bandzior" trafi do zakładu poprawczego, przebywa w schronisku dla nieletnich, odpowiedniku aresztu śledczego dla dorosłych. Także wiecie rozumiecie, lekko nie ma, czekał mnie dzień z patusami, gwałcicielami, mordercami i złodziejami. Trudno, tak sobie wybrałam drzewiej to tak mam. Dzień zapowiadał się pięknie, słonecznie, o 9 rano temperatura wskazywała 15 stopni, zieleń wybuchała zapachem świeżości, dobrze było jechać bocznymi drogami z otwartym oknem. Jak to jest, że nie mogłam doczekać się spotkania z chłopakami i personelem? Spróbujcie sobie to wyobrazić: miejsce jak na końcu świata, za nim już tylko pola uprawne i lasy, koniec drogi, mur otoczony concertiną (taką samą jak na granicy polsko- białoruskiej, to wymóg ministerstwa sprawiedliwości) i bramę. Brama ma wizjer jak w każdym zakładzie poprawczym i karnym. Dzwonicie. Po chwili się otwiera. Za wami jednak szybko zamyka z charakterystycznym dźwiękiem, kto był ten wie. To symboliczny moment zawsze mocno przeze mnie przeżywany. W głowie dudni wam Jim Morrison "nikt nie wyjdzie stąd żywy". Brama po drugiej stronie jednak ma namalowane skrzydła anioła, budynek poprawczaka otoczony jest rabatami z kwiatami a na ścianie bocznej widnieje wielki mural. Przy wejściu stoi rower w formie ozdoby z zawieszonymi doniczkami pełnymi kwiatów. Jak zajrzycie na tyły budynku, zobaczycie drzewa owocowe, sadzonki pomidorów, oczko wodne, boiska i bieżnię. Coś wam nie gra? Mi wszystko gra. Wiem, gdzie wchodzę. Dzisiaj ma odbyć się Dzień Wolontariusza i wychowankowie mają otrzymać upominki za pomoc powodzianom. Jakie upominki i jaka pomoc? 90% społeczeństwa chce tych chłopaków zamknąć na zawsze w kamieniołomach a nie dawać im prezenty. Sprawy mają się jednak tak: na progu wita mnie ubrany na galowo w garniturze Adam*, podaje mi rękę i prowadzi do auli. W auli witają mnie dyrektor zakładu i dyrektor szkoły. Witają oznacza, że po prostu się do siebie przytulamy "na misia". Po chwili wchodzi Patryk Galewicz** i wita mnie tuląc się "na misia". Wzruszenia, słowa miłości człowieczej, radość, endorfiny. Ledwo uwolniłam się od uścisków Synka, wchodzi psycholożka- moja serdeczna koleżanka. Witamy się przytuleniem i dobrym słowem przepełnionym radością a na popołudnie umawiamy się na spotkanie w placówce wsparcia dziennego typu podwórkowego (to ta od dzieci ulicy i streetworkerów), chcę moim dzieciom zrobić niespodziankę. Do poprawczaka na uroczystość z okazji Dnia Wolontariusza przyszedł również wice prezydent Raciborza. Skończył resocjalizację. Jeździ na rowerze. Wie, o co chodzi z chłopakami, może dlatego wita się z nimi serdecznie podając im rękę a w przemówieniu nazywa ich Bohaterami. Oglądamy wspólnie filmik zatytułowany: "Niepoprawnie Pracowici". Na nim grupa chłopaków po pas w szlamie z łopatami. Odgarniają błoto, ludzie się do nich uśmiechają, jakaś pani przynosi drożdżówki i tuli chłopaków. Jej mąż wzrusza się do łez. Mówi coś o dobrym wychowaniu i resocjalizacji. Widok chłopaków z łopatami zapewne spełnia oczekiwania tego 90% społeczeństwa wysyłającego "młodych bandziorów" do kamieniołomów, kopania rowów i sprzątania ulic. Dla mnie jednak ważniejsze jest, jak widzę, że "nasze chłopaki" uśmiechają się na słowa: "dobry", "bohater", "pomocny", "silny". 90% z nich, jak wykazały badania do pracy magisterskiej mojej studentki pochodzi z miejsc skrajnego ubóstwa, z rozbitych rodzin pełnych przemocy, alkoholu i narkotyków. Są tacy, którzy kradli, aby nakarmić głodne rodzeństwo, inni w obronie matki byli w stanie śmiertelnie ranić ojczyma. Ulica dawała im bezpieczeństwo i wytchnienie. Historii jest wiele, są długie i smutne. Dzisiaj jednak mamy dzień radości i cieszenia się tym, że RAZEM możemy próbować to zmienić i pokazać chłopakom, że inne życie istnieje a wokół mają odpowiedzialne i mądre osoby dorosłe, którym można zaufać. Bo pomyślcie: trzeba mieć silę, aby nie ufając ludziom i ich nie lubiąc jechać i pomagać im sprzątać zalane domy. Trzeba mieć determinację, aby nie mając swojego domu pomagać remontować cudzy. Trzeba mieć odwagę, aby wspierać rodziny w powodzi w sytuacji, gdy nigdy nie miało się swojej. Po uroczystości Patryk Galewski pokazuje mi miejsce, w którym powstaje pracownia kulinarna i w której będzie działał z chłopakami. Oni sami wpatrzeni są w niego jak o obrazek. Sponiewierany życiem i więzieniem, jako dziecko często głodny, użerający się z pijanym ojcem, skrajnie zaniedbany dzisiaj "mówi Johnnym". W oczach ma jasność i miłość a wszyscy czujemy, że Janek Kaczkowski gdzieś tu miedzy nami jest. Zresztą chłopaki również uczą się fachu barbera, przyjeżdża do nich Sebastian Karczewski i uczy ich "dobrego cięcia". Wszak nożyczkami można kogoś zranić lecz i zrobić mu fryzurę. Nożem można zabić lecz i pokroić chleb. Dlatego "nasze niepoprawne chłopaki" mają super modne fryzury i są nakarmione, może pierwszy raz w życiu. Umówiłam się z nimi na trening boksu i wycieczkę rowerową w maju, jemy obiad i jadę do moich dzieci z ulicy. To znaczy na ulicy niechybnie by były gdyby nie super ekipa streetworkerek/ów i pedagożek/gów prowadzących Strefę czyli placówkę wsparcia dziennego typu podwórkowego lub jak inni wolą- świetlicę. Czasami zajęcia są w Strefie, czasami na ulicy i podwórku. Jednak zawsze dzieci są nakarmione ciepłym posiłkiem, zaopiekowane i zatroszczone. W ten dzień akurat poszliśmy na łąkę zbierać jajeczka czekoladowe zostawione tam przez zająca. Chociaż dzieci twierdziły, że nie wierzą w zająca ja tam nie wiem bo ja nawet w św. Mikołaja wierzę. Wierzę również w anioły i mam pewność, że każde z tych dzieci ma swojego. Ponieważ znając ich historie wiem, że niektóre statystycznie i z dużym prawdopodobieństwem biorąc pod uwagę realia ich dzieciństwa nie miały prawa przeżyć. A jednak. Dlatego ja po prostu czasami lubię sobie tak z boku popatrzeć na uśmiechy chłopaków i umorusane jedzeniem buźki naszych dzieci. Nie muszę nawet nic mówić, nie muszę nic robić. Po prostu być i patrzeć. Zmęczona i szczęśliwa wracałam o domu. W głowie miałam wiadomość z radia, którą usłyszałam rano: "przypadkowy przechodzień w Łodzi usłyszał kwilenie w pustostanie, udał się za głosem i odkrył noworodka w reklamówce. Dziewczynka miała nieodciętą pępowinę i wyziębienie ciała". Pomyślałam: "o kur...a". Przypomniał mi się komunikat sprzed tygodnia z Krakowa, kiedy to niespełna dwutygodniowa dziewczynka, odpępniona, przebywała w pustostanie z bezdomnymi. Jej rodzice byli poszukiwani listem gończym przez policję za przestępstwa. Dziewczynka z Łodzi została znaleziona w centrum miasta, na starych Bałutach. Realizowałam tam badania naukowe wiele lat temu. Byłam przekonana, że tych miejsc już nie ma. Podobno powoli są rewitalizowane. Kraków stara się o markę nadawaną przez Unicef Poland w programie "Miasta przyjazne dzieciom". Patryk Galewski opowiadał mi, jak to władze Sopotu są niechętne jego działaniom na rzecz wykluczonych dzieci, ponieważ Sopot to kurort. A pamiętacie, jak kilka lat temu w Gdańsku w namiocie na koczowisku osób bezdomnych przebywała dziewczynka z matką? Zapytałam kiedyś nastoletnią, bardzo mądrą dziewczynkę na Bobrku w Bytomiu: "Powiedz mi, gdybyś miała władzę, co byś tu zrobiła?". Odpowiedziała mi bez zastanowienia: "Pani, ja bym to miejsce zniknęła. Nas tu nie powinno być". A zatem: co tu jest nie tak?

* imiona chłopaków zmieniam rzecz jasna
** imienia Patryka nie zmieniam bo to Synek Johnnego Kaczkowskiego, osoba publiczna, znana i kochana; bohater filmu "Johnny" o księdzu Janie Kaczkowskim w reżyserii Daniela Jaroszka i książki "Synek Kaczkowskiego" Piotra Żyłki. 

"NIC O NICH BEZ NICH"

   czyli jak otwarłam  pierwszą w Polsce agorę (i to na uniwersytecie!), w której nieletnich pyta się o zdanie na temat procesu resocjalizac...