środa, 29 stycznia 2025
CZY WIĘZIENIE JEST DLA DZIECI?
poniedziałek, 27 stycznia 2025
RODZINA POLSKĄ SILNA
... "bo to nie my zabiłyśmy Kamilka"
Fundacja Dajemy Dzieciom Siłę szacuje, że rocznie w Polsce ginie około 30 dzieci doznając śmierci w wyniku doświadczania przemocy domowej. To znaczy umiera. Na zawsze. Konkretniej- jest zabijanych przez najbliższych w miejscu zamieszkania lub pobytu, często wcześniej bardzo cierpiąc, doświadczając tortur, bólu fizycznego, lęku i psychicznej degradacji oraz emocjonalnego chaosu. Przy Rzeczniczce Praw Dziecka działa zespół do analizy zdarzeń, na skutek których małoletni poniósł śmierć lub doznał ciężkiego uszczerbku na zdrowiu. W najgorszej sytuacji są najmłodsze dzieci czyli te od urodzenia do 3 roku życia, nie objęte opieką żłobkową, przedszkolną lub jakąkolwiek inną formą zorganizowanej opieki typu klubik malucha. Często zdarza się, że dzieci te znajdują się zupełnie poza systemem, gdyż z jakiś powodów rodzice bądź opiekunowie nie realizują podstawowych obowiązków ustawowych wynikających z nakazu troski o dziecko i unikają bilansów rozwojowych w ośrodku zdrowia czy też szczepień. Te 30 dzieci rocznie to mali ludzie rzucani o piec, kaloryfer, ścianę lub w najlepszym razie o łóżko, torturowani wykręcaniem rąk, bici przedmiotami domowymi typu but, kabel, pasek, sprzęty kuchenne, np. tłuczek do mięsa. Są również przyduszani, oblewani wrzątkiem, bici po głowie i twarzy, głodzeni lub nieprawidłowo odżywiani, zostawiani bez opieki na noc lub na kilka dni, godzinami nie przewijani z brudnych pieluszek, uczestniczą w libacjach alkoholowych. Moja koleżanka pracująca w policji twierdzi, że co do części śmierci łóżeczkowych niemowląt, do których jest wzywana z patrolem, ma podejrzenia, że śmierć łóżeczkowa to wcale nie była. Kto dorosłemu udowodni, że przydusił dziecko celowo bo płakało? Na dniach media doniosły, że pięcioletnia dziewczynka trafiła do szpitala pobita przez dorosłego człowieka. Partnera matki. Wiecie, co jej robił? Wpychał do buzi prysznic i wlewał wodę każąc ją łykać, rzucał o ścianę, kazał jeść papier. Matka musiała to widzieć...choć "nic nie wiedziała". Raptem kilka tygodni temu inna dziewczynka trafiła do szpitala niemal zagłodzona na śmierć bo jej rodzice sobie ubzdurali, że przeżyje na samych winogronach. W obu przypadkach media donoszą, że oficjalnie ani sąsiedzi ani nikt inny nic nie widział, nic nie słyszał a w ogóle to rodzina była porządna i taka po prostu normalna. Ojciec wywoził dziecko w wózku na spacer tylko jakoś tak dziwnie je ukrywał. Może sobie nie życzył spojrzeń sąsiadek albo nie daj boże bał się uroku rzuconego na dziecko. Czasami też ludzie twierdzą, że wprawdzie zdarzało się, że za ścianą było głośniej i słychać było, że coś się dzieje, ktoś krzyczy, może odgłosy jakiś imienin. No ale przecież wszyscy jesteśmy ludźmi to wiadomo, każdy tam sobie krzyknie lub walnie w dziecko kapciem, już bez przesady. W weekend w jednym z kurortów na basenie pan zakłócał spokój więc zwróciłam mu uwagę prosząc o ciszę, na co on z pretensją, że przecież krzyczy na swoje dziecko, więc o co mi chodzi. upominam zatem pana, że nie wolno krzyczeć na dzieci. Z dezaprobatą kiwał głową w moją stronę szukając zaczepki. Hotel przy recepcji miał wywieszone standardy ochrony małoletnich. Nikt nie reagował i nie widział również złamanej ręki Kamila z Częstochowy, zabezpieczonej gipsem oraz rozbitej wargi. Miejsce zamieszkania chłopca to był obraz nędzy i rozpaczy, typowy jak ja to mówię "pierdolnik" czyli grzyb na ścianie klatki schodowej, odrapane ściany, na ścianach wielkimi literami napisane: "jebać cweli" i "Elka to szmata" oraz "CHWDP". Przed kamienicą trampolina z pokrzywionymi rurkami, popsute plastykowe zabawki, wózek dziecięcy bez kółka, kupka piasku, błoto i dróżka z luźno rzuconych w nie płyt chodnikowych. Przecież to normalne podwórko każdy to wie a ja się czepiam. Normalna rodzina, normalne zabawki i normalnie dzieckiem o piec rzucano. Rzucał konkretnie partner matki. Matka musiała to widzieć choć również "nic nie wiedziała". Sąsiedzi podobnie, nic nie widzieli i nic nie słyszeli. Głodzona winogronami dziewczynka podobno jeszcze kilka dni przed zatrzymaniem rodziców normalnie się bawiła, mówiła, skakała. Tak twierdzi jej dziadek. Przecież był i widział. Nagle coś się musiało stać, ale co? Pomyślmy.
Prokuratura w Gdańsku umorzyła sprawę przeciwko reprezentantom instytucji pomocowych, pod opieką których był Kamil z Częstochowy i jego rodzina. Hajs się zgadzał, papiery też. A to, że czasami ktoś trzepnie dziecko lub nawet da klapsa, to nie ma o co robić hałasu. Ta rodzina już taka po prostu jest. Słyszałam to setki razy jako kuratorka sądowa, mediatorka, wychowawczyni w świetlicy, pedagożka, akademiczka, trenerka prowadząca szkolenia. Kiedyś również obliczyłam, że do przeciętnej rodziny będącej pod opieką pomocy społecznej w miesiącu przychodzi około 5 osób: kurator sądowy, asystent rodzinny, pracownik socjalny, pracownik powiatowego centrum pomocy rodzinie, czasami wpada dzielnicowy lub patrol na interwencję. Niemal wszyscy głusi i ślepi. Kryteriami przyjęcia do pracy są przecież cechy trzech małpek buddyjskich: nie widzieć zła, nie słyszeć zła, nie mówić zła. Dziecko w wieku szkolnym czasami jednak chodzi do szkoły. Tam spotyka się z nauczycielami i pozostałym personelem szkolnym, rówieśnikami, ich rodzicami. Ci również jakby głusi i ślepi. Dzieci czasami widzą siniaki na ciele kolegi, lecz rodzice w domu komentują: aaa tam u tego- nazwijmy go- Kamila to patusy, nieroby, "pincety", pijaki. Nie zadawaj się z nimi. I tak to się kręci.
Pamiętam, jak po śmierci Kamila z Częstochowy non stop dzwonili do mnie dziennikarze. Wywiady, rozmowy, komentarze. Zawsze się komuś naraziłam. A to napisał do mnie maila policjant z Podkarpacia, że jestem niesprawiedliwa bo mówiłam w radio, że policja czasami nie przyjmuje zgłoszeń kobiet bagatelizując je i tym samym pan komendant poczuł się urażony, bo on zawsze przyjmuje. Nie było sensu tłumaczyć, że to nie o nim, więc pogratulowałam efektywności działań i pożyczyłam dalszych sukcesów. Innym razem napisała nauczycielka z pytaniem, jak mi nie wstyd bronić bandytów i morderców, bo chciałam wiedzieć coś o dzieciństwie mordercy Kamila- jego ojczyma. Bo tak sobie myślę oraz wiem z nauki, którą uprawiam, że z dnia na dzień nagle człowiek nie zostaje mordercą dziecka. Że przyczyny są środowiskowe, czyli rodzinne i lokalne oraz indywidualne, czyli np. organiczne zaburzenia centralnego układu nerwowego i wysoka reaktywność, osobowość dyssocjalna, itd., dziedziczone genetycznie uwarunkowania. Brak reakcji bliskich i sąsiadów i bycie ofiarą przemocy w dzieciństwie. Fachowo i profesjonalnie używając języka naukowego to mikro i makro czynniki egzogenne i endogenne. To tak w skrócie. Niemniej ostrożnie, bo nie raz się dowiedziałam, np. będąc kuratorką sądową, że jestem przeteoretyzowana i nie znam prawdziwego życia a tylko teorie. No tak...Innym znowu razem zaatakował mnie dziennikarz, kiedy to mówiłam, że obowiązujące przepisy legislacyjne są na tyle wystarczające, że pozwalają na ochronę dzieci, wystarczy tylko ich przestrzegać. Według owego dziennikarza jest inaczej, skoro dzieci są zabijane. No ok, jego logika wskazywałaby, że przepisy ruchu drogowego są niewystarczające bo ludzie powodują wypadki a prawo podatkowe jest do kitu bo ludzie oszukują urząd skarbowy. No nie panie dziennikarzu. Po prostu czasami ludzie oszukują, kłamią i łamią inne przepisy bo tacy już są. Nawet jeśli za kradzież jabłka ze straganu będzie kara śmierci, znajdą się tacy, co po to jabłko sięgną. Ostatecznie przepisy zaostrzono i wprowadzono zmiany, m. in. standardy ochrony małoletnich. Najogólniej chodziło o to, aby miejsca, w których przebywają dzieci, dostosować do ich bezpieczeństwa i ochrony oraz dać dzieciom znać, że mogą na tę ochronę liczyć podobnie, jak na odpowiedzialnych dorosłych. Chodziło też o to, aby ci dorośli zaprosili dzieci do tworzenia standardów na terenie miejsc ich wspólnego przebywania tak, aby to dziecko powiedziało, co będzie dla niego ok a co narusza jego granice, co jest bezpieczne a co powoduje dyskomfort. I co ja słyszę? "Jeszcze tego brakowało aby dzieci nam mówiły, co mamy robić". "A co dzieci mogą wiedzieć?". "Jak to dzieci mają dyktować nam warunki?". "Izolują nas od dzieci". "Nie możemy dotykać dzieci". "Nie możemy rozmawiać z dziećmi". "Nie możemy pomagać dzieciom się ubierać na basenie i w szatni szkolnej". Serio? W między czasie firmy prywatne robiły niezły biznes na tworzeniu standardów ochrony małoletnich, niektóre nawet się w tym wyspecjalizowały robiąc "kopiuj- wklej" ze stron internetowych za dobrą kasę. Wystarczyło, że firma zatrudniła prawnika. Bez diagnozy placówki, bez jej specyfiki i kontekstu. Od osób mających kontakt z dziećmi zaczęto wymagać zaświadczeń o niekaralności. Normalka na zachodzie. Dosłownie dwa kliknięcia, drobny przelew i ściągasz sobie zaświadczenie o niekaralności, które może się przydać w różnych sytuacjach. Szybko, prosto, nie wychodząc z domu i nie koczując w śpiworze od czwartej rano pod sądem. I co ja czytam na Facebooku? "nie będziemy dostarczać żadnych zaświadczeń. bo to nie my zabiłyśmy Kamilka". I znowu pytam: serio? Bo czytam i nie wierzę. Czy naprawdę dorosły człowiek o przeciętnym ilorazie inteligencji, który ukończył 5- letnie studia magisterskie na kierunku pedagogicznym, nauczycielskim czy też pomocowo- społecznym (no dobrze, 3- lata licencjatu też są ok) nie jest w stanie podjąć próby zrozumienia istoty standardów ochrony małoletnich i chociaż raz ze zrozumieniem przeczytać ten dokument? Widocznie nie jest podobnie, jak ów krzyczący na basenie człowiek, mający do mnie pretensję o to, że się wtrącam a on przecież na swoje dziecko krzyczy więc o co mi chodzi. Tu tylko krzyk, tam tylko klaps. Miało być lekko a dziecko nie żyje. Dobre bo polskie.
wtorek, 21 stycznia 2025
SPYTAJ EKSPERTA ON CI PRAWDĘ POWIE SPYTAJ EKSPERTA ON CI WSKAŻE DROGĘ
oraz niczego o nich nie ma w konstytucji...
Tak mi się muzyczne konotacje po głowie obijają i parafrazują. A to Dezerter a to Świetlicki. Trochę ze zmęczenia i czekania na koniec semestru, co najmniej jakby miał on coś zmienić. Trochę natomiast z przedawkowania świata eksperckiego. Bo to jest tak: seminarium- eksperci- tki. Konferencja- eksperci- tki. Spotkanie w ministerstwie jakimkolwiek od czegokolwiek, nawet od dziwnych kroków- eksperci- tki. Komisja- eksperci- tki. Posiedzenia, obrady, sympozja, warsztaty, szkolenia- eksperci- tki. Totalnie absolutnie bezdyskusyjnie żyję w świecie ekspertów i ekspertek od wszystkiego. No i dobrze. Myślę sobie, że w polityce to normalka. Ktoś kończy zarządzanie i marketing, może nawet na on lajnie weekendowo, popracuje a to w urzędzie a to w fundacji, poasystuje innemu politykowi bądź polityczce a może i w jakiejś spółdzielni mieszkaniowej zdobędzie doświadczenie- moja nazywa się "przyjaźń", a Wasza? Jej pani prezes nomen omen (bez skojarzeń plis bo zbieżność przezwisk przypadkowa) pouczyła nas lokatorów dzisiaj na zebraniu o naszych obywatelskich obowiązkach i że jeśli nie zgłosimy na policję robiących kupki gołębi to my poniesiemy konsekwencje (sic!) bo spółdzielnia nomen omen "przyjaźń" nie jest od cytat: pomagania i wspierania lokatorów. Ona jest, jak to doprecyzował siedzący obok pani prezes spółdzielni mieszkaniowej "przyjaźń" radczyna prawny z koziej yyyy trąba, "proszę państwa od zarządzania" a "podstawa to jednak komunikacja". No to ja nawet nie pytałam już, z jakiej szkoły prawnej jest ekspertem bo już jednego takiego eksperta od wszystkiego uczącego się całe życie znamy a i szkołę prawa potrafimy zidentyfikować. A po co bruździć? Zatem wracając do zarządzania i marketingu na on lajnie polityk bądź polityczka to ja rozumiem że jeśli zabiera głos to jest on ekspercki. Znam taką panią poseł nie tylko z telewizora, która potrafi w jednym zdaniu połączyć wypowiedź o fotowoltaice i prawach dziecka. W sejmie zajmuje się nie byle czym i nie byle kim i komisji ważnej przewodniczy, chociaż jak podaje wikipedia, skończyła politologię a nie pedagogikę. Jednak jest nowoczesna więc jest ekspertką. Jakby nie patrzeć, do szkoły chodziła, dzieckiem też była to wie i się zna. No dobrze, politykę mamy za sobą chociaż podpowiem, że dobrze jeszcze skończyć kołczing. On zawsze się przydaje i brzmi po amerykańsku (choć teraz to nie wiem czy dobrze).
Jest wiele ekspertek i ekspertów. Właściwie każdy, kto o czymś słyszał lub sobie poczytał w gazecie lub ulotce a jeszcze lepiej w Internecie, eksperci sobie radośnie na spotkaniach, komisjach, szkoleniach. Co więcej, wydaje rekomendacje, postulaty a może i nawet opracowuje strategie i standardy. Jeśli zaprosi go pani od fotowoltaiki po politologii to jest multi-osobą-ekspercką w komisji interdyscyplinarnej. I tak oprócz osób eksperckich od piłki nożnej i Igi Świątek w Polsce najwięcej naliczyłam tych od dzieci i młodzieży. Wiedzą wszystko o procesach rozwoju i zwoju, o specyfice tego i owego, głoszą prawdy absolutne o tym, co najmodniejsze i na topie, czyli najczęściej hejt (co to nie wiadomo ale brzmi fancy się można poekspercić), mowa nienawiści (nie ma definicji i ram formalno- prawnych, lecz oni o niej eskperczą), dyskryminacja (pojęcie nie istnieje w polskim prawie karnym chociaż jest orzecznictwo około tego pojęcia i zjawiska, lecz eksperci wiedzą o niej wszystko bo są ekspertami- kami), radykalizacja (osobiście przeczytałam 40 tysięcy opracowań naukowych robiąc przegląd systematyczny i wraz z zespołem opracowałam adaptację dwóch narzędzi badawczych lecz nie czuję się ekspertką od radykalizacji). Mogłabym wymieniać długo, a to samobójstwa dzieci i młodzieży, a to edukacja włączająca lub edukacja w ogóle, a to regulacje prawne w związku ze wszystkim. Oczywiście z użyciem partycypacji bo to słowo to dopiero robi karierę podobnie, jak cyber. Ja tam za dużo o tym nie wiem, bo z cyber znam się tylko trochę na cyberpunku a najbardziej to na samym punku. Tymczasem eksperckie stały się raporty randomowych fundacji, zwykle tych mających dużo pieniędzy lub prowadzonych przez osoby celebryckie. To nic, że nie ma tam ani poprawnej metodologii ani właściwie nic nie ma konkretnego oprócz prawd oczywistych i bez "badań" lecz raporty są cytowane, omawiane, komentowane. Ekspertki i eksperci nie omawiają za to wyników badań opartych na solidnej metodologii badań naukowych, ba! nie realizują żadnych badań. Nie analizują wyników metaanaliz, nie robią przeglądów systematycznych, nie potrafią zacytować czołowych badaczek i badaczy w danej problematyce. Po co? Od tego są osoby pracujące na uczelniach "robiące coś na stopień lub awans" a reszta to wiadomo, "teoretycy siedzący w książkach i nic o życiu nie wiedzący". Osoby eksperckie za to są blisko życia a jeszcze bliżej, jak to mawiała moja babcia, "żłoba". Głoszą wiedzę potoczną, obiegowe opinie, popularno- naukowe spekulacje, swoje spostrzeżenia i doświadczenia nawet z życia prywatnego, bezpodstawnie je uogólniając i uznając za fakt naukowy. Robią to wszystko z mądrymi minami. Ja nazywam tę wiedzę "wywiedzioną z widzimisię". Problem jest taki, że to, co opowiadają, jak domino efektem głuchego telefonu powielają inni. I na powielaniu się często nie kończy. Generują nowych ekspertów i ekspertki dokładnie tak, jak dinozaury znoszą jaja.
Tymczasem znajoma przesłała mi wiadomość, że kolejna organizacja pozarządowa w Polsce zajmująca się dziećmi ulicy nie otrzymała dofinansowania od tzw. miasta na realizację działań podwórkowych i pedagogikę ulicy. Wiecie, co to oznacza? Zima, wcześnie robi się ciemno, wieczorami mrozik, gdzieniegdzie śnieg, a dzieci bez miejsca, w którym mogą się ogrzać nie chcąc siedzieć w domu z pijanym lub bijącym matkę ojcem. Nie mogą napić się też ciepłej herbaty z sokiem, dostać zupy lub tosta, otrzymać pomocy w odrobieniu zadania. Straciły też możliwość rozmowy z mądrymi, odpowiedzialnymi dorosłymi i kontaktu w sytuacji doświadczania przemocy czy innej krzywdy. Nie mają już również możliwości realizacji swoich pasji czy rozwijania zainteresowań w sposób bezpieczny. Argumentacja tzw. miasta? Program był za drogi. Rozumiecie? ZA DROGI. Bo jakże to wypada aby dzieci z rodzin o niskim statusie i ubóstwie moralnym chodziły na basen za darmo czy nie daj bogini na ściankę wspinaczkową, grały w piłkę, chodziły na wycieczki i dostawały tosty z pysznym, ciągnącym się serem. Jak to tak? To niesprawiedliwe przecież dostają "osiemset plus" a "ich rodzice to nieroby i patusy". Raport Szlachetnej Paczki 2024 (obnażył, że grupy, w które państwo pompuje najwięcej pieniędzy, są najuboższe. Czyli po prostu te programy "eksperckie" nie działają. Jedna z tych grup to seniorzy, druga- dzieci. Pół miliona dzieci w Polsce głoduje. PÓŁ MILIONA DZIECI W POLSCE GŁODUJE. Ja wiem, co to są za dzieci. Pamiętacie Kamila z Częstochowy? Raport "Poverty Watch" 2024 profesora Ryszarda Szarfenberga (oparty na naukowym reżimie metodologicznym) wskazuje na dzieci w Polsce, jako na jedną z grup doświadczających skrajnego ubóstwa, co oznacza, że nie dostają ciepłego posiłku raz dziennie, nie mają ubrań adekwatnych do pory roku, nie mają stałego miejsca do odpoczynku i odrabiania zadania w domu bądź w miejscu mieszkalnym (czy też nie mieszkalnym). Powtarzam, wiem co to za dzieci. Znam ich miejsca pobytu, ich styl życia, ich sytuację rodzinną, ich zapach i język. W takiej sytuacji program proponowany przez organizację pozarządową z wieloletnim doświadczeniem streetworkerskim w pracy z dziećmi z najuboższych środowisk nie dostaje dofinansowania na pedagogikę ulicy, bo jest za drogi. ZA DROGI DLA DZIECI, KTÓRE SĄ GŁODNE I DOŚWIADCZAJĄ PRZEMOCY. Przeczytajcie to głośno. Słyszycie jak to brzmi? Rok temu podjęłam pewną interwencję wraz z Biurem Rzeczniczki Praw Dziecka w stosunku do podobnej sytuacji w innym mieście. W skrócie, dzieci nie dostały możliwości przebywania zimą w bezpiecznym i ciepłym miejscu pod opieką pedagogów. Nie bo nie. Interwencja się udała chociaż ówczesny prezydent miasta obraził się na mnie. Jedno z miast, o którym mowa, to miasto, z którego pochodzi pani nowoczesna polityczka znająca się na fotowoltaice i prawach dzieci. Dzieci, o których niczego nie ma w konstytucji.
Ps. otrzymałam właśnie wiadomość, że pan prezydent tego miasta chce ze mną rozmawiać, współpracować i jak najszybciej dofinansować placówkę wsparcia dziennego typu podwórkowego oraz pracę pedagogów ulicy uznając decyzję swoich urzędników za skandal, oraz "przeprosić mnie (!!!) za to, że doszło do takiej sytuacji bo przecież tu chodzi o dzieci". Dziękuję.
środa, 15 stycznia 2025
GDZIE SIĘ PODZIAŁ HENRYK GOLDSZMIT I KTO ZAWŁASZCZYŁ JANUSZA KORCZAKA?
Czyli raz dwa trzy w DOBRO DZIECKA wygrywasz ty :)
Był sobie raz pewien Żyd, a właściwie polsko- żydowskiego pochodzenia człowiek. Ziemianin. Lekarz, pisarz, publicysta, pedagog, aktywista społeczny. Mógł sobie być, kim chciał. Był więc również teozofem i masonem. Praktykował dobroczynność, co w ówczesnych kręgach wolnomularskich nie było niczym nadzwyczajnym. Wychowany w duchu haseł pozytywistycznych i działań społecznych nie mógł usiedzieć na miejscu i non stop coś robił. Nosiło go strasznie. A to studia lekarskie- stąd doktor jak coś ;) a to założył orkiestrę, innym razem znowu powołał do życia gazetę czy też szpital. Żaden problem. Acha, mial na imię Henryk Goldszmit. Szaleństwa młodości mają swoje prawa i stąd jako około 20- letni młodzieniec Henryk przybrał sobie pseudonim. Dzisiaj powiedzielibyśmy, że ksywkę. Jakie mieliście ksywki w młodości? Ja byłam Mrówką, Koniczyną, Jogą, Wilkiem. Jemu jednak zachciało się być Januszem Korczakiem bo naczytał się Kraszewskiego. Henryk vel Janusz był dekadentem i z takimi się zadawał choć nie wiadomo, co było pierwsze. Włóczył się zatem z poetami przeklętymi i rzezimieszkami po ulicach i zaułkach tam, gdzie sam diabeł mówił im dobranoc. Najlepiej nocą. Śmiało można powiedzieć, że ulicę poznał od podszewki podobnie, jak jej tubylców: prostytutki, alfonsów, opryszków i pijaków. Zresztą z jednym z nich, Luciem Licińskim, bardzo się zaprzyjaźnił. Razem pili wódkę z nożownikami i pisali dekadenckie testy. Młodość jednak gburna i durna przechodzi kiedyś w wiek męski. Nikt tego nie lubi. Dorosłość, obowiązki, rachunki, w nocy się śpi a w dzień pracuje. Takie tam. Dodatkowo Henia dopadały a to wojsko a to kobieta. Również podróżował, nie wiadomo jednak do końca, czy jako Henryk czy jako Janusz. Na pewno wiemy natomiast, że ciągnęło go do innych Żydów, na Bliski Wschód. Genu nie wydłubiesz. Mieszkał trochę w Palestynie a trochę w Izraelu, w kibucu. Tam bacznie obserwował, jak traktuje się i wychowuje dzieci. W takiej jakby komunie, wszystkie razem, we wspólnocie wszystkiego i w samodecydowaniu. Po powrocie do Polski Henio trochę pracował, trochę pisał, trochę chorował. Pisał głównie jako Janusz. Aż przyszła wojna- ta najgorsza. Wszyscy wiecie, co mam na myśli. Tę najbardziej okrutną i niechlubną część dziejów ludzkości, gdzie jeden mały człowiek ubzdurał sobie, że ci, którzy mają jakoś tam inaczej zbudowane nosy i palą świecie chanukowe, nie powinni istnieć. Nie bo nie. Jeśli zaś już istnieją to mają nosić na ubraniu stygmat w postaci naszywki z gwiazdą Davida. Taką jakby pieczątkę, piętno idących finalnie do gazu. I żyć za murem. Miejsce otoczone murem nazwano gettem a jego bram pilnowali żołnierze z karabinami. Co za cringe- jak mawiają zaprzyjaźnione ze mną dzieci. Wtedy, podczas tamtej wojny za murem nic już nie było takie samo, nawet dzieci. Coraz chudsze z coraz bardziej wybałuszonymi oczami i napęczniałymi od głodu brzuchami zatracały to, co dorośli starali się im wpoić. Na powrót stawały się kłębkami instynktów. Pazurami walczyły o czerstwą piętkę chleba i wyrywały sobie kawałki jego skórki. To przecież ludzkie, że w sytuacjach ekstremalnych stajemy się zwierzęcy. W getcie było coraz gorzej. Trzeba było szybko się ogarnąć, przestać dekadencić i zająć się na poważnie życiem. Pisanie, dzieci, Pawiak, wódka, Stefa, wszy, tyfus. Henryk powoli tracił siły. Było zimno, dzieci przemarznięte do szpiku kości a on się wygłupia z tym, że mają prawo do własnego zdania. Jak dziecko z pustym brzuchem może mieć własne zdanie? No ok, jeszcze może wyda jeden numer czasopisma redagowanego przez najzdrowsze dzieci. Któreś nabroiło? Ok porozmawiajmy o tym choć przecież wiadomo, że dzieci same to rozwiążą byle im nie przeszkadzać a my dorośli sobie to nazwiemy sądem koleżeńskim. Dzieci ogarniała też Stefa. Trzeba je było umyć, nakarmić, podać przemycone za mur leki, odwszawić. Choć to ostanie wydawało się bez sensu bo wszy były wszędzie. Jakie prawa ma zawszone dziecko z napuchniętym od głodu brzuchem? Na pewno takie, aby trzymać dorosłego za rękę gdy idzie na spacer. Ostatni. Do pociągu. I poszli. Zostały po nich kamienie.
Zastanawialiście się kiedyś, jakie prawa ma dziecko uciekające z domu i śpiące na przystanku a później rzucane po gorącym piecu? Albo bawiące się zdechłymi gołębiami czy chcące "zaje...ć szczura"? Dziecko poruszające się wózkiem i sikające do pampersa mimo nastu lat lub to, które tak nie rozumie świata i tak go bolą dźwięki, że kopie, bije, gryzie do krwi i drze się jak opętane? Jakie prawa mają dzieci, których rodzice przebywają w zakładach karnych albo te mieszkające w pustostanach i domach wsparcia dla ofiar przemocy domowej? Zero ciepłej wody. No chyba, że sobie zagrzejesz, jak masz czym. Kibel na korytarzu i szpary w oknach. Zza ściany sąsiad drze mordę bo za dużo wódki jednak tego dnia a ty masz zadanie domowe napisać. O sielance na wsi spokojnej i wesołej albo o dzięcielinie, która pała na jakiś łąkach a ty i tak nic z tego nie rozumiesz. Libacja za ścianą albo dach przecieka i śmierdzi grzyb na ścianie. Siostra płacze bo dostała kablem a matka jak nakręcona powtarza, że pokorne ciele dwie matki ssie, waląc w ciebie butem. W nocy był pożar dachu w pustostanie więc pół nocy w pidżamie spędzasz w wozie strażackim a rano szkoła, bo inaczej kuratorka odbierze cię matce. Sorry, to jest właśnie ta nasza patologia- powiedziała mi kiedyś "matka patuska" z getta biedy i ubóstwa.
Ręka w górę nauczyciele i pedagodzy, u kogo w klasie jest dziecko posiadające rodzica w izolacji więziennej? I czy nie widzicie, że ta romska dziewczynka nie może nauczyć się składać liter po polsku? Ej, ogarnijcie się, to dziecko uciekało w nocy ze swojego łóżeczka do schronu a później ktoś je zabrał pod pachę i wywiózł z Ukrainy. Zapomniało chomika. Kotek też został na froncie. Dziecko ze swojej ojczyzny zapamięta noc i strach o życie chomika. Wiem wiem, nie wszyscy. Znam Was cudowne i cudownych, oddanych, działających, mądrych. Dziękuję Wam! Słyszę od Was pytania o to, co można zrobić i jak pomóc? O to, gdzie macie przywieść paczki dla dzieci z ulicy i ile przytulanek potrzebuję dla dzieci, których rodzice odsiadują wyroki? Co mogą zrobić Wasi uczniowie w ramach wolontariatu dla dzieci? I czy przyjadę Was przeszkolić tylko jest problem bo nie macie za dużo funduszy od władz? Co robić, kiedy widzicie pręgi na ciele jednego dziecka a drugie łapczywie je kanapkę, bo zawsze do pracy bierzecie o jedną więcej. I wiecie co? Nigdy od Was nie słyszałam o Januszu Korczaku- pedagogu, doktorze, pisarzu. Nigdy też nie słyszałam od Was o Henryku Goldszmicie- Żydzie. Za to słyszałam o konkretnych dzieciach czy też grupach dzieci w konkretnych sytuacjach życiowych. Słyszałam też o Waszej bezradności w dobijaniu się o prawa tych właśnie dzieci- z terenów dotkniętych powodzią lub skrzywdzonych przez księdza. Wasze głosy zagłusza jednak neoliberalny i populistyczno- propagandowy dyskurs o prawach dzieci, bleblany przez mądre głowy bez refleksji, zastanowienia i pokory. O jakich dzieciach oni wszyscy mówią? Tak konkretnie. Rozglądam się i nie widzę. Halo? Nie widzę też nikogo z nich w ośrodkach siostry Małgorzaty Chmielewskiej, w domu dla bezdomnej młodzieży czy tym dla nastolatek w ciąży. Nie widać również nikogo w kanałach łączących familoki, w których dzieci wąchają klej i na potęgę wysiadują w dark roomach w Internecie bo wiadomo, można mieć pusty brzuch lecz smartfon z "osiemsetplus" każdemu dziecku się należy. Dlatego rodzice sobie kupują niemieckie samochody z zaciemnionymi szybami a dzieciom smartfony. "Moje" dzieci czasami śmierdzą. Mają wszy i brud za paznokciami. Nie myją zębów. Mają stare buty i zimą chodzą bez czapek. Bez przesady, przecież bluza ma kaptur. Wiedzą za to, gdzie za kamienicami leży zdechły kot i jakie barwy mają lokalne kluby sportowe. Nie wiem, czy słyszały coś o prawach dziecka. Na pewno wiedzą jednak, czym jest dobro dziecka. Dobro dziecka to brak nowego siniaka i policji wieczorem oraz ucieczka z matką przed ojcem, nawet do piwnicy. Dobro dziecka jest również wtedy, gdy idziesz do szkoły i nikt nie powie, że jesteś patusem i cwelem a twoja matka ku..ą. Dobro dziecka jest wtedy, kiedy masz ten smartfon, nie zapomnisz doładować i możesz napisać streetworkerce- pedagożce ulicy, że "pani, jest gitówa bo stary nie robi przypałów na chacie" i spokojnie możesz posiedzieć na "tiktoczku" a jak coś to wiesz, że pani tam też będzie.
Kiedyś byłam na spotkaniu w Stowarzyszeniu im. Jana Karskiego w miejscu, w którym było getto żydowskie. Miałam wystąpienie. Było mnóstwo osób działających z dziećmi, które są totalnie na marginesie systemu, zarówno w płaszczyźnie pomocowej jak i ochronnej czy edukacyjnej. Wszyscy właściwie dorośli, którzy mieli wystąpienia o cierpieniu dzieci, ich sytuacji, konkretnych lokalnych działaniach i użeraniu się z "tymi tam wyżej" mówili: "nie będziemy mówić o Korczaku, bo wszyscy dobrze wiemy, jaka była sytuacja i wiemy, jak jest obecnie". Znamienne. Janusz Korczak jednak w niektórych bańkach jest fancy i na sztandarach z nim można wiele. Głównie dla siebie. Szczególnie przydaje się w wymianie krzeseł na bardziej wygodne. Z Henrykiem Goldszmitem jest często nie po drodze i to niezależnie od tak zwanych opcji politycznych bo "nigdy nic nie wiadomo". Nie wiadomo, kto będzie chciał podać nam jedną rękę, bo w drugiej ma hajs. A może ktoś mówiący o bydlętach na granicy i tęczowej zarazie w szkołach na ten przykład, i co wtedy? No nie podać ręki nie wypada bo przy okazji drugą można wyciągnąć, zawsze coś wpadnie. Jak dodacie do sztandaru z doktorem- koniecznie w pękniętych okularach bo są fancy jak sam doktor, hasło "dobro dziecka", macie to! Jesteście w grze na wygranym polu i możecie spokojnie w ciepełku z pełnymi brzuchami robić selfiaki na ściankach bo "twojsze dobro dziecka jest lepsze niż mojsze" . Raz dwa trzy...
piątek, 10 stycznia 2025
PUNKTY NAUKOWCZE!
Czyli ile punktów jesteśmy warci i kto nas robi w slota?
Najcześciej obecnie słyszanym pytaniem w moim środowisku w sytuacji szukania miejsca do publikacji artykułu naukowego jest: a za ile punktów? Nie, nie. Nie jest to pytanie o to, o czym jest tekst, jak bardzo się nad nim napracowałam i czy w zespole oraz czy ktoś mi pomógł. Albo czy robię badania naukowe i z kim oraz kto mi finansuje miejsce pracy i sprzęt, na którym tekst ów piszę. Nie jest to również pytanie o to, czy moje badania i opracowania poprawią komuś jakość życia, ułatwią dostęp do jedzenia i edukacji, czy uda mi się prosto wytłumaczyć to, czemu jakiś świr wjeżdża w ludzi ciężarówką i zabija dziecko oraz co możemy zrobić, aby skończyć tę cholerną wojnę w Ukrainie i konflikt w Palestynie. W przypadku książek sprawa jest prostsza o tyle, że niezależnie od tego, ile książka ma stron i jaka jest jej wartość i treść, w tej grze dostajesz 100 pkt. I tu zaczyna się matematyka, teoria gier i kalkulacja opłacalności. Strategie kalkulacyjne są różne a wiem to, ponieważ 25 lat w resocjalizacji spowodowało, że znam strategie kalkulacji stosowane na przykład przez przestępców. Inna sprawa, że nie bardzo w nie umiem. Teorię gier studiowałam przy okazji pisania habilitacji. Wchodzisz na planszę? Twoja wartość rośnie dodatkowo, jak tekst jest w języku angielskim. To nic, że dotyczący problemu kryzysu edukacji w Polsce lub śmierci dzieci w wyniku przemocy domowej albo poruszający lokalny problem zmuszania dzieci cudzoziemskich do używania języka, którego nie znają, zakończony rekomendacjami i próbą odpowiedzi na rozpaczliwe pytania nauczycieli czy pedagogów: co my mamy robić? No to się nie dowiedzą i tyle. Ty wprawdzie może i odpowiadasz na to pytanie w tekście, lecz po pierwsze nie każdy zna biegle angielski - naukowy angielski (sic!), a po drugie tekst jest skrzętnie upchany w jakiejś elektronicznej bazie cyfrowej, zakodowanej hasłami i aby się do niego dostać i sobie ściągnąć, musisz pokonać kilka bramek jak w Pentagonie. Prościej jest dostać się do darkroomu w Internetach. Serio. Acha! Czasami jeszcze musisz zapłacić. No ok, piszesz również o problematyce międzynarodowej lub takiej, która faktycznie może zainteresować międzynarodowe środowisko naukowe a Tobie poszerzy krąg znajomych, "zaistniejesz na międzynarodowej arenie nauki". Tutaj jednak jest kolejne pole do przejścia. Jak już udało Ci się szczęśliwie dotrzeć po kilku latach do etapu: gratulujemy, Twój tekst zostanie opublikowany i jesteś wart te 100 punktów lub nawet 140, musisz jeszcze być cytowany. Bez cytowalności nie ma nauki. To nic, że dzięki Tobie kilkoro dzieci zostało nakarmionych, nauczycielka odzyskała wiarę w swoją moc i dostała nowe narzędzie do pracy z dziećmi w kryzysie uchodźczym lub psychicznym, samorząd lokalny zyskał pomysły na zminimalizowanie wykluczenia dzieci, młodzieży i seniorów, w zakładzie karnym osadzeni nie nudzą się już bo mogą pracować na rzecz powodzian i pomachać sobie łopatą a nie tylko hantlami, ich dzieci natomiast co jakiś czas mogą ich odwiedzać. Nie masz cytowalności, artykuł jest w języku polskim i w "polskimnieprestiżowymczasopiśmie" i tylko za 70 punktów. Nie oczekuj za wiele i nie bądź taki fifa rafa. Na pewno nie uprawiasz nauki. Poważnej nauki i nauki prawdziwej. Widzisz ja na przykład może bym i napisała dobry podręcznik dla osób studiujących, mam nawet kilka pomysłów, lecz słyszę, że mi "się to nie opłaca bo nic z tego nie ma" (czytaj: punktów).
A teraz coś z innej beczki. Jak myślisz, ile czasu pisze się książkę naukową? Taką solidną, na powiedzmy 500 stron, z przypisami, bibliografią, analizą wyników badań i materiałów, po które jeździsz własnym samochodem za własne pieniądze do archiwów, w których wysiadujesz całymi dniami? Musisz też czasami gdzieś spać i coś zjeść. Później umawiasz się z bohaterami książki na wywiady, nagrywasz je, robisz transkrypcje, opracowujesz zgodnie z prawidłami metodologii nauk, zbierasz literaturę, dopytujesz, konfrontujesz, konsultujesz. Sam. Nie przez czat GPT. Wiem wiem, już słyszę, że możesz pisać grant a AI jest fajna bo robi rzeczy za Ciebie. Grant do enceenu, choć one już są mało fancy. Później czekasz rok na ocenę, dwa lata poprawiasz, bo recenzje są negatywne gdyż nie masz na ten temat publikacji w języku angielskim...ok koło się zamyka. Ale przecież nie możesz mieć publikacji w języku angielskim w czasopiśmie za 200 punktów, ponieważ pracujesz nad tematem, który jest nowy, dotyczy historycznych działań na gruncie lokalnym w Polsce, itd, itp. Dobra. Piszesz tę książkę, piszesz, mija rok, drugi- bo pisanie książki to nie tylko dosłowne pisanie lecz mnóstwo innych działań. Procedura wydawnicza w toku, recenzje, poprawki, szczotki wydawnicze, w końcu jest! Śliczna, pachnąca, ponad 500 stron, zawierająca mnóstwo przypisów, ilustracji, wyników badań, tabel, materiałów źródłowych. No jednym słowem solidne naukowe opracowanie. Padasz z dumy. Co więcej, książka w momencie, jak się okazuje, zmienia życie co najmniej kilku osób, kolejnym je przedłuża a w ogóle do wydawnictwa płyną prośby o dodruk. Dostajesz listy od ludzi i bohaterów książki, telefony, nowe historie. Nie nie, nie! Nie dostajesz z tego pieniędzy! Dostajesz punkty. Bingo! 100 punktów dokładnie. Słownie: STO punktów.
A teraz coś z jeszcze innej beczki. W jednym z "czołowychpolskichczasopismzastopunktów" czytasz, że ktoś podjął ten temat, który Ty opracowałeś w tej książce. Kilkadziesiąt miesięcy pracy, ponad 500 stron, 100 punktów. Ok dobra, osoba autorska cytuje Cię. To ważne, pamiętaj wszak o cytowaniach. Artykuł ma 16 stron z bibliografią (małą, bo oprócz Ciebie jest tam garstka autorów), głównie składa się z cytatów z Twojej książki i ze źródeł, które w swojej książce analizujesz, jakiś komentarzy i zakończenia. Jeszcze raz: 16 stron za 100 punktów. Słownie: SZESNAŚCIE STRON ZA STO PUNKTÓW. A niektórzy wciąż piszą książki, choć "się nie opłaca". Jest taki polski pedagog i uczony, Zbyszko Melosik, który w jednej ze swoich książek zatytułowanej "Dyscyplina naukowa i tożsamość naukowca" (UAM, 2024) pisał o tym, że dla uczonych pisanie książek jest to złoty standard nauki. Zresztą ładnie pisze o tych książkach. Że trzeba się napracować oraz że można ich dotknąć i pięknie pachną.
I jeszcze jedna beczka. Wczoraj na Facebooku u koleżanki przeczytałam, że pewien gość yyyy sorry naukowiec prawdziwy opublikował: 700 artykułów w czasopismach, 150 rozdziałów w książkach, edytował 25 książek i dodatkowo napisał 10 jakiś tam nazwijmy to artykulików. W rok! Na pewno dostanie nagrodę bo widać, że jest najlepszy, nie? Można? Pisałam przecież coś wcześniej o strategiach kalkulacji. Naukowcze.
Acha, jeszcze wyjaśnienie z podtytułu bo ja też do kiedyś nie wiedziałam: SLOT to taka miara udziału autora w publikacji. Jak napiszesz samodzielnie jedną publikację (nieważne, czy na 16 stron czy na 500- w końcu ilość nic nie znaczy), otrzymujesz 1 slot. A liczy się to tak: U= P/Pcx1/k, gdzie P to przeliczeniowa wartość punktowa publikacji naukowej, Pc to całkowita wartość punktowa publikacji naukowej a k to liczba współautorów będących OSOBAMI (tako rzece Ustawa o szkolnictwie wyższym paragraf 11 ust. 1), którzy upoważnili ewaluowany podmiot do wykazania publikacji naukowej jako osiągnięcia naukowego w danej dyscyplinie naukowej. Koniec cytatu.
Czego nie rozumiesz i dlaczego wciąż mnie pytasz o to, czemu w Polsce dzieci zabijane są przez dorosłych w swoich domach i czemu nie możemy zrobić czegoś, aby dzieci z niepełnosprawnościami miały godne warunki edukacyjne a seniorzy należytą opiekę? Przecież wiesz, że ja zapytam Ciebie: a za ile punktów?
środa, 8 stycznia 2025
O PEDAGOGII GLANÓW I CZERWONYCH PORTEK...
Czyli "DAJĘ OWSIAKOWI" (ks. Jan Kaczkowski)
Była raz pewna uczona pedagożka, nazywała się Teresa Hejnicka- Bezwińska, która zdefiniowała pojęcie PEDAGOGII. Używa się go do nazywania wiedzy o społecznej praktyce edukacyjnej. To również zespół metod i środków stosowanych w nauczaniu i wychowaniu oraz obszar refleksji o edukacji i edukacyjna praktyka. To sztuka wychowania.
Była sobie raz również pewna nastolatka, która wychować się nie dawała nikomu, sztukę uznawała jedynie alternatywną i kontestującą każdy porządek rzeczy a zespoły owszem znała i nawet chętnie ich słuchała. Na kaseciaku. Pod jednym wszak warunkiem: musiały głośno i nierówno grać oraz drzeć się do mikrofonu o rewolucji, straconym pokoleniu, narkotykach lub ewentualnie rzewnie i depresyjnie obwieszczać światu rychły The End. Wysokie notowania u nastolatki miało też towarzystwo z klubu 27. Co do wiedzy, nastolatka siedziała non stop w książkach, robiąc sobie z nich mur przed światem bo tworząca go reszta ludzkości była po prostu głupia i naturalnie nic nie wiedziała i nic nie rozumiała. Jej praktyki edukacyjne polegały na tym, że oczywiście chodziła do szkoły, jednak po to, aby udowadniać nauczycielom, jacy są beznadziejni, eksponować swój program rewolucyjnej zmiany świata i głosić wszem i wobec, że ona najlepiej wie, jak to się z nastolatkami postępuje. Wystarczy oddać im klasę szkolną, zrobią na ścianach graffiti, pomalują ławki w napisy o tym, że mięso to morderstwo a jedynym ratunkiem jest rewolucja, oczywiście bezkrwawa- kwiatowa. Pacyfka na szyi nastolatki nie kłóciła się z glanami a w pogo szła tak chętnie jak na jogę. Lektury szkolne też były głupie, dlatego obowiązkowo powinno się czytać Narkotyki niemyte dusze Witkacego, biografię Joplin i Lennona oraz Sztuczne raje Baudelaire'a. No ok, jeszcze de Beauvoir i Woolf, a maturę pisać oczywiście z Gombrowicza, Kafki i Camus'a. Na tym głupim świecie było jedno spoko radio a nim audycja. Nazywała się BRUM. W nim oprócz muzyki, na którą matka reagowała: Ścisz to!!! był jeden zaje...frikowy koleś. Jąkał się i gadał o Towarzystwie Przyjaciół Chińskich Ręczników, Jarocinie i mówił: Się ma! Ten sam koleś co sobotę gonił po ekranie czarnobiałego (serio, były takie!) telewizora z mikrofonem na kablu z jakimiś świrami pomalowanymi na czarno i krzyczał do niego o śmiesznych rzeczach. Program nazywał się Róbta co chceta czyli rock'n'drollowa jazda bez trzymanki a później Kręcioła, co nie było takie dziwne, skoro on sam gonił w żółtej koszuli i czerwonych portkach a w dodatku miał czerwone oprawki okularów. Oczywiście w czarno-białym telewizorze nie było widać kolorów lecz nastolatka miała wyobraźnię. Nie to co reszta głupich ludzi. Zaczęła mówić o nim: Juras. Acha! Juras nosił glany.
Pewnego dnia w Brumie Juras ogłosił, że oto potrzebna jest kasa dla dziecka chorego na serce, bo jak lekarze go nie zoperują to umrze. Hej ludzie, pomożecie? I się zaczęło a póżniej to już się działo. Wszystkie punki, hipisy i "trudna młodzież" w Polsce wyruszyła zbierać pieniądze. Do worków na śmieci, pudełek po butach, do czapek. Pod kościoły najlepiej. Wtedy jeszcze bez serduszek. Serduszka były dopiero za rok. Nastolatce przesłał je Juras do domu w kopercie w liczbie kilku sztuk i napisał: Się ma! Nastolatka nabrała rumieńców, częściej się uśmiechała, jeszcze głośniej nuciła Wszyscy jedziemy na tym samym wózku od strachu uratuje nas tylko defekt mózgu (Defekt Mózgu) i wyszła na ulicę budować z Jurasem Flotę Zjednoczonych Sił (Voo Voo). Zaczęła też nosić czerwone portki. A co? Do glanów idealne. Pierwszą zebraną kasę pomogła jej liczyć matka nucąc sobie pod nosem: Łobijabije (Voo Voo). Spakowały wszystko do pudełka po butach i rano w poniedziałek przed szkołą nastolatka pocztą wysłała wszystko do Warszawy. W szkole nauczyciele pytali: co to jest ta Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy? O co z tym chodzi? Polubili nastolatkę i nawet jej piosenkę, którą śpiewała przygrywając sobie na gitarze: Nie ma nikt takiej nadziej jak ja (Ira). Wtedy nie wiedziała jeszcze, że będzie zbierała kasę przez kolejne 32 lata. Na dzieci z chorobami serca, sepsą, nowotworami, niesłyszące, na powodzian, wcześniaki, seniorów, tomografy, rentgeny, inkubatory. Nie wiedziała wtedy jeszcze tego, że za kilka lat w takim inkubatorze z serduszkami o życie będzie walczył jej Synek a ona będzie przy nim przysypiała na fotelu z serduszkami. Napisała do Jurasa: Stary, to co robimy, ma sens. Cały ten cholerny szpital jest w naszych serduszkach. Moje dziecko żyje! Za kilka lat Juras zamieścił jej słowa w książce.
Nastolatka była już całkiem dorosła, skończyła studia, zajęła się życiem swoim i innych. W jej życiu zmieniło się wszystko oprócz jednego. Co roku odliczała czas do Finału WOŚP. Kiedyś poszła na spotkanie z Adamem Bodnarem, ówczesnym Rzecznikiem Praw Obywatelskich. Rozmawiali o tym, jak można u młodzieży wzbudzać postawy obywatelskości, dbać o prawa człowieka, szanować się. Podczas zadawania pytań wstał jeden starszy pan i powiedział:
- wczoraj proszę sobie wyobrazić byłem na spotkaniu z Jurkiem Owsiakiem tutaj nieopodal i wstała jedna pani, mówiąc, że pracuje na uniwersytecie, choć wiele nauczycieli spisało ją na straty. I proszę sobie wyobrazić że dziękowała Owsiakowi za to, że ją wychował! Że wychował całe jej pokolenie, że wyrwał ich z marazmu, uruchomił w nich empatię, nauczył wolontariatu, służenia człowiekowi, robienia czegoś dla innych, że pomagając dzieciom zaczęli czuć sens życia, mieli cel, chcieli działać i zmieniać świat, czuli się ważni, zaczęli myśleć, że są czegoś warci, nauczyciele zaczęli ich lepiej traktować. Nazwała go Autorytetem pokolenia. Nauczycielem. Pedagogiem.
Nastolatka już jako całkiem dorosła kobieta wstała wtedy i powiedziała:
- to byłam ja.
Wracając do domu śpiewała sobie pod nosem Znów zabijają w nas młodość znów zabierają nam wolność (Kobranocka).
poniedziałek, 6 stycznia 2025
W PEDAGOGIKĘ KAŻDY MOŻE...
Czy górnik może pracować z dziećmi?
"NIC O NICH BEZ NICH"
czyli jak otwarłam pierwszą w Polsce agorę (i to na uniwersytecie!), w której nieletnich pyta się o zdanie na temat procesu resocjalizac...
-
Kasiu! Zawsze nam się wydaje, że mamy tyle czasu... To ona? Zapytałaś kolegi, kiedy się pojawiłam. Nie miałam Kasia pojęcia, że otrzymam tę ...
-
czyli "za co moje dziecko ma jechać na wakacje i czemu to ja mam je utrzymywać?" W te wakacje kilkakrotnie natknęłam się...
-
czyli oblicza polskiej RADYKALIZACJI w świetle danych wywiedzionych z badań a nie "widzimisię" i mody na eksperckość Niektór...