piątek, 28 marca 2025

PKP ZAWSZE Z KLASĄ

 czyli kultura  przy dźwiękach "Szopę"

    Lubię podróżować. Rowerem, samochodem, promem, pociągami. Czasami to element mojej pracy, naukowy nomadyzm, turystyka akademicka. Komisje, wykłady, staże, spotkania. Praca stacjonarna nie jest dla mnie i pewnie wiele osób wie, o czym piszę. Przy okazji niejako i lekko anegdotycznie z koleżankami i kolegami robimy sobie czasami z przestrzeni podróży teren badań społecznych. Żarty żartami lecz etnografia pociągowa mocno nas wciąga a wnioski z zebranych danych są poddawane analizom, rekomendacjom lub conajmniej są szeroko komentowane i mocowane w teorii. Super, że mam w swojej bańce sympatyczne i życzliwe osoby czujące temat. Bohaterem naszych naukowych i metodologicznych pogawędek zwykle jest wagon nr 7. Cisza, spokój, każdy zajęty sobą, z głośników sączy się "Szopę", kobiecy głos z głośnika delikatnie i subtelnie komunikuje o możliwości konsumpcji jajecznicy w wagonie Wars w języku polskim i angielskim a każde chrupnięcie chipsami lub głośne odkręcenie butelki z wodą powoduje mlaski, ciumkania zniesmaczenia i inne odgłosy niezadowolenia osób współpasażerskich. W wagonie nr 7 wszyscy są bardziej kulturalni, bardziej ważni, mądrzy i ąę. Na pewno czytają mądrzejsze książki i nawet jejcznica z Warsu subtelniej im smakuje. Co jakiś czas przejeżdża wózkiem osoba zbierająca śmieci na przemian z osobą wiozącą wodę i cichutko pyta: "gaz- nie gaz?". Tak to można żyć. Można pisać. Można tworzyć i się samorealizować oraz transformować i dezintegrować się pozytywnie.  

    Jednak dalej nie o wagonie nr 7 będzie. Ostatnio bowiem jechałam pociągiem mniej premium a bardziej po prostu pośpiech. Pomyślałam, że kupię klasę 1, różnica w cenie niewielka a popracuję, poczytam, posmakuję życia na hajlajfie w przestrzeni ąę. Zaczęło się od tego, że nie mogłam znaleść wagonu. Minęłam wszystkie wyglądające przyzwoicie, ciepłe, komfortowe, no takie w porządku i dla człowieka w sam raz. W końcu trafiłam na mój wagon. 1 klasa. zimno. staro. Śmierdząca toaleta z niedomkniętymi drzwiami. Znalazłam Swój przedział. Ludzie w środku zasłonili się zasłonkami. Odsuwam drzwi, przedzieram się przez zasłonki i wyskakuje na mnie z wielkim ujadaniem pies. Pies może i nie był wielki, ot taka wyrośnięta świnka morska długowłosa niemniej decybele godne słonia. Pomyślałam: " oooo nieeee na pewno nie będę tu siedziała". Nie, żebym nie lubiła piesków. Bardzo je lubię lecz głównie z daleka, na smyczy i w kagańcach. Moje kotki nie szczekają wcale i to nie dlatego, że wiedzą, iż moja sensoryczna nadwrażliwość nie wytrzymała by tego. Po prostu są kotkami. Tak sobie siebie wybrałyśmy i tak już mamy. Cisza, spokój, tulenie. Żadnych skoków, żadnych szczeków. Poszłam do innego przedziału. Był pusty. Usiadłam. Zimno. Rozejrzałam się, czy aby na pewno to klasa 1. Stare siedzenia, rozklekotane śmietniki, nieszczelne okna, zimno. Na drzwiach jednak jak byk naklejka, że tak, to klasa 1.

    Weszła pani konduktorka. Grzecznie powiedziałam "dzień dobry" i pytam:

- przepraszam, może być pani tak uprzejma i wykazać mi różnice pomiędzy klasą 1 a 2 w tym pociągu? 

- yyyyyyy no tu jest napisane, że klasa jest 1.

- dobrze proszę pani lecz czym się różni od 2?

- yyyyyyy.

- proszę pani, tu jest zimno.

- podkręcę pani ogrzewanie. 

- chcę jeszcze poinformować, że nie siedzę na swoim miejscu, ponieważ na nim siedzi pies.

- jak to pies?

- no pies. Siedzi i szczeka. 

- ale proszę panią, pies może siedzieć w pociągu tylko wtedy, gdy zgodzą się na to inni pasażerowie. "Wychowanie wynosi się z domu". 

- czy pani jest botem?

- nie.

- to ja nie wyrażam zgody na jechanie z psem, który szczeka i proszę mi zapewnić warunki adekwatne do ceny biletu, ponieważ tutaj jest strasznie zimno. 

- nie jestem odpowiedzialna za jakość wagonów.

    Pani konduktorka wyszła  i skierowała się do wagonu z psem. Rozległ się szczek. Po jakimś czasie było mi już bardzo zimno, więc zabrałam rzeczy i poszłam do innego wagonu. Na drzwiach nalepka "klasa 2". Cieplutko, miękkie siedzenia, normalnie. Nieopodal siedziała pani głośno słuchająca dźwięków smartfona. Filmiki, informacje, reklamy. Tak się składa, że akurat jechałam z wykładem dla osób pracujących w placówkach opiekuńczo- wychowawczych, czyli potocznie domach dziecka. Wykład mial dotyczyć wprowadzenia do cyberprofilaktyki. Z grubsza chodzi o to, że dzieci i młodzież non stop siedzą w telefonach, oglądają "głupie filmiki", nie są empatyczni, mają w nosie innych, zakłócają ciszę i zachowują się skandalicznie w miejscach publicznych. Wiadomo, ta dzisiejsza młodzież. Pani w przedziale natomiast skrolowała filmiki o zbrodniczej prokuraturze, ludziach bokserach, niewinnych przestępcach, serialach i przepisach na domowe wypieki. Głośno i wyraźnie słyszałam zatem, jak polska prokuratura zabija ludzi i jak bardzo źle, że dzieci o kolorze skóry innym niż polski przebywają w naszym kraju. Grzecznie, gdyż zwykle jestem grzeczna, z użyciem słowa "proszę" poprosiłam panią o ściszenie letefonu.

- jak się pani nie podoba to niech sobie pani kupi zatyczki do uszu.

- acha?

     Serdeczne w swoim wydźwięku prośby kierowałam do pani trzy razy, nie oszczędzając słowa "proszę". Nic. Zero. Koleżanka zasugerowała, abym puściła dźwięki ze swojego telefonu bo skoro taki jest zwyczaj w tym przedziale, nie powinno być problemu. Tak zrobiłam. Mocne uderzenie gitar chłopaków z The Analogs ogarnęło przedział: "hej dzieciaki niech zapłoną serca...". Pani bardzo brzydko na mnie popatrzyła i nadal słuchała swoich programów lecz przynajmniej zapanowała równość, prawo i sprawiedliwość wzięły górę nad jakimiś tam próbami polubownego pogodzenia interesów obywatelek w przestrzeni publicznej. O kulturze osobistej nie wspomnę. Jej nie mają tylko dzieci i młodzież, każdy to wie. Gitary lekko zagłuszały informacje o bandyckich politykach więc kolejne na mojej play liście było KSU. "Nadchodzi nowe pokolenie w rekach butelki i kamienie...". Siczka chyba przesadził stanowczo, gdyż pani wyłączyła dźwięki ze swojego telefonu z bulwersem na facjacie  i? Zaczęła czytać. Uffff. 

Jadąc z powrotem spotkałam się z kulturalnymi, sympatycznymi osobami pasażerskimi i takąż panią konduktorką. Cierpliwie wyjaśniała pasażerom kwestie niejasne, ucinała sobie pogawędki i small talki o pogodzie, patrząc na imienne bilety pozwalała sobie mówić pasażerom po imieniu i życzyć miłego dnia. Jej "pani Małgosiu" brzmiało wyjątkowo życzliwie i wywoływało uśmiech. Sporo osób rozmawiało przez telefon, wszyscy na korytarzu. 

    Mam pewne refleksje, smutne i wesołe. Smutna jest taka, że niektóre z osób słyszące tę opowieść zasugerowały, że jak mi przeszkadzają głośne dźwięki, to dobrym rozwiązaniem są słuchawki tłumiące. Idąc tym tokiem myślenia, jeśli się obawiasz nachalnych mężczyzn, noś długą spódnicę lub czador albo nie wychodź z domu. Celowo hiperbolizuję, mam nadzieję, że widzicie nadużycie? Jeśli na świecie spotykasz dzicz, to twój problem, radź sobie, nikt nie będzie się dostosowywał do twoich potrzeb ąę że niby kultura i savoir vivre bo ty taka pańcia jesteś. Może jeszcze "Szopę" hę? Inną smutną refleksją jest to, że w sytuacjach trudnych świadkowie najczęściej milczą a osoba doświadczająca nadużycia jest w ich narracji przewrażliwiona i agresywna bo? Reaguje i upomina się o swoje prawa. Ktoś widzi analogię do mobbingu, przemocy, dyskryminacji i zachowań naruszających granice? Ja widzę. Jesteśmy narodem przemocowców, mamy zjechane syndromem DDA neurony, determinuje nas traumaland, pływamy w toksyku, nakręcamy sobie toksykolandię i poza czubkiem swojego nosa widzimy niewiele, mamy ciągłe pretensje i roszczenia. Jak mawia fraszka autorstwa Sztaudyngera: "szczęście mnie mija bo wciąż "mnie", "mi", "ja". O empatii sporo głosimy prawd lecz zostaje ona na poziomie abstrakcyjno- deklaratywnym. Praktyka to jątrzenie, odpalanie agresora, plotki, podjudzanie, problem na każde rozwiązanie. Wesoła refleksja jest taka, że są jeszcze osoby zapodające small talk o słoneczku. Warto też spróbować zerknąć poza czubek nosa i oduśmiechnąć się do sympatycznej konduktorki nie będącej botem lecz osobą z krwi i kości. Myślicie, że jej droga umajona jest płatkami róż a ona śpi na ziarnku grochu? Nie wyglądała. Nie była napuszona, nie była również ąę. Była tak obrzydliwie wspaniale nieprzyzwoicie normalna. Choć czasami w pracy na pewno słuchała "Szopę". 

    

poniedziałek, 17 marca 2025

ŚRODOWISKO TŁUM MOTŁOCH GAWIEDŹ

    Co mają wspólnego z mobbingiem?

    Sporo osób odezwało się do mnie po moim ostatnim wpisie o mobbingu. Jak dotąd, to chyba najbardziej popularny tekst i wydaje mi się, że znam przyczynę. Wiecie, skąd w ogóle wziął się termin "mobbing"? Pochodzi on od angielskiego słowa "mob" i oznacza "tłum, motłoch, gawiedź, hałastrę". Jako czasownik oznacza rzucanie się na kogoś, tłoczenie. Termin ten po raz pierwszy użyty został przez etnologa Konrada Lorenza, tego od zwierząt. Tak! Obserwował zwierzęta i zauważył, jak grupa zwierząt tego samego gatunku agresywnie atakuje pojedynczego osobnika. Sytuację tę określił mobbingiem. Nie jest mi najlepiej z tym, że jako weganka będę porównywała świat ludzi do świata zwierząt w najgorszym kontekście, niemniej po pierwsze w moim przekonaniu nie ma bardziej okrutnej istoty na świecie od istoty ludzkiej a po drugie daleka jestem od nazywania ludzi sympatycznymi świnkami czy lojalnymi wilkami. Zdecydowanie ci ostatni na takie porównania nie zasługują. Choć znamy powiedzenia: " ty świnio" czy też "człowiek człowiekowi wilkiem" to jednak wiedza o tych zwierzętach weryfikuje te krzywdzące dla nich powiedzonka. Świnie są sympatyczne, opiekuńcze i wrażliwe a wilki lojalne, stroniące od konfliktów w stadzie i chroniące bliskich w niebezpieczeństwie. Ludzie jacy są, wszyscy wiemy a piosenka dodaje, że "są i nie będą nigdy lepsi" ("Mała wojna" Lady Punk). 

     Ludzi od zwierząt różni to, że mają najlepiej ze wszystkich istot rozwiniętą substancję szarą w mózgu, odpowiedzialną za pamięć, inteligencję i myślenie, co oznacza, że mają zdolność planowania, przewidywania i wyciągania wniosków z relacji przyczynowo- skutkowych. Czyli zwierzęta atakują pojedynczego osobnika swojego gatunku kierowane instynktem i bodźcami biologicznymi. W działaniu ludzkim jest coś dużo, dużo więcej. Widzicie różnicę? 

    Mobbing definiowany jest różnie przez różnych badaczy/ czki, ekspertów/ tki a jeszcze inaczej wygląda jego definicja prawna. Może być równoznaczny ze złą atmosferą w miejscu pracy. Jest to np. ograniczanie lub utrudnianie osobie możliwości wypowiadania się, ciągłe przerywanie wypowiedzi, reagowanie na czyjeś wypowiedzi krzykiem i wyzwiskami, ciągłe krytykowanie wykonywanej pracy, a także życia osobistego, nękanie przez telefon, stosowanie gróźb ustnych i pisemnych, prezentowanie ofierze poniżających i obraźliwych gestów, stosowanie aluzji i zawoalowanej krytyki albo też np. unikanie przez przełożonego kontaktu z ofiarą, rozmów z nią, w tym ograniczenie możliwości wypowiadania się ofiary oraz ostentacyjne ignorowanie i lekceważenie. Międzynarodowa Organizacja Pracy definiuje mobbing jako obraźliwe zachowanie przez mściwe, okrutne, złośliwe lub upokarzające usiłowanie zaszkodzenia jednostce lub grupie pracowników, którzy stają się przedmiotem psychicznego dręczenia. Z kolei Europejska Agencja Bezpieczeństwa i Zdrowia w Pracy określa dręczenie w miejscu pracy jako „powtarzalne, nieuzasadnione zachowania skierowane przeciwko pracownikowi, lub grupie pracowników, które stwarza zagrożenie jego/ich zdrowia i bezpieczeństwa”, przy czym „nieuzasadnione zachowania” to zachowania, które świadoma i rozsądna osoba, biorąc pod uwagę wszystkie okoliczności, identyfikuje jako spychające ją do roli ofiary, poniżające i naruszające jej godność. Zachowania te mogą cechować działania pojedynczych osób lub grupy, jak również system pracy. Reasumując, mobbing to usystematyzowana forma przemocy psychicznej stosowana wobec ofiary przez osoby z nią współpracujące – jej kolegów, przełożonych lub podwładnych. Jednorazowo lub incydentalnie pojawiające się powyższe zachowania nie będą jeszcze stanowić mobbingu. Polska definicja mobbingu zawarta w zapisie prawnym nie jest idealna i paradoksalnie dopuszcza dodatkowe nadużycie wobec osoby go doświadczającej, uporczywie udowadniając jej, że sobie coś uroiła, bo zachowania albo nie były uporczywe albo nie były nękaniem albo nie trwały wystarczająco długo. Brzmi to dokładnie tak: Mobbing oznacza działania lub zachowania dotyczące pracownika lub skierowane przeciwko pracownikowi, polegające na uporczywym i długotrwałym nękaniu lub zastraszaniu pracownika, wywołujące u niego zaniżoną ocenę przydatności zawodowej, powodujące lub mające na celu poniżenie lub ośmieszenie pracownika, izolowanie go lub wyeliminowanie z zespołu współpracowników. Pracownik, u którego mobbing wywołał rozstrój zdrowia, może dochodzić od pracodawcy odpowiedniej sumy tytułem zadośćuczynienia pieniężnego za doznaną krzywdę (Art 94 Kodeksu Pracy). Sprytne, nie? Pracownik może dochodzić bo pewnie i tak nie dojdzie, prawnicy będą się sprzeczać, czy długo to 1 miesiąc czy 2 miesiące, tłum nadal będzie robił swoje ku uciesze gawiedzi. A osoba doświadczająca motłochu? To już wiemy: jest histeryczna, przewrażliwiona, za bardzo się przejmująca. 

    Czy jest jakieś wyjście z tej absurdalnej nader często sytuacji? Kolokwialnie ujmując rzecz: wystarczy przestrzegać podstawowych zasad współżycia społecznego, być kulturalnym i zwyczajnie po prostu grzecznym. Nie żartuję. Zasiadam w wielu gremiach, kieruję zespołami. W większości ludzie zachowują się jak ludzie w kontekście posiadanej substancji szarej, co oznacza, że nawet jak sytuacja jest nadto emocjonalna bądź ktoś totalnie się z kimś innym nie zgadza, ma inny pomysł, sugestię, uwagę- kulturalnie to komunikuje. Każdy też robi swoje z poszanowaniem przestrzeni robienia swojego przez innych uczestników działań. Każdy również ma inne kompetencje czy wiedzę a czy wszak nie chodzi o to, aby się uzupełniać działając razem dla wspólnej sprawy, jaką jest na ten przykład praca? Nie zawsze. Znam jedno gremium, wyjątkowo przemocowe. Po wielokroć zastanawiałam się, o co chodzi? W czym problem? Czy chodzi o rywalizację? Zawiść? Zagrożenie? Czy najlepszą obroną jest atak? Czy komuś czegoś brakuje a jeśli tak, jakie potrzeby ma niezaspokojone? Pytań mam wiele niemniej po każdym spotkaniu w owym gremium jestem chora. Wiem, że nie tylko ja. Czy jest jakieś wyjście, aby sytuację tę zdetoksykować bez używania białej szałwii? 

    Marek Krajewski w książce "Spis natur. O mieście, technologii, sztuce i współczesnych obyczajach" (Bęc zmiana 2025) pisze: "W grzeczności nie chodzi więc o to, by było miło, ale raczej o afirmowanie tego, że jesteśmy razem, że tworzymy całość, która chroni nas przed jednostkowym egoizmem, przed pokusą uzyskiwania czegoś kosztem innych. A także o wyrażenie tego, jak sami byśmy chcieli być traktowani (...). To kluczowa, ale też bardzo ambiwalentna zasada, bo kiedy odwzajemnienie nie następuje, pojawia się odpowiedź negatywna- reagowanie obcesowością na niegrzeczność, wrogością na wrogość, chamstwem na chamstwo. A zaraz potem jest już tylko rozpad wspólnoty i przeobrażenie jej w gromadę rywalizujących ze sobą, agresywnych stworzeń, żyjących w ciągłym strachu i podejrzliwych wobec innych. Dlatego też, kiedy spotykamy niegrzeczność, nie warto na nią odpowiadać w ten sam sposób, ale być uparcie grzecznym. I to nawet wtedy, gdy na tym tracimy" (str. 130-131).

    Wspomniane przeze mnie gremium mobbuje mnie również za to, że używam grzeczności. Używam jej mimo wszystko. Uparcie. 

    

czwartek, 13 marca 2025

MOBBING?

 To tylko SPECYFIKA sprawców i PRZEWRAŻLIWIENIE ofiar

    Niedawno jeden z profesorów pedagogiki na swoim blogu napisał post o mobbingu. W prostych słowach, posługując się definicjami prawnymi określił, czym jest i skomentował, że nie wolno. 

    Niedawno wyszła książka Katarzyny Bednarczykównej "Masz się łasić. Mobbing w Polsce" (Wydawnictwo Czarne 2024). 

    Niedawno w Sejmie RP spotkano się, aby proponować zmianę prawa w zakresie mobbingu. Udział w spotkaniu brał m. in. wybitny prawnik, najlepszy w Polsce ekspert od mobbingu, mecenas Grzegorz Ilnicki.

    Niedawno w Telewizji Śniadaniowej był reportaż o mobbingu na uczelniach.

    Niedawno moja koleżanka zwolniła się z pracy nie mogąc znieść doświadczania mobbingu.

    Niedawno w pracy ktoś witając się ze mną bez mojej wiedzy dotknął mnie i jakby zagarnął do siebie.

    Niedawno w pracy ktoś na mnie krzyczał, naruszał moje dobre imię i atakował mnie agresywnie publicznie. Świadkowie milczeli. 

    Niedawno w pracy ktoś mial do mnie pretensje, że nie było mnie na opłatku świątecznym lub wigilii jak kto woli- jedno i drugie jest konkretnie przynależne religijnie a uczelnia przecież jest świecka i dla wszystkich oraz w niej się pracuje a nie celebruje konkretnych religijnych rytuałów.

    Niedawno ktoś w pracy powiedział głośno, że nie chcemy tu emigrantów, osoby trans płciowe wydziwiają bo to taka moda, studentki mają niższe możliwości percepcyjne i intelektualne czytaj: są głupie (było to przy studentkach choć i ja poczułam się dotknięta), ADHD to wymysł współczesnych, rozpieszczonych dzieci a prawa dziecka to lewacka fanaberia.

    Niedawno usłyszałam, że nie da się udowodnić mobbingu bo tak skonstruowane jest prawo, że ofiara zawsze przegrywa no chyba, że jakimś cudem udowodni, że cierpiała.

    Niedawno usłyszałam, że przecież na uczelniach są komisje antymobbingowe więc o co mi chodzi. Poza tym i tak nie możesz mieć swojego prawnika (sic!) bo przecież uczelnia ma swoich. 

    Niedawno usłyszałam, że jestem przewrażliwiona, ciągle mi się coś nie podoba, czepiam się a osoby, które uważam za agresywne, przemocowe, dyskryminujące, są po prostu specyficzne.

    A jak jest u Was? Czy uda nam się to zmienić? 

    Niedawno na moim uniwersytecie gościł Jan Gawroński- Społeczny Zastępca Rzeczniczki Praw Dziecka. Bardzo dużo mówiliśmy o empatycznych instytucjach i empatycznej kulturze pracy. 

    Mobbing to nie tylko obmacywanie kobiet w pracy i wkładanie im ręki pod sukienkę chociaż dziadersi i leśne dziady nadal mają się dobrze ze swoimi boomerskimi żarcikami o pięknych paniach i ich nóżkach. Ble. 

Mobbing to także: wykluczanie (również to w białych rękawiczkach), nie powoływanie uporczywe do komisji i gremiów, odsuwanie od zespołów i wspólnych działań, pomijanie w nagrodach i przywilejach, bagatelizowanie ważnych problemów i wyśmiewanie zadawanych pytań, obgadywanie, naruszanie dobrego imienia przez plotki i pomówienia, kontrolowanie ponad miarę i nieadekwatne do sytuacji, komunikaty z poziomu władzy, ograniczanie dostępu do informacji, hierarchizowanie ludzi ze względu na światopogląd (deklarowany bądź domniemany), zakłócanie czasu wolnego od pracy, wysyłanie maili po godzinach pracy, przywłaszczanie sobie cudzych pomysłów lub podpisywanie się pod nimi, izolowanie od ważnych wydarzeń, wiedzy, dokumentów, itd itd itd itd itd itd

Tu dopisz swoje..........................................................................................................................

I nie milcz! Mów głośno o tym, że czujesz się niekomfortowo w pracy, nazywaj po imieniu zjawisko zwane mobbingiem bo przemoc to przemoc. Zgłaszaj, choćby cię brali za przewrażliwioną wariatkę. Reaguj również, jak w twojej obecności komuś dzieje się krzywda, ktoś czuje się nie ok z tym, jak jest traktowany lub przy tobie ktoś krzywdzi inną osobę. Reaguj, jeśli ktoś ci komunikuje, że doświadcza w pracy przemocy, dyskryminacji, mobbingu, zachowań niezgodnych z kulturą bądź naruszających granice. Pamiętaj- to nie ty jesteś przewrażliwiona/y lecz to osoba, która nie panuje nad sobą, ma ogromny problem. Twórzcie sojusze przeciwko przemocy w pracy, razem łatwiej jest zareagować i głośno wyrazić sprzeciw: nie życzymy sobie. NIE znaczy NIE. Dajcie znać, jak wam idzie i pamiętajcie, to nie wy potrzebujecie pomocy lecz agresywne osoby, które was atakują lub w inny sposób naruszają wasze granice.

poniedziałek, 10 marca 2025

WSZYSCY WOKÓŁ PRACUJĄ TYLKO JA SIĘ OPALAM

 będzie o karierach na cudzych grzbietach

    Też tak macie, że jak coś atrakcyjnego wymyślicie i proponujecie niektórym współpracę, mówią: "super pomysł, tak, róbmy to!" I robicie. Wy. Robicie. My. Robimy. Ty. Robimy. My. Robisz. Ty. Robisz. Wiecie, o czym mowa? Zawsze podziwiałam w niektórych zdolność podpisywania się pod pracą innych, przypisywania sobie cudzych sukcesów, umiejętność dyrygowania, wykorzystywania, dopisywania się. No po prostu jednym słowem wysokie kompetencje w zakresie ustawienia się. Ustawienia się takiego, że wy ryjąc nosem po ziemii czujecie satysfakcję, że robicie to razem. No przecież, że razem. Jak to nie? To kto robi? Przecież najważniejsze, że wyszło, co nie? Po co się czepiać kto i co.

    Jest również opcja, że jeśli się okazuje, że wasze życie to pasmo nieustających sukcesów to wtedy macie sporo znajomych. Wszyscy chcą robić z wami rzeczy. Bo z wami to wszystko wychodzi. Super!

    Czasami jest tak, że z trudem udaje się wam coś stworzyć i jeśli inni widzą, że to ma sens i naprawdę robicie super rzecz- niszczą to. Manipulacja. Intryga. Takie tam. Białe rękawiczki i maski dominują w rekwizytach. Czemu wy macie coś robić jak oni nie robią?

    Ja na przykład też często słyszę: "nie mam czasu bo pracuję" albo "nie mogłem/łam tego zrobić bo pracowałam" albo "z chęcią bym ci pomógł/ ła lecz pracuję ale przyjdę, wpadnę, pojawię się..." czytaj: pokażę się z tobą na selfie lub na filmiku. No ok dobra, podpiszę się. Zalajkuję z komentarzem w stylu: ale było fajnie, musimy częściej. Z akcentem na "my". 

    Na dobrą sprawę ja nie do końca rozumiem, czemu ci ludzie tyle pracują? Tak na marginesie. Ja to się zwykle opalam. Szczególnie w tygodniu.To znaczy tak naprawdę to jest tak: wstaję rano o 5. Bo lubię przecież. Kto by tam chciał spać do 7, nie? Myję się, robię sobie mejkap, smoothie z jarmużu i kawę z szyszek. Wszystko eko sreko mam czas to pichcę. Później piję czytając gazetę, skrolując media społecznościowe, pykając Netflix, patrząc na swoje paznokcie. Jak mi się już znudzi to robię sobie drinka i umawiam kosmetyczkę. Jadę do niej jak ona ma czas bo wiadomo, ona pracuje a ja się tylko do kosmetyczki umawiam albo do fryzjerki. Robię paznokcie, rzęsy, włosy, pilingi, botoksy i maseczki ze złota. Później lancz czyli eko świeża rzemieślnicza bez glutenu i bez cukru sałata. Trochę się śpieszę, bo mam za chwilę solarium. Dobra ok jak jest ciepło to idę na plażę. Poopalam się, ponudzę, nagram tik toczka, posłucham spotifaja, pogrzebię w piasku. Tak to jest przecież, że jedni muszą pracować aby inni sobie te instagramy oglądali i się do nich wypinali. I tak mi mija dzień cały więc na dobrą sprawę sama nie wiem, czemu wieczorem jestem taka zmęczona, że mózg mi nie pracuje i mnie odcina? Przesadzam. Inni pracują to co dopiero oni mają powiedzieć? 

Ja się tylko opalam.

    I mogła bym tak długo, na przykład o tekście, który ogarniacie sami z pisaniem i ślęczeniem cały dzień a ktoś wam mówi: "super napisane!"., "ekstra to ujęłaś". Aaaa nie dodałam, że tekst jest we współautorstwie. Tylko osoba współautorska nie zdążyła za bardzo nad nim przysiąść, bo...pracowała. ale umawialiśmy się, że podpisujemy razem to razem. Czego nie rozumiecie? Inni mają przecież prawo sobie pracować, rodzina, kredyt, te sprawy. A jak się zgodziliście na pisanie razem to się razem podpiszecie przecież. Ty zrobisz sobie przerwę w opalaniu i popiszesz. Co za problem? 

    Ostatnio spotkała mnie wyjątkowo niesmaczna sytuacja. Koleżanka stworzyła super inicjatywę. Była liderką grupy. Motywacja, energia, endorfina. Grupa wyjątkowo zdyscyplinowana. Sporo zrobione w krótkim czasie. Plan, cel, realizacja. Kogoś zabolało. Za bardzo. Jednym mściwym a może zazdrosnym ruchem karty zostały zmiecione ze stołu. Koleżanka zrezygnowała z koordynowania. Zespół został. Teraz ktoś się wciśnie i przejmie przywództwo. No przecież projekt musi być zrobiony, no nie? Kto się pod nim podpisze?

    Nie wiem, opalam się. 

sobota, 22 lutego 2025

UPRAWNIENIA DO UPOMINANIA

gdy jesteś sobą swą własną osobą w świecie osób upominaczych..

    Bywam upominana i to nie tak rzadko. Nie do wiary prawda? A jednak. Czy zastanawiałyście/ liście się kiedyś nad tym czy i kto ma prawo i uprawnienia do upominania was? Upominanie pamiętamy zwykle z dzieciństwa. Ja na pewno. Upominana byłam o wszystko. Niemal nigdy nie robiłam niczego tak jak chcieli dorośli. Problemy były dwa: robiłam tak, jak uważałam lecz również nie miałam wiedzy o tym, jak się powinno. Bo kto dyktuje powinności i skąd inni wiedzą, że powinno się akurat tak? Nadal czasami nie wiem, kto to wymyśla lecz wiem, kto kontroluje. To osoby upominacze. Wtedy jednak myślałam, że taki jest porządek świata i tak się mają rzeczy. Jestem mała to ktoś duży mnie upomina. Niemniej każda mała dziewczynka kiedyś staje się duża. Tak stało się i ze mną choć nie oznacza to, że osoby upominacze zniknęły z mojego życia tak, jak nie znikają z życia innych. Im bardziej dziewczynka jest samodzielna, autonomiczna i niezależna, co oznacza, że jest wolna, tym osób upominaczych jest więcej. Wyskakują spod ziemii jak Hatifnatowie w Muminkach, pamiętacie? I hyc przeskakują przez twoje granice w realu, gnieżdżą się w twoich mediach społecznościowych na twoich wall'ach, funpage'ach i w twoich przestrzeniach. Oczekują, oceniają, kontrolują, śledzą a jeśli tylko robisz lub piszesz coś, co uznają za niezgodne z ich oczekiwaniami, wyobrażeniami o tobie, scenariuszami i planami albo robisz coś więcej, lepiej, po swojemu, inaczej, bardziej...hyc! I zaraz upominają, pouczają, grożą lub odgrażają się. Osoby upominacze upominają cię często w przestrzeniach publicznych lub publicznie piętnują. Najgorsze w nich jest to, że nie mają o tobie i twoim życiu pojęcia, nie wiedzą co czytasz, nad czym pracujesz, czego się boisz i co jesz na śniadanie. Nie prosisz ich również o jakąkolwiek reakcję, uwagę, komentarz. Lecz to nie szkodzi. Osoby upominacze mają wdrukowany taki obowiązek i same sobie nadają uprawnienia do upominania. Roszczą sobie do niego prawo a co więcej, nakładają na ciebie sankcje a nierzadko i kary. Największą z nich jest wykluczenie choć zwykle zaczynają od focha, bo ktoś nie uznał ich uprawnienia do upominania. Bo ma swoje życie, swoje zdanie, swoją przestrzeń i ma do nich prawo. Jednak osoby upominacze sądzą inaczej: nie robisz jak chcemy? Nie realizujesz naszych interesów, planów, wizji świata? Wynoś się. A kysz. Nie masz prawa być samodzielnie myślącą i autonomiczną osobą. Już my ci pokażemy i opowiemy innym kim i jaka jesteś osobo samostanowiąca sobie po swojemu o sobie, samodzielna w sobie i niezależna wsobnie i na zewnątrz. To my układamy ci świat, nie wiedziałaś? Tymczasem w sytuacjach, kiedy osoby upominacze hycają przez moje granice i realizują nie proszone swoje uprawnienia do upominania w mojej przestrzeni życiowej tak, jakby mi zmieniały pościel w sypialni na taką, jaką one lubią, choć mi to grozi bezsenną nocą, na pomoc przychodzi Marta Frej. Jej teksty uwielbiam i na ścianach bym je wykrzykiwała: "to ja decyduję o tym, kiedy mam się zamknąć a kiedy otworzyć" oraz "oczekiwania innych nie są moimi obietnicami" a "zdjęcie z siebie gryzącego swetra oczekiwań innych jest zdrowe bez względu na temperaturę". Co na to osoby upominacze?

    Czysto teoretyczny przykład. Zamieszczasz w mediach społecznościowych wpis lub komentarz, który ani nikogo nie obraża, ani tym bardziej nie krzywdzi i nikogo praw nie łamie a co najwyżej czasami wygina kręgosłup moralny lub ego swoją autentycznością i prawdziwością. Bywa demaskujący choć zawsze grzeczny, uprzejmy, kulturalny. Uwielbiam de- maskować prawdą. Ałć jak to boli osoby upominacze, które chcą ci zmieniać pościel w sypialni. Gwarantuję, że zawsze się odpalą. Stoją bowiem na straży i w gotowości do odpisywania lub nawet telefonowania do ciebie. Tak! Telefonowania. Telefon z upomnieniem. Zdarza wam się odbierać? Bywa, że mail. Wszystko oczywiście dla twojego dobra bo każdy o nie bardzo dba, do czego również uprawnienia sobie nadaje. Osoba upominacza jest często od ciebie starsza i tu wpadasz niestety w scenariusz znany od dziecka. Do tego dochodzi jeszcze tak zwana hierarchia w pracy lub organizacji i w tak zwanym środowisku, czymkolwiek ono jest. Bo mimo tego, że tak zwane środowisko nie płaci za ciebie kredytu i nie odwiedza twojej chorej matki w szpitalu ani nie ratuje ci życia gdy masz samochód u mechanika, ma jednak uprawnienia do upominania, zmieniania ci pościeli w sypialni i co tu dużo mówić, do twojego życia. I już ci się tłuką po głowie znane od zawsze teksty "pokorne ciele dwie matki ssie", "siedź w kącie a dostrzegą cię", "milczenie jest złotem". Do tego podawane są ci przykłady o tym, jak to niektórzy choć widzą to nie mówią i siedzą cicho a ty to zawsze. Na marginesie gdzieś tam sobie przypominasz, że żyjesz już prawie pół wieku oraz masz dorosłe dziecko. Jesteś samodzielną pracowniczką naukową (sic!), masz prawa wyborcze i obywatelskie, płacisz podatki, odpowiadasz prawnie za swoje czyny. A jednak jesteś upominana. Celowo piszę w formie żeńskiej bo jednak częściej upominane są kobiety, co potwierdzają moje koleżanki. Również dorosłe i samodzielne, płacące podatki, matki dzieciom, podpisujące się pod dokumentami jako one pełnym imieniem i nazwiskiem. To nie chroni je przed osobami upominaczymi.

    Uprawnienia do upominania osoby upominacze nadają sobie same, bo tak. Akt samonadania namaszczany jest często przez wspomniane tak zwane środowisko. Tym samym roszczą sobie prawo do takiej właśnie reakcji na ciebie w świecie. Jak wystają Ci ręce, utną ręce, jak nogi, przetrącą ci nogi. Kołderka musi być na ich rozmiar choć w twojej sypialni. Nie bez znaczenia jest kontekst kulturowy. Władza głupcze! Festiwal ego. Patriarchat. Upominający mają władzę bo hierarchia, bo tradycja, bo tak już jest po prostu. Acha, mają jakiś wiek również, zwykle starszy od twojego. To uprawnia do upominania z pewnością bo jeśli upominasz ty jako osoba młodsza oj to jest ageizm. Nie upomina się również mężczyzn jak jest się kobietą. Nie wiedziałaś? Zresztą w tym przypadku nawet,  jak od mężczyzn wymagasz to już ich "upominasz", więc najlepiej, jak oni sobie po prostu są a my sobie ich podziwiamy. Zrobimy herbatkę, zrobimy robotę, panowie się podpiszą, my grzecznie podziękujemy. Nie jest miło? To o co ci chodzi? Upominanie działa tylko w jedną stronę. Zresztą uwikłanie w hierarchię obwarowane różnymi strachami i wysyłanymi przez osoby upominacze komunikatami nie pozwala ci raczej upominać starszych i tych wyżej. Może również zwyczajnie masz to gdzieś bo twoje życie jest na tyle fascynujące i absorbujące, że nie interesuje cię cudze. Upominanie to również forma agresji. Najczęściej pasywnej i nie wprost, chociaż często jest jawnie agresywne i przemocowe, ponieważ to, że ty kierujesz się kulturą osobistą nie oznacza, że osobę upominaczą ona również obowiązuje. Dlatego osoba upominacza może być dla ciebie niemiła, bezczelna, krzyczeć, grozić i dyktować ci warunki relacji nie mówiąc o obrażaniu. Częsta jest manipulacja. To wszystko oznacza bardzo groźne konsekwencje. Jedną z nich jest ostracyzm społeczny więc cena, jaką osoba samodzielna, autonimiczna, wolna, niezależna i będąca swą własną osobą płaci za siebie samą jest wykluczenie. Kanałem ostracyzmu jest coś na kształt głuchego telefonu a jego narzędziem plotka. Oczywiście w tak zwanym środowisku. Nie każdy wie, że plotka to forma agresji. Przekazywanie innym w konwencji szeptu i plotki złych rzeczy o tobie albo pospolite, prostackie obgadywanie, wywołuje podwójny efekt wykluczenia. Na wszelki wypadek od takiej osoby jak ty najlepiej jest trzymać się z daleka. Bo nigdy nie wiadomo. Uprawnienia do upominania daje również patriarchat. Nie oznacza to, że upominają tylko mężczyźni a ostrze tego upomnienia skierowane jest na kobiety. Otóż to kobiety najbardziej upominają inne kobiety. Starsze upominają młodsze, te wyżej w hierarchii upominają te niżej, podobnie jest ze stanowiskami. Ciotki Gilead* zawsze będą ci ścieliły mięciutko na luksusowym łóżeczku lecz kołderką pod swój rozmiar. Wiesz co osoby upominacze najbardziej wścieka? To, że ty wolisz spać w namiocie. 

*Bohaterki powieści Margaret Atwood.

wtorek, 11 lutego 2025

MIĘDZYNARODOWY DZIEŃ KOBIET I DZIEWCZĄT W NAUCE

 Cóż, musi pani wybrać, życie polega na wyborach...

    Rzekł do mnie nobliwy profesor znany z pisania nie tylko prozy lecz i poezji. Pisał wiersze głównie o wartościach, szacunku do innych, wolności przypisanej każdemu człowiekowi i o tym, że zawsze każdy ma wybór, nawet w niewoli. Personalista. Byłam na pierwszym roku studiów doktoranckich, które wówczas wyglądały zupełnie inaczej niż teraz bo nie było szkół doktorskich, chociaż stypendium już pobierałam, jako jedyna na roku. Podobno mi się należało. Tylko nikt do końca nie wiedział, co mam za to "należało" robić, zatem robiłam wszystko, co nie licowało z tytułami przed nazwiskiem a co trzeba było zrobić, aby uczelnia jakoś funkcjonowała. Na doktorat dostałam się uczciwie, jako matka półtorarocznego chłopca, praktykująca rodzicielstwo bliskości i jakieś takie antypedagogiczne eksperymenty, zanim to było modne. Tuliłam, chustowałam, karmiłam piersią, pozwalałam się brudzić błotem i masowałam. Jarałam się macierzyństwem i pedagogiką na maksa. Tylko to chciałam robić w życiu chyba od zawsze. Dwa lata zatem pytałam promotora, czy przyjmie mnie na doktorat. Raz popatrzył na mój brzuch z synkiem w środku i coś tam pomruczał. Innym razem jak przyszłam z synkiem już po drugiej stronie brzucha na seminarium magisterskie i jako jedyna miałam część teoretyczną pracy, powiedział, abym nie przyjeżdżała co tydzień z dzieckiem tylko pisała i przyjechała z gotową pracą. Tak też zrobiłam. Pracę magisterską pisałam zatem z dzieckiem wiszącym przysłowiowo na cycu i obroniłam się pierwsza na roku. Na piątkę. Okładka była solidna, twarda i zielona a litery srebrne. Praca magisterska spora bo ja chciałam tak całościowo i interdyscyplinarne podejść. Byłam dumna z siebie a promotor prosił, abym została po obronie. No więc tak jak pani wspominała- rzekł, może pani próbować na ten doktorat, proszę napisać konspekt, złożyć papiery i we wrześniu są rozmowy. W wakacje pisałam konspekt a syn nadal czasami jeszcze wisiał przy cycu chociaż już sam całkiem nieźle chodził a i gadanie mu się włączyło. We wrześniu dowiedziałam się, kiedy są te rozmowy i pojechałam złożywszy wcześniej papiery. Nikt nic ze mną nie konsultował, nie pomagał mi, nie sugerował. Przecież były wakacje. Weszłam do sporego muzealnego pomieszczenia, przypominam, że mój zakład pracy stoi ponad 660 lat. Za stołem przykrytym zielonym suknem zobaczyłam kilku panów profesorów. Znałam tylko mojego promotora. Zadawali mi pytania, kiwali głowami, podziękowali i dowidzenia. Za dwa tygodnie byłam na liście. Studia doktoranckie oznaczały wtedy mnóstwo zajęć ze studentami, o których mogłam nie mieć pojęcia, bo mało kto miał, dlatego dawali je doktorantom a już na pewno doktorantkom. Przecież "pani taka zdolna to sobie poradzi"*. Radziłam sobie a co? Syn jeszcze miał trochę czasu do przedszkola jednak wspólnymi siłami z pomocą bliskich można było to wszystko ogarnąć. Wszystko oznaczało również na przykład siedzenie do późnego wieczora w komisjach rekrutacyjnych cały lipiec. Nigdy nie zastanawiałam się, gdzie wtedy byli moi koledzy. Czy ktoś mnie o coś pytał? Tak, owszem, pytano: a jak to się mówi, kiedy my panią angażujemy w tak odpowiedzialne zadania? Dziękuję się mówi. Ale ja chciałam powiedzieć, że jasne tak tak dziękuję lecz mam w domu małe dziecko i nie mogę zostać do wieczora. To proszę pani trzeba się zastanowić czy pani chce doktorat robić czy dzieci rodzić i z nimi siedzieć a życie polega na wyborach więc może pani wybrać. 

    Płakałam zawsze jak świat już spał albo jeszcze się nie obudził. Synek poszedł do przedszkola a ja znalazłam przestrzeń w dzień na czytanie, pisanie, studentów. Spełniałam swoje marzenia i uwielbiałam uczyć choć nikt nigdy mi nie powiedział, że spełnianie marzeń tak cholernie boli. Doktorat napisałam najszybciej jak mogłam, wiedziałam bowiem, że stypendium mam tylko cztery lata, synek rośnie a dorosłość to rachunki, kredyty, zakupy. Popołudniami prowadziłam świetlicę socjoterapeutyczną dla największych huliganów w miasteczku- kocham Was chłopaki i dziewczyny, już dorosłe osoby, mocno i wasze dzieci też! Byłam też kuratorką społeczną, jako "pani przeteoretyzowana" jakoś jednak sąd rodziny przyznawał mi największych łobuzów do ogarnięcia. Pamiętam was nadal z imienia, cieszę się, że mówimy sobie "dzień dobry" na ulicy. Szacunek! I tak było, tu grosik, tam drugi, synek po przedszkolu do babci a ja gram w dorosłość z życiem bo dziecko rośnie jak na drożdżach i to buty trzeba nowe, to kurteczkę a to rowerek, deskorolkę, angielski. Doktorat skończyłam w cztery lata. "Nooo musi pani poczekać pół roku bo jeszcze nikt w cztery lata nie skończył doktoratu jak to tak". "Ale ja mam dziecko...". "Proszę pani, to jest proces, procedury, rady, to poczekamy bo pani jest w gorącej wodzie kąpana". Czekając grałam z życiem jeszcze bardziej i tym razem już ostro na kasę. Gra o honor się skończyła, chciało mi się kariery naukowej to mam a mogłam wybrać przecież. Mówili a ja nie słuchałam. 

    Obroniłam doktorat, rozpoczęłam prawdziwą pracę na pół etatu. "Późno zaczęłaś". Moi rówieśnicy już dawno pracowali a ja sobie doktorat robiłam to co chcę? Później zaproponowano mi cały etat, co oznaczało reorganizację życia bo to, że syn był coraz większy nic nie oznaczało oprócz lepszej logistyki, bo o ile w przedszkolu mógł być do godziny 15.00 to szkołę kończył 12.30. Z kurateli zrezygnowałam, i tak byłam "przeteoretyzowana i nic o prawdziwym życiu nie wiedziałam". Reforma pomocy społecznej zmieniła zasady funkcjonowania świetlic lokalnych, moi chuligani urośli choć nie wszyscy dorośli. Została uczelnia. Pomyślałam, że oprócz pisania artykułów fajnie jest wydać książkę. "Co pani zrobiła tak się książek nie pisze". Książka do tej pory jest studiowana i nadal dostaję maile z prośbą o pdf, choć minęło sporo lat. Obecnie na książce i modelu w niej opisanym pracują urzędy niektórych miast organizując lokalne systemy wsparcia dzieci i młodzieży, proszą o nią streetworkerzy. Po niej były kolejne. Za cienka. Za gruba. Nie taki tytuł. Za nowatorska. Nie taka metodologia. Jesteś za bardzo interdyscyplinarna. To się nie nadaje na habilitacje a tamto na coś tam. To nie jest pedagogika. A to książka na stopień? Pamiętaj, ktoś to będzie recenzował. Za młoda jesteś. Co to jest? Nie pisz książek. Teraz się książek nie pisze bo się nie opłaca. Ty to piszesz te książki takie grube i badania robisz i zdjęcia są, kto ci to wydaje? Za dużo szumu robisz. Jesteś za aktywna na Facebooku. Po co komentujesz? Jak sobie załatwiłaś wejście do tej i tej komisji? Do chóru panów często przyłączają się panie. Nazywam je strażniczkami patriarchatu. Czym ty się w ogóle zajmujesz? A kto to o tym słyszał? Proszę już kończyć to wystąpienie. Tyle razy mówiłam, żebyście nie mówili tak bo ja w swojej książce mówię inaczej. Za duże te kolczyki masz. W tym wieku już nie wypada takich krótkich sukienek. Słyszałam, że wczoraj nieźle balowałaś na dancingu. 

    "Panów musimy rozpieszczać" słyszę od jednej strażniczki patriarchatu. I tak to się kręci. "Wiesz, masz dorobek na profesurę już, na co czekasz? Ja złożyłam chociaż panowie to wiesz, mają połowę co my i składają bo oni to wiadomo, tak naprawdę niewiele muszą a my to wiesz: jak czegoś nie dopracujemy to nam głupio. Ono nie mają kompleksów"- słyszę od koleżanki. "Wiesz co jeszcze bym chciała tę jedną książkę napisać. Tylko nie mam czasu, czekam na wakacje, bo ciągle coś za kogoś robię, organizuję, wiesz...niby kolega miał pomóc ale on ma swoje rzeczy"- odpowiadam. Moja ulubiona życiowa osoba: "tak to można robić dorobek, tu się podpisuje, tam sobie działa a ty za niego robisz". Kiedyś bardzo dobrze się przygotowałam na zaprezentowanie mojej wizji rozwoju w wyborach do pewnej funkcji. Ramy legislacyjne, kontekst międzynarodowy, reorganizacja przestrzeni oparta na koncepcjach i wynikach badań. Przegrałam z osobą płci męskiej, która nawet prezentacji nie miała a w zamian anegdotki, cytaciki, zabawianie towarzystwa. Po 25 latach pracy w instytucji mającej się dobrze ponad 660 lat nie mam własnego biurka i własnego kącika o którym mogę powiedzieć: "jest mój". Do którego zaproszę studentki na konsultacje. Niekiedy widzę, że koleżanki i koledzy z sąsiednich miejsc pracy mają swoje biurka, na nich talizmany, zdjęcia z wakacji, kwiatki, książki i lubiony sweter przewieszony przez opieradło krzesła, gdy się zasiedzisz bo akurat ci się dobrze pisze a po plecach wieje. Łażę więc przenosząc z miejsca na miejsce rzeczy, i nie tylko ja, jak baba z krakowskiego kleparza z torbami pełnymi książek, laptopów, pomocy dydaktycznych. Łazimy wszystkie "na tych zgrabnych nóżkach" pchając się do gremiów pełnych "mądrych kolegów". Najpierw z marzeniami w głowach, później z dziećmi w brzuchach, następnie z dziećmi w chustach czy na biodrach, wiszących przy cycach lub ciąganych za rękę. Mamy marynarki umorusane czekoladowymi paluchami, w torebkach obok laptopa pampersy, odciągacze do pokarmu a poźniej koniecznie wilgotne chusteczki i przeciery owocowe w tubkach. Uwieszone na telefonach z przedszkola, szkoły, z zajęć pozalekcyjnych czy korepetycji. A jeszcze składka na ubezpieczenie i papier ksero dla wychowawczyni. Częściej bierzemy wolne, spóźniamy się bo korki, prosimy o "on lajny" i "call'e" na dydaktyce, nie dociągamy kresek w makijażach. Później szybko do domu bo dziecko, bo lekarz, bo wywiadówka, bo rada rodziców. Jakie bankiety? Jakie spotkanie 2 godzinne nawet "na on lajnie"? 

    "Ty to masz dobrze bo twój syn jest już w szkole średniej" usłyszałam, kiedy mój syn po niemal śmiertelnym wypadku trafił do szpitala i po odratowaniu życia miał je spędzić na wózku. Prawie mieszkałam w szpitalu kilka miesięcy. Oczywiście prowadziłam dydaktykę i robiłam habilitację. Tę habilitację, która miała nie być habilitacją bo "to nie jest tak prosto zrobić habilitację". Od kogoś innego usłyszałam wtedy: "podobno twój syn miał wypadek ale coś nie zeszczuplałaś". 

    Minęło lat wiele. Jest jak jest a ja liczę lata do emerytury. Podobno nie tylko ja, wiele moich koleżanek ma tak samo. Będę mogła spokojnie sobie pisać książki o czym i o kim chcę, robić badania jak i jakie chcę współpracując z kim chcę i kto ze mną, punkty sobie będę zbierać tylko w sklepie spożywczym i wymieniać na pluszaki albo w kawiarnianej sieciówce na gratisową kawę, spotykać się z kim chcę i kiedy chcę, być lub nie być w komisjach i gremiach eksperckich bo znam lub nie znam kogoś z ministerstw wielu, zmieniać świat lub jedynie sukienki i wodę w kwiatach w wazonie. Oczywiście są super chwile dla których warto być uczoną w nauce oraz momenty, w których wiem, że to co robię, ma sens. Ostatnio mam takie sensy, kiedy odbieram telefon z zaproszeniem od władz pewnego miasta na konsultacje w sprawie organizacji lokalnego systemu pomocy dzieciom wykluczonym i dzieciom ulicy. To w kwestii tej książki, co podobno się tak nie pisze jak ja ją napisałam. Sensy są wówczas również, kiedy ktoś z decydentów powołując się na mój raport z badań stwierdza, że tak, w Polsce mamy problem z ubóstwem i zaniedbaniem najmłodszych i ta grupa dzieci jest totalnie niezaopiekowana, niewidzialna i najbardziej zagrożona przemocą domową. Później zaś pyta: pomoże nam pani? Pewnie, że pomogę! Inne sensy są wtedy, gdy jestem zapraszana na konferencję, bo ktoś przeczytał inną moją książkę, i bardzo chce wiedzieć coś więcej bo działa lokalnie na rzecz najsłabszych. Moje sensy to realizacja widzeń rodzinnych z dziećmi, których rodzice odbywają wyroki i organizacja działań dla nich oparta na wynikach badań naukowych. Sensem jest telefon, że dzięki kolejnej mojej książce brednie dziadka o tym, że jako chłopiec po II wojnie mieszkał w prawdziwym pałacu i jadł pomarańcze nie są demencją starczą lecz wspomnieniem cudownego dzieciństwa. "Dziękuję, że przywróciła pani ojcu godność"- rzekł syn bohatera książki mojego autorstwa. W tym właśnie widzę sensy i dzisiaj je świętuję w Międzynarodowym Dniu Dziewcząt i Kobiet w Nauce na swój sposób i nie za punkty. Dzisiaj jestem z siebie dumna oraz czuję wdzięczność do wszystkich, którzy/ re w różnych momentach obdarowali/ ły mnie swoim wsparciem. Również prowadzę swój prywatny program "stypendialny" dla wszystkich młodszych koleżanek w nauce począwszy od studentek: w ramach stypendium otrzymują ode mnie wsparcie. Wszystkim dziewczynom i kobietom w nauce życzę tego samego i pamiętajcie" "Kopernik też była kobietą!"**

* Wszystkie cytaty są z tzw. życia wzięte.

**Cytat z filmu: Seksmisja.


piątek, 7 lutego 2025

JAK DŁOGO BĘDZIECIE SIĘ "CACKAĆ ZE SOBĄ" W KWESTII ETYKI, KIEDY JEST TYLE WAŻNYCH SPRAW WYMAGAJĄCYCH BADAŃ NAUKOWYCH?

 czyli "szabrownictwa metodologiczne" oraz ważne pytania o proces badawczy

    Całkiem niedawno rozpoczęłam realizację cyklu seminariów metodologicznych on line, których celem jest otwartość na badaczki i badaczy, głównie realizujących badania jakościowe w obszarze nauk społecznych. Przede wszystkim jednak stworzenie przestrzeni do bezpiecznej wymiany doświadczeń badawczych, rozmów o trudnościach czy dylematach metodologicznych i etycznych. Przedsięwzięcie nosi tytuł: BADACZKI I BADACZE W CZASACH KRYZYSÓW. SPOTKANIA KRYTYCZNE. Jak dotąd odbyły się trzy seminaria, każde niezwykle interesujące, na każdym ktoś inny dzielił się swoimi doświadczeniami z podjętych i realizowanych badań, każde wniosło wiele refleksji, pytań, komentarzy, ale i pozwoliło rozwiać niektóre wątpliwości. Co więcej, po spotkaniach odbyły się indywidualne konsultacje i superwizje badawcze. Ktoś zgłosił się na staż naukowy, ktoś inny poprosił o pomoc w tworzeniu konspektu monografii na stopień. Co do seminariów kolejno były to: 01 Intro. Badamy. Działamy., 02 Dzieci w badaniach. Udział, etyka, uwikłania., 03 Badacz swojego świata. Trudność w bliskości. Spotykamy się co miesiąc, w każdy pierwszy czwartek o godzinie 17.30 na Teamsie, informacja oraz link do spotkania podawane są w mediach społecznościowych i na mailu. Link rozchodzi się jak świeże, pachnące, ciepłe bułeczki cynamonowe w chłodny, zimowy poranek. Co miesiąc widzę te same twarze - choć cieszą mnie nowe, słyszę znajome już głosy i śmiało mogę powiedzieć, że zaczynamy tworzyć ŚRODOWISKO. Tymczasem ja spełniam jedno z moich marzeń dotyczące stworzenia koleżeńskiej przestrzeni wymiany doświadczeń i tego, aby w przyjaznych warunkach, z szacunkiem do wiedzy i pokorą do niewiedzy przyglądać się nieoczywistym aspektom badań naukowych, popatrzeć z meta poziomu na to, co robimy, błądzić w szczelinach pomiędzy oczywistym. Głównie spotykamy się w gronie badaczek i badaczy jakościowych oraz osób zajmujących się etyką badań społecznych lub co najmniej na etykę tę wrażliwych. Oczywiście są takie mądre głowy, które nie uznają realizowanych przez nas badań za wystarczająco naukowe lub wręcz definiują nasze poczynania, jako nie- naukę. Inni jeszcze sądzą, że dzielenie strategii badawczych na ilościowe i jakościowe jest passe. Ja odpowiadam: i tak i nie, to przecież zależy. Ciężko bowiem wykluczyć uznane na świecie metody badań, na temat których powstały liczne opracowania i uznać je za nienaukowe. To wymaga odwagi lecz i buty. Trudno również nie posługiwać się liczbowymi bądź statystycznymi wynikami badań w kompleksowej analizie fragmentu rzeczywistości. Niemniej jest to problem na inną dyskusję. 

    Wracając do wspomnianej wrażliwości, mnie osobiście nauczyło jej Transdyscyplinarne Sympozjum Badań Jakościowych, z którym jestem związana ponad dekadę oraz koleżanki i koledzy współtworzący ze mną Transdyscyplinarną Sieć Badaczy Jakościowych. Cechuje nas otwartość, interdyscyplinarność, wzajemne uczenie się od siebie, wychodzenie poza ramy i schematy, szukanie nowego, podejmowanie wyzwań i mierzenie się z ryzykami. Warunkiem jest dobre nastawienie do ludzi pozbawione rywalizacji, koleżeńskość i dzielenie się wiedzą jako dobrem wspólnym, dla nikogo nie zarezerwowanym. Co więcej, mamy głębokie przekonanie, że celem wytwarzania wiedzy nie jest jej reprodukcja na punkty i mielenie danych w coraz to nowych konfiguracjach, z których i tak nikt nie skorzysta oraz których nikt nie czyta lecz udostępnianie otwarte na rzecz zmiany rzeczywistości. Nauka ma służyć człowiekowi. Inaczej nie ma to sensu, przynajmniej dla mnie. W kwestii etyki bowiem głęboko nieetyczne jest utrudnianie dostępności do wyników badań osobom spoza tajemnego kręgu nauki, które nie mają szans przedostać się przez wirtualne bramki z kodami lub muszą za przeczytanie zapłacić. Kolejnym warunkiem jest to rzecz jasna, że aby być w sieci badaczek i badaczy, aby wypowiadać się o badaniach i ich metodologiach, trzeba robić badania. Bo inaczej czym tu się dzielić? Dla mnie w rozmowach z innymi badaczkami i badaczami tworzącymi wspomnianą sieć czy środowisko ważną kwestią jest uwspólnienie doświadczenia badawczego. Jak się okazuje, wszystkie i wszyscy mamy bardzo podobne problemy inicjując procesy badawcze i wychodząc w teren. Do ludzi. Ku relacji. Przecież każde badanie naukowe to relacja. Z innymi ludźmi i osobami nieludzkimi, z terenem, przestrzenią, przedmiotami i zastaną wiedzą.

    Istnieją zjawiska domagające się uchwycenia badawczego szybko, tu i teraz, natychmiast. Jest ich coraz więcej, gdyż przyszło nam żyć w wielokryzysowej rzeczywistości. Kataklizmy, kryzys klimatyczny, klęski żywiołowe, konflikty zbrojne, osoby uciekające przed wojną, osoby imigranckie i emigranckie w kryzysie uchodźctwa, ludzie- w tym dzieci w drodze. Idealna rzeczywistość dla badaczek i badaczy będąca jednocześnie rzeczywistością pułapek. Te, które udało mi się zidentyfikować, dotyczą m. in. kwestii etycznych wraz ze staraniami się o opinię komisji etyki badań, kwestii permanentnego odrzucania projektów nie osadzonych w sprawdzonych od wieków (sic!) ramach metodologicznych pomimo dynamicznej i płynnej rzeczywistości, również metodologicznej, oceniania projektów przez osoby nie realizujące badań naukowych i nie wychodzące zza biurka, stawianie badaczkom i badaczom niemożliwych do realizacji warunków, jak np. przymus realizacji badań za granicą lub sugerowanie szukania na siłę międzynarodowej współpracy osobom zajmującym się problematyką lokalnych społeczności i problemów w kontekście danego kraju, jego kontekstu kulturowego i prawnego, wykazanie się zagranicznymi publikacjami w sytuacji, gdy składany projekt zakłada dopiero ich tworzenie, itd. Nie można mieć dorobku naukowego na Nobla skoro składa się projekt naukowy aby móc ten dorobek dopiero tworzyć. Najlepiej również zabronić realizowania badań z udziałem dzieci, szczególnie tych w kryzysie, z grup wrażliwych i doświadczających traum, bo przecież "nie wolno" bo "zrobimy krzywdę". Tymczasem mamy wyniki badań mówiące o tym, że odpowiednio zorganizowany proces badawczy z udziałem dzieci np. będących w kryzysie psychicznym powoduje, że dzieci te zaczynają mówić o swoich emocjach i aktywnie szukać pomocy. Błędne koło a wąż powoli zjada swój ogon. Można by w nieskończoność wymieniać te absurdy (o punktach i slotach już kiedyś pisałam). Tymczasem czas leci, fenomeny uciekają, dzieci głodują, w szkołach coraz bardziej się nienawidzą a w Internecie nauczycielom grożą śmiercią, powodzianie na zimę zostali bez domów. Praktycy wymagają od nas szybkich rozwiązań i sprawdzonych badawczo modeli bo często chodzi o ludzkie zdrowie i życie. Paradoksalnie jako osoby aktywnie uczestniczące w rzeczywistości zarówno naukowej i badawczej jak i obywatelskiej, czasami działając w wolontariacie lub/ i będąc na dodatek osobami aktywistycznymi, aby realizować uzasadniony metodologicznie proces badań oparty o Prawa Człowieka w tym Prawa Dziecka, jesteśmy w myśl formalno- prawnych regulaminów nieetyczne/ni lub czasami łamiemy prawo. Tak! Na przykład moje badania sytuacji i aktywności dzieci na ulicy w Polsce są nieetyczne. Nie mam świadomych zgód od- często pijanych rodziców o ile w ogóle są (sorry!-  powodzenia temu, kto je zdobędzie), podchodzę do dzieci bez RODO (za to z miłością i zasadą "po pierwsze nie szkodzić" oraz z wiedzą 25 lat intensywnej pracy zawodowej w wielu obszarach związanych z pedagogiką resocjalizacyjną), nie mam również numerku zgody komisji etyki. Jestem badaczką- działaczką, streetworkerką, ciocią z ulicy, panią piszącą książki, ekspertką, pańcią z uniwersytetu, białą kobietą po awansie społecznym poruszająca się drogim rowerem lub samochodem, regularnie spłacającą kredyt hipoteczny. Bez zgody komisji etyki udało mi się nakarmić niejedno głodne dziecko, zgłosiłam też na policję przemoc wobec innego, nauczyłam mamę niemowlaka radzić sobie z ciemieniuchą, innej mamie dodałam otuchy uznając jej starania rodzicielskie w zatrzymaniu dziecka przy sobie. Byłam tam, gdzie nie przychodzą kuratorki sądowe, pracowniczki społeczne, asystentki rodzinne bo się boją a nie mają co liczyć na ochronę policji oraz tam, gdzie badań naukowych się nie robi, bo "wiemy wszystko o tych środowiskach, to patologia, tak było zawsze i pani tego nie zmieni". Znam tajemnice dzieci śpiących w melinach i wiem, jak kraść batoniki i energetyki z lokalnego sklepu tak, aby oszukać monitoring. Akurat ta ostatnia wiedza nie jest mi potrzebna aby zmieniać świat, chociaż kto wie. 

    Na ostatnim naszym seminarium metodologicznym on line padło pytanie o to, jak długo jeszcze będziemy rozmawiać o kwestiach etycznych z naszą wrażliwością i wiedzą oraz kiedy w końcu weźmiemy się do roboty bo świat czeka na rozwiązania?! Tak parafrazując. To jedno z lepszych pytań, jakie padło. Znam bowiem projekty z numerkami i sygnaturami komisji etycznych, które spełniały standardy formalno- prawne czyli głównie RODO (!!!) lecz nie było w nich szacunku do tego, co przeżywa rodzina rozdzielona wojną lub menstruująca kobieta koczująca w lesie trzeci dzień bez prysznica. O Prawach Dziecka nie wspominam, bo o nich badaczki i badacze również nie często wspominają. Prosta sprawa: rodzic podpisze zgodę i RODO, dziecko ma brać udział w badaniu i kropka. Bez dyskusji. Na tym samym seminarium ktoś użył pojęcia "szabrownictwo metodologiczne". Bo jak to jest? Wystarczy kobiecie z dzieckiem pod pachą, która zostawiła męża na wojnie i nie wie nawet czy on żyje oraz uciekając widziała, jak ich dom rozsypuje się w kilka minut uderzony odłamkiem zbłąkanego pocisku, dać bon na 50 zł do dyskontu spożywczego i podsuwać pod nos kwestionariusze ankiet lub prosić o klikanie w telefonie odpowiedzi w sytuacji, kiedy jej dziecko jest w szkole wyzywane przez rówieśników a nie rzadko i nauczycieli za Wołyń? I tak się boi że sika w nocy kompletnie nie rozumiejąc, co polskie dzieci od niego chcą. Jaki Wołyń mamo? Kiedy wrócimy do taty? A tymczasem matka ma odpowiadać w ankiecie: W czasie, gdy usłyszałaś wybuchy bombowe w środku nocy, bałaś się: wcale, trochę, bardzo, rzygałam ze strachu, nie mam zdania. Wybierz prawidłową odpowiedź. To właśnie jest szabrownictwo metodologiczne. 

    Jedna moja znajoma bardzo chciała realizować badania z udziałem wolontariuszy na granicy polsko- ukraińskiej, niemniej była zajęta ich karmieniem i nocowaniem a gdy widziała ich zmęczenie to płakała z nimi. Nie miała odwagi zaproponować udziału w projekcie badawczym. Inna powiedziała realizując badania na terenach dotkniętych powodzią: pisałam- płakałam- pisałam. To mój cykl badawczy. Jeszcze inna badaczka mówiła, że jak osadzone kobiety opowiadające jej o swoich doświadczeniach utraty kontaktu z dziećmi przez opieszałość funkcjonariuszy systemu płakały, ona wyłączała dyktafon i decydowała o zakończeniu badania. Ja mam problem, jak widzę akty przestępstwa wobec dzieci lub z ich udziałem na ulicach i podwórkach oraz nie wiem do końca co mam zrobić, gdy dziecko bawi się przed kamienicą zdechłym kotem wygonione z ekskluzywnego placu zabaw przez "porządne" matki jego "lepszych" rówieśników w neoliberalnym dyskursie (!!!) krzyczące za nim: "spider...laj patusie". Mam wiele innych problemów, trudności i dylematów i wiem, że wiele osób realizujących badania w czasach kryzysów je ma. Nie zamierzam się dłużej "cackać ze sobą" w kwestii etyki za to chcę opisywać rzeczywistość taką, jaką ona jest. Wszak jedną z funkcji nauki jest dążenie do prawdy i pokazywanie jej. Jak wiecie jednak, prawda boli. Szczególnie tych, którzy się jej boją lub dla których jest niewygodna. Wpadnijcie kiedyś na seminarium metodologiczne on line. Zapraszam.  

    

    

    

"NIC O NICH BEZ NICH"

   czyli jak otwarłam  pierwszą w Polsce agorę (i to na uniwersytecie!), w której nieletnich pyta się o zdanie na temat procesu resocjalizac...